Mamy tylko dziś

Siedzę w fotelu. Sobota rano.

Popijam kawę, którą zrobił mi Tymon jak zawsze pierwszy, jak zawsze z troską większą niż jego małe dłonie.

Mamo, ja zrobię.

Ja siedzę, głowa pęka, serce jeszcze nie wie, co czuje.

Jak zwykle sięgam po telefon i trafiam na słowa, które dotykają jak ręka zimna i ciężka  słowa Matki, której córka Hania odeszła.

 Przeczytajcie jej historię tutaj:

Nie znam tego bólu i mam nadzieję, że nigdy go nie poznam.

Ale czytając, czuję jakby ktoś ścisnął mi gardło od środka tak mocno, że świat traci lekkie brzemię, a wszystko staje się ciężkie.

To jest tak okrutne, że aż nie chce się wierzyć.

Matka zostaje.

Dziecko odchodzi.

Porządek świata pęka.

Nie potrafię tej Matce pomóc.

Nie potrafię ulżyć.

Ale jej słowa dotknęły mnie tak głęboko, że mam ochotę przytulić swoje dzieci mocniej.

Dłużej.

Tak jakby jutra mogło nie być.

Bo jutro naprawdę nie jest nasze jutro może przynieść wszystko:

 chorobę

śmierć

radość

ciszę

Mamy tylko dziś.

Ten poranek.

Tę kawę.

Te małe dłonie, które chcą zrobić coś dobrego.

Dlatego dziś przytulam mocniej.

Świadomiej.

Przytulajcie mężów.

Przytulajcie dzieci.

Bądźcie razem.

Bo naprawdę tylko miłość zostaje.

💔🤍

Moja wspólnota – Lew Judy

Jedna z koleżanek na Facebooku napisała mi komentarz o wspólnocie.

Niby zwykły.

A jednak było w nim coś, co prowokowało mnie do napisania czegoś o mojej wspólnocie.

Wracałam do niego często.

Czytałam.

Myślałam.

Coś rodziło się we mnie w sercu.

Za każdym razem mnie zatrzymywał.

Za każdym razem poruszał coś innego.

Raz było wzruszenie.

Raz bunt.

Raz cisza.

W końcu powiedziałam:

Duchu Święty, pokaż mi obraz.

Nie słowa.

Nie gotową odpowiedź.

Obraz tego, co mam pokazać.

I wtedy przyszło .

Żeby pokazać moją wspólnotę.

Nie idealną.

Nie książkową.

Moją.

Taką, jaką ja ją widzę.

Moimi oczami.

Z mojego miejsca w życiu.

To, czego od niej oczekiwałam.

To, co mi dała.

I to, jak bardzo mnie zmieniła.

Bo moje początki były trudne.

Naprawdę trudne.

Do wspólnoty przyszłam prawie dziesięć lat temu.

I kiedy dziś na to patrzę,

wiem, że przez te wszystkie lata wydarzyło się tak wiele,

że nie da się tego opowiedzieć jednym zdaniem.

Nie przyszłam z marzeniami o wspólnocie.

W Polsce byłam w Oazie,

więc wiedziałam, jak to wygląda.

Ale nie miałam oczekiwań.

Żadnych.

Życie mnie przytłaczało.

Problemy z dzieckiem, u którego zdiagnozowano autyzm.

Problemy mieszkaniowe.

Brak pracy.

To, że mąż utrzymywał nas sam.

Na swoich ramionach niosłam dom.

Dzieci.

Codzienność.

I wszystko, czego już nie umiałam unieść.

Nie wyrabiałam.

Czasem było tak ostro,

że nie wiedziałam, czy dam radę następnego dnia wstać.

Zaczęłam przychodzić we wtorki.

Siadałam.

Patrzyłam na ludzi.

Modliłam się.

Nie przyszłam po cud.

Może po ulgę.

Może po to, żeby ktoś zdjął ze mnie ten ciężar życia.

Nie wiem.

Czułam tylko, że muszę tu być.

Coś mnie ciągnęło do tego miejsca.

Najpierw się przyglądałam.

Słuchałam.

Potem zaczęłam rozmawiać z liderką Maja .

Była dla mnie ogromnym wsparciem.

Słuchała.

Naprawdę słuchała.

I zadawała pytania.

Mądre.

Głębokie.

Nie umiałam na nie odpowiedzieć.

Ale każde takie pytanie zostawało we mnie na cały tydzień.

I co tydzień czułam,

jakby ktoś zasiewał we mnie nowe ziarno.

Boże…

jak ja byłam głodna jej słów.

Zaczęłam uważniej słuchać ludzi.

Jakby podłączona do kroplówki.

Ciągnęłam to, co widziałam w innych.

Ale nauczyłam się wybierać.

Nie wszystko.

Nie byle co.

Podłączałam się tam,

gdzie był pokarm.

Gdzie czułam, że to jest dla mnie.

Że tym mogę się karmić.

Z czasem pojawiła się Lodzia.

Mentorka.

Obok mojej liderki.

Zadawały mi pytania.

A ja coraz częściej mówiłam na głos,

że nienawidzę swojego życia.

Byłam zła na Boga.

Za rodziców.

Za dom, z którego wyszłam.

Za przemoc.

Za brak wzorców.

Za syna.

Za małżeństwo.

Za napięcie.

Mąż chciał zdrowe dziecko.

A dziecko miało problemy.

A my żyliśmy w ciągłej frustracji, złości i bezsilności.

Miałam dość.

I nie miałam w nikim wsparcia.

Kiedy wychodziłam za mąż,

zrobiłam coś, co dziś nazywam paktem z Bogiem.

Powiedziałam:

Boże, Ty wiesz, że nie jestem idealna.

Mam masę problemów.

Ale oddaję Ci to małżeństwo.

Prowadź mnie.

Podnoś, kiedy upadnę.

Chroń nas.

Bo ja się pogubię.

Jestem słaba.

Nie mam wzorców.

Tak zaczęłam nasze małżeństwo.

I Bóg był w nim od początku.

Przywiązałam się do Jego stóp w dniu ślubu.

I nigdy nie puściłam tej liny.

Były sztormy.

Takie, że zalewały wszystko.

I wyglądało, jakby to już był koniec.

Ale Bóg jest wierny.

Czasem spóźniony o piętnaście minut.

Ale zawsze na czas.

Kiedy po ludzku wszystko się sypało,

On przychodził.

Umacniał to, co nadłamane.

I wszystko wracało do życia.

We wspólnocie spotykałam różnych ludzi.

Nie wszyscy rozumieli.

Słyszałam, że powinnam więcej się modlić.

Jeździć na modlitwy uzdrowienia.

Dostawałam adresy.

A ja miałam codzienne terapie z synem.

Nie mogłam jeździć.

Słyszałam wtedy,

że to kara.

Że za mało się modlę.

I mogłam wtedy odejść.

Zrezygnować.

Bo byli ludzie,

którzy zamiast podnosić – dociskali do dołu.

Spotykałam też takich,

dla których obrzędowość była ważniejsza

niż relacja z Panem.

Ale ja już nie byłam pelikanem,

który łyka wszystko.

Zaczęłam wybierać.

To, co czułam, że jest dobre dla mnie.

Szłam z tym do Lodzi , Majki.

Rozmawiałyśmy.

Mówiły mi,

że w Kościele i we wspólnocie spotkam różnych ludzi.

Że mam ich przyjmować i akceptować takimi, jacy są.

Ale dla siebie wybierać to,

czego pragnie moje serce.

I tak robiłam.

Wtedy zrozumiałam,

że we wspólnocie też są różni ludzie.

I że ja mam wybór.

Zaczęłam zadawać sobie pytania.

Czego chcę.

Czego nie chcę.

Kogo dopuszczam blisko.

Oj, wtedy się działo.

Zaczęłam się odcinać.

Od tych, którzy widzieli we mnie tylko użyteczność.

Zostaniesz z dzieckiem.

Ugotujesz.

Pomożesz.

Wysłuchasz.

A kiedy ja potrzebowałam rozmowy,

nie było nikogo.

Zawsze gdzieś z tyłu.

Zawsze niesłyszana.

A jeśli już ktoś słuchał,

to słyszałam:

„Przesadzasz”.

A ja we wtorki wracałam.

Zawsze.

Karmiłam się Słowem Bożym.

Nie zawsze je rozumiałam.

Ale słuchałam.

Patrzyłam, jak to Słowo działa w innych.

Jak ich podnosi.

Jak zmienia.

I brałam, ile się dało.

Żeby zanieść to do domu.

Każde zdanie od Majki.

Każde zdanie od Lodzi .

Brałam je ostrożnie.

Przegryzałam.

Żyłam nimi.

Dzięki Lodzi i uczyłam się relacji.

Z mężem.

Z dziećmi.

Z samą sobą.

To nie była prosta droga.

Jeden krok do przodu.

Dziesięć do tyłu.

Ale z czasem było coraz lepiej.

Nikt nigdy mi nie powiedział:

„Nie dasz rady”.

Zawsze słyszałam:

Jola, dasz.

Możesz.

Jesteś dobra.

Jesteś kochana.

Wiecie, ile mi dawały te słowa?

Słowa otuchy.

Wsparcia.

Dzwoniły.

Pytały.

Słuchały.

A ja płakałam.

Wylewałam złość.

Nienawiść.

A one mówiły:

możesz to zamienić w perły.

Uczyły mnie dziękować.

Błogosławić.

Nawet w chorobie dziecka.

Zmieniłam swoje życie.

Swoje środowisko.

Odcięłam to, co mnie ciągnęło w dół.

Zaczęłam uwielbiać Boga.

W moim życiu.

Nieidealnym.

W mężu.

W dzieciach.

W sobie.

Choć długo widziałam w sobie zero.

Bez prestiżu.

Bez sukcesów.

A wspólnota mówiła mi,

że jestem perłą w koronie Króla.

Dla mnie wspólnota stała się domem.

Miejscem przyjaźni.

Świętowania.

Uwielbienia.

Miejscem formacji – bo bez tego nie ma wspólnoty.

Nie myśl, że przychodząc do wspólnoty,

spędzisz tylko miło czas

i poznasz fajnych ludzi.

Jeśli chcesz żyć Jezusem,

musisz się formować.

We wspólnocie.

Poświęcać swój czas.

Jeździć na rekolekcje.

Być razem.

Bez tego nie ma wspólnoty.

I to też nie jest proste.

Tam poznałam kapłanów,

którzy zarzucili mi wędkę.

A ja się jej trzymałam.

Tam nauczyłam się wybierać dobro.

Nie oceniać.

Widzieć talenty.

Tam ludzie zobaczyli we mnie to,

czego ja sama nie widziałam.

A Lodzia  powiedziała mi kiedyś:

„Wiesz, dlaczego jesteś taka?

Bo przeszłaś taką drogę.

Bóg postawił cię w takim miejscu,

w takiej rodzinie,

bo wiedział, że tam ukształtuje się w tobie coś pięknego.

Dotknęłaś bólu,

ale dziś potrafisz ten ból dotykać

i zamieniać go w piękno.

W słowa.

W świadectwo.”

Jej słowa były błogosławieństwem.

Nie złorzeczeniem.

Nie litością.

Ona spojrzała na moje życie oczami Boga

i pokazała mi,

że z każdej trudności można wyciągnąć dobro.

Dziś uwielbiam Boga w moich rodzicach.

W mojej historii.

I w mojej pracy.

Na oddziale chemioterapii.

Ciężkiej.

Monotonnej.

Widzę tam Jezusa Ukrzyżowanego.

W chorych.

W pielęgniarkach.

W tej pracy.

Modlę się.

Błogosławię.

Wiem, że nie ma przypadków.

We wspólnocie nauczyłam się wybierać.

Błogosławieństwo.

Radość.

Bo Jezus mówi:

„Jeśli chcesz”.

I ja chcę.

Wspólnota to mój dom.

Moje miejsce wzrostu.

Wiem, że można widzieć niedoskonałości ludzi.

Można się zniechęcić.

Można się zranić.

Ale trzeba też zapytać siebie:

czego ja oczekuję od wspólnoty?

I co ja mogę jej dać?

I prosić Boga,

żeby stawiał na naszej drodze ludzi,

którzy pomogą nam wzrastać w wierze

i w relacji z Nim.

Dla mnie wspólnota jest ważna.

Bo wiem, ile mi dała.

Dzięki tym ludziom

jestem dziś tym, kim jestem.

Pomagają mi iść drogą Miłości.

Pełnej radości.

Nadziei.

Wiary.

Naprawdę warto być we wspólnocie.

I wzrastać razem.

Mam w sobie tyle wdzięczności.

Tyle radości.

Przepełnia mnie duma i szczęście.

A Ty?

Jakie jest Twoje miejsce?

Co dała Ci Twoja wspólnota

albo czego dziś najbardziej w niej szukasz?

Dzień bez telefonu

Dziś Verizon oszalał. A ja razem z nim.

I tyle w temacie.

Rano normalnie jak zawsze.

Praca, swoje myśli, swoje sprawy.

Włączyłam Spotify, muzyka leci, ja sobie robię swoje.

I nagle…

Cisza.

Myślę: co jest?

Sprawdzam telefon – nic.

Zero.

Reset.

Nic.

Drugi raz reset.

Nic.

Trzeci raz.

Też nic.

I już mi w głowie kliknęło:

No pięknie.

Telefon dwuletni się zepsuł.

Ot tak.

Sam z siebie.

I od razu widzę minę mojego chłopa, jak mu powiem, że telefon trzeba wymienić.Bo przecież tutaj to się nic nie naprawia .Zepsute , bierzesz nowe .Ital ze wszystkim .

Już słyszę:

„Na pewno coś zrobiłaś”

„Nic się samo nie psuje”

„Za dużo klikasz”

A ja co klikam?

Notatnik.

Facebook.

Spotify, bo młody mi ostatnio zainstalował.

Muzyka, podcasty.

Zdjęcia czasem.

I tyle.

Ja nie jestem jakaś technologiczna.

Ma działać.

I już.

Wkurzyłam się.

Bo straciłam 20 minut.

Dwadzieścia!

A telefon martwy.

Weszłam do Trader Joe na Manhattanie.

Patrzę…

A tam masa ludzi też stoi i klika w telefony.

Też nie działa.

I wtedy olśnienie ! 

Hmmm… coś się dzieje.

Wchodzę do metra.

I szok.

Ludzie nie gapią się w ekrany.

Nie siedzą przyklejeni do telefonów.

Rozmawiają.

Patrzą po sobie.

Jakby świat się cofnął o 20 lat.

Ktoś coś mówi o Verizon, ale nie wsłuchuję się.

Ja już mam swoje myśli i teorie .

Próbuję zadzwonić do rodziny.

Nic.

Nie da się.

I nagle w głowie zaczynają się kosmate historie 

Myślę sobie:

A jakby mi się coś stało?

Jak ja ich poinformuję?

A zaraz potem jeszcze głupsza myśl:

No jak mam ich poinformować, jak już nie żyję?

No normalnie mój mozg to jedzie z mocą ! 

I wtedy totalnie mnie wywaliło z butów ! 

Ja NIE ZNAM żadnego numeru telefonu.

Ani męża.

Ani dzieci.

Żadnego.

Wszystko w telefonie.

Wszystko zapisane.

I  gdybym  nawet znalazła jakiś telefon na ulicy, automat czy cokolwiek…

To do kogo ja mam dzwonić?

Jak nie znam numerów?

Masakra.

Totalna porażka.

Dojechałam do domu.

I co?

Telefony dzieci też nie działają.

Nikt nigdzie nie może zadzwonić.

Nic sprawdzić.

Jakby nas ktoś odciął od świata.

I wtedy dopiero widać, jak bardzo jesteśmy przyklejeni do tych telefonów.

Jak bardzo jesteśmy na smyczy.

Bo wszystko tam jest.

Gdzie są dzieci.

Gdzie jest mąż.

Czy młody dojechał.

Czy wszystko ok.

Mój mąż ma jakieś ustawienia, że widzi dokładnie gdzie kto jest.

Z dokładnością do miejsca.

Cuda normalnie.

Mnie to nigdy nie interesowało.

Nie mam do tego głowy.

Ale dziś?

Dziś nagle wszystko zniknęło.

I powiem wam jedno.

Ja się dziś zorientowałam, jak bardzo jestem uzależniona od telefonu.

Nie od klikania.

Tylko od poczucia, że mam kontakt.

Że mogę sprawdzić.

Że mogę zadzwonić.

Że wiem, co się dzieje.

Bez telefonu nagle robi się pusto.

Cicho.

I człowiek głupieje.

Niby wolność.

A jednak strach.

I dopiero taka sytuacja pokazuje, że my bez tych telefonów to trochę jak bez ręki.

Że technologia miała pomagać, a my się od niej uzależniliśmy.

Że wszystko mamy w jednym małym pudełku.

I jak ono nie działa…

To my też średnio działamy.

Nie piszę tego, żeby kogoś pouczać.

Piszę, bo sama dziś to przeżyłam.

I dało mi to do myślenia.

Gdyby wam dziś padł telefon i nie działał cały dzień – poradzilibyście sobie spokojnie, czy też byście się poczuli jak odcięci od świata tak jak ja?

Kiedy wszystko lei na głowę

Dziś jest 12 styczeń, a ja czuję się jakby był 13… ten niby pechowy, chociaż w żadne przesądy nie wierzę. Serio. Dawno temu z tym skończyłam. A jednak od rana coś było nie tak. Jakby dzień wstał lewą nogą i postanowił mnie sprawdzić. Gdziekolwiek się ruszyłam – coś spadało mi na głowę. Dosłownie i w przenośni.

Na początku myślę sobie: no dobra, czasem tak bywa. Każdemu się zdarza. Ale nie tak, że jak się zaczęło sypać, to sypało się cały dzień. Jedno po drugim. Bez przerwy. Jakby ktoś tam na górze powiedział: „dobra, jedziemy, niech poczuje”.

I wtedy zaczęły mi się nasuwać wnioski. Takie, które wracają do mnie nie pierwszy raz. Coraz wyraźniej widzę, że ludziom jest… łatwiej, przyjemniej, bardziej po drodze z tobą, kiedy jesteś smutny. Kiedy narzekasz. Kiedy psioczysz, marudzisz, chodzisz przygięty, zmęczony życiem, jak taka burzowa chmura.

Ludzie lubią ludzi nieszczęśliwych. Takich, co ciągle mają pod górkę. Bo wtedy wszystko się zgadza. Świat jest „normalny”. Każdy ma swoje krzyże, swoje dramaty, swoje żale.

Ale jak ty nagle działasz…

Jak się cieszysz.

Jak jesteś wdzięczny.

Jak masz w sobie energię.

Jak jesteś wszędzie, jak piorun, jak iskra.

Jak się uśmiechasz i nie przepraszasz za to, że żyjesz.

To wtedy coś się psuje.

To wtedy pojawia się to ciche, niewypowiedziane: „o, temu trzeba dowalić”. Dorzucić. Dosypać. Żeby nie było za lekko. Żeby tak zębów nie suszył. Żeby poczuł ciężar życia. Żeby go trochę przygniotło. Bo jak to tak? Za dobrze? Za jasno? Za radośnie?

I wtedy wszystkim jakby łatwiej. Spokojniej. Bo już nie odstajesz. Bo już jesteś „jak wszyscy”.

Tylko ja tak nie chcę.

Nie chcę być człowiekiem, który ciągle narzeka.

Nie chcę chodzić smętny, wiecznie niezadowolony, wiecznie z pretensją do świata.

Nie chcę żyć w trybie „psioczę, bo tak trzeba”.

Nie umiem tak. I nie chcę się tego uczyć.

Ale czasem… po takich dniach jak dziś… naprawdę się zastanawiam:

co robić? jak żyć?

Czy trzeba się przyciszyć, żeby nikogo nie razić?

Czy trzeba udawać ciężar, żeby było „sprawiedliwie”?

Czy radość naprawdę tak boli innych?

I wtedy przyszła myśl. Prosta. Prawdziwa. Że może zamiast dalej się z tym wszystkim szarpać, trzeba się po prostu zwrócić do Boga. Do Tego, który zna mnie najlepiej. Który wie, czego naprawdę mi potrzeba.

Więc mówię. Tak normalnie. Bez wielkich słów. Mówię, co mnie dziś przytłoczyło, co mnie przywaliło. Mówię, że kurde… kocham swoje życie. Nieidealne. Poplątane. Ale moje. Piękne. Kolorowe. I że strasznie chciałabym znowu poczuć kolory. Ten żółty – radości, słońca, szczęścia. A nie ciągle jakieś zachmurzone niebo nad głową.

I mówię: Tato Niebieski, pomóż. Wyciągnij mnie z tego smutnego bagna.

I wiecie co? Chwila. Moment. I jakby niebo zaczęło rozsuwać swoją kotarę. Szarości zaczęły odpuszczać. Dotykać. A do mnie znowu zaczęły wracać kolory. Przez ludzi. Przez słowa. Przez drobne gesty. Przez ciszę, która przestała być ciężka.

I mój świat znowu nabrał barw.

Cieszę się, że Bóg słyszy.

Cieszę się, że wierzę.

Że Bóg jest dobrym Ojcem, który chce naszego szczęścia i jest zawsze. Nawet wtedy, kiedy nam się wydaje, że wszystko się wali.

Dobranoc, Kochani 🤍

Wigilia we Wspólnocie

Wczoraj byłam z moją rodziną – z mężem i dziećmi – na wspólnotowej wigilii.

I kiedy dziś o tym myślę, serce robi mi się takie… pełne. Spokojne. Wdzięczne.

To miejsce jest dla mnie bardzo ważne. Ten kościół. Ci ludzie.

My – jedna wielka wspólnotowa rodzina. Żywy Kościół.

Taki z krwi i kości. Z rozmów, uśmiechów, przytuleń i obecności.

Kocham to miejsce całą sobą.

I wiecie co? Nawet moje dzieci się nie buntują – ha!

Wbijają się w odświętne ubrania, a potem tylko zza rogu pokoju się wyłaniają i pytają:

– Mamo, tak może być?

A ja łypię okiem jak bazyliszek, rzucam szybkie spojrzenie i mówię:

– Może być.

No to wychodzą z czeluści swoich pokoi i jedziemy.

Zawsze jesteśmy zapakowani.

Bo przecież na takie spotkania nie przychodzi się z pustymi rękami.

Zazwyczaj robię pierogi ruskie i krokiety z kapustą i grzybami – taka moja mała tradycja.

Ale w tym roku… życie. Praca. Dużo pracy.

Nie było czasu.

Więc zabrałam sałatkę, koreczki, trochę owoców, sera, kabanosów.

Tak po prostu. Co nieco.

To, co mogłam.

I to było wystarczające.

Zapakowani, eleganccy, ruszamy na Manhattan – na wspólnotową wigilię.

Najpierw Msza Święta.

Wspólna modlitwa. Uwielbienie naszego Ojca w Niebie.

Wspólne śpiewanie kolęd, które poruszają serce i wyciszają wszystko dookoła.

Szczególną modlitwą otoczyliśmy naszych chorych braci i siostry, którzy nie mogli być z nami fizycznie.

Choć nie było ich pośród nas, czuliśmy ich obecność sercem i duszą.

Bo w modlitwie nie istnieją granice, a miłość wspólnoty dociera tam, gdzie nie mogą dotrzeć kroki.

Pamiętaliśmy również o naszych zmarłych orędownikach w niebie – o księdzu Andrzeju, Ani, Joli i Krzyśku .

Z wdzięcznością wspominaliśmy ich życie, prosząc, aby teraz wspierali nas swoją modlitwą u Boga,

aby ich obecność – choć już niewidzialna – wciąż była dla nas źródłem siły i nadziei.

Po modlitwie i uwielbieniu losowaliśmy Słowo z Pisma Świętego, przygotowane przez naszą wspólnotę.

Moje dzieci uwielbiają te karteczki. Kolekcjonują je jak skarby.

I za każdym razem zadziwia nas to samo – jak bardzo to Słowo trafia.

Jakby było napisane dokładnie dla nich.

Kiedy kończy się czas w kościele, wszyscy razem schodzimy na dół, do salki pod kościołem.

Tam zaczyna się kolejna część świętowania.

Atmosfera jest uroczysta i świąteczna, a jednocześnie bardzo rodzinna.

Zaczynamy wspólną modlitwą, dzieleniem się opłatkiem, składaniem sobie życzeń – takich prostych, prawdziwych, płynących z serca.

Każdy przynosi coś od siebie.

Na stołach pojawia się ryba po grecku, kapusta z grzybami, śledzie, sałatka jarzynowa i tyle innych pyszności.

Ten stół staje się znakiem jedności i troski o siebie nawzajem.

Dzielimy się nie tylko jedzeniem, ale też czasem, uśmiechem, rozmową.

Jeżu kolczasty… jak ja kocham to miejsce.

Tych ludzi, którzy rozmawiają z otwartością serca.

Którzy przytulają.

Którzy są – naprawdę są – dla siebie nawzajem.

Jest tyle radości, uścisków, ciepłych słów i prawdziwej bliskości, że trudno się rozstać.

A moje dzieci?

Nie wołają: „Mamo, kiedy do domu?”

One same zostają wciągnięte w wir rozmów i bycia razem.

Tu nikt nie siedzi sam.

Tu nikt nie jest mniej ważny.

Każdy znajdzie swojego rozmówcę.

Każdy znajdzie duszę, która wysłucha.

Dla mnie to jest Kościół.

Ten żywy.

Tworzony przez ludzi.

Przesiąknięty miłością do Boga i do drugiego człowieka.

Wierzę, że Duch Święty świętował razem z nami.

Że przechadzał się pośród nas, dotykał serc, umacniał więzi i napełniał nas pokojem.

Tego nie da się do końca opisać słowami.

To trzeba przeżyć.

To tam ładuję swoje baterie.

Tam oddycham głębiej.

Tam moje serce wraca na swoje miejsce.

Cieszę się ogromnie, że mój mąż i moje dzieci chcą być tam razem ze mną.

Że to nasz dom.

A dziś rano…

Siedzę z poranną kawą i delektuję się Słowem, które wylosowałam.

Przegryzam je jak świeżą bułeczkę.

Powoli. Uważnie.

I wracam myślami do wczorajszego wieczoru – który już jest historią, ale jaką piękną.

A Wy?

Też należycie do wspólnot?

Macie takie miejsca, w których czujecie się jak w domu?

Dzielę się z Wami moim Słowem.

Z miłością 🤍

Legalny energetyk

No to sobie, proszę państwa, naważyłam piwa.

Tak. Ja to potrafię.

Jak już coś robić, to porządnie.

Ale po kolei.

Odkąd zaczęłam pracę w szpitalu, zaczęłam pić takie niewinne saszetki z elektrolitami i „energią”.

Wiadomo – Costco, wielka paka, 20 sztuk czy ileś tam, hasła typu powerfocus.

No to piłam.

Codziennie.

Punkt piąta po południu.

Bo trzeba mieć siłę, bo praca, bo nocki, bo życie.

I wszystko było pięknie…

przez miesiąc.

Po miesiącu orientuję się, że coś jest nie tak.

Ale nie tak „źle”.

Nie tak „boli”.

Tylko tak… dziwnie dobrze.

Śpię 4–5 godzin.

Bez budzika.

Otwieram oczy – pyk – pełna przytomność.

Zero zmęczenia.

Zero potrzeby drzemki.

Energia taka, że spokojnie mogłabym dorzucić jeszcze jeden etat.

I wtedy pojawia się myśl:

Co jest, do cholery?

Powinnam padać na pysk, podpierać się rzęsami, a tu… nic.

Coś tu, kurde, nie gra.

No to wchodzę w tryb detektywa.

Mózg?

Sherlock Holmes – level expert.

Analiza, dedukcja, rozkład na czynniki pierwsze.

Myślę, dumam, gdybam…

aż nagle tadam – jak u Pomysłowego Dobromira – olśnienie.

Tylko że zanim do tego „tadam” doszłam, zdążyłam się solidnie wystraszyć.

Pierwsza myśl:

Tarczyca.

Wróciła.

Nadczynność.

Witam ponownie, stara znajoma.

A kto chorował albo ma z tym problem, ten wie:

mało snu + kosmiczna energia ≠ supermoc.

To bardzo często początek poważnych problemów.

A ja swoje przeszłam.

Przełom tarczycowy.

Arytmie.

Leki na serce.

Ataki paniki dzień w dzień.

Stan, w którym serce wali tak, że nie jesteś w stanie powiedzieć zdania, bo każdy wyraz to wysiłek jak maraton.

Więc ja już byłam mentalnie spakowana.

Gotowa lecieć do szpitala.

Bo z nadczynnością nie ma żartów – serce dostaje po dupie jako pierwsze.

Z drugiej strony – niedawno byłam u lekarki.

Wiem, że balansuję na granicy nadczynności.

Mam jasno powiedziane: jak coś się zmienia – zgłaszać.

A że z problemami tarczycy żyję ponad 23 lata, to znam swój organizm lepiej niż niejedną instrukcję obsługi.

Mogłabym spokojnie robić jako endokrynolog-asystent społeczny.

I właśnie dlatego coś mi nie pasowało.

Bo to nie było to.

Brakowało pewnych sygnałów ostrzegawczych, które pamiętam aż za dobrze.

Wtedy …zdecydowałam że odstawię 

saszetki z elektrolitami.

Te dokładnie, które widzicie na zdjęciu.

I proszę państwa…

dwa dni.

Dwa dni bez tego „niewinnego proszku” i nagle:

Zmęczenie.

Normalne, ludzkie, zdrowe zmęczenie.

Senność.

Cisza w głowie.

Ufff.

To nie tarczyca.

Najgorszy scenariusz odhaczony.

Serce bez dramatu.

Panika w odwrocie.

Dotarło do mnie że :

Ze to nie były „elektrolity”.

Ze to był legalny energetyk w proszku.

Bo to, co piłam, to nie tylko sód, potas i magnez.

To także kofeinawitaminy z grupy B, substancje pobudzające – tylko sprytnie zapakowane w hasło hydration.

Bez cukru.

Bez zjazdu.

Bez sygnału ostrzegawczego.

I tak – można się napojem doprowadzić do tragedii.

Nie od razu.

Nie spektakularnie.

Po cichu.

Codziennie o piątej po południu.

Ja już wiem, jak wygląda organizm nakręcony do granic wytrzymałości.

Wiem, gdzie to może prowadzić.

I wiem, że tym razem zatrzymałam się w porę.

Więc morał tej czarnej komedii jest prosty:

Czytajcie składy.

Nie pijcie codziennie „energii”, bo to nie woda.

A jeśli organizm przestaje wysyłać sygnał zmęczenia – to nie jest superpower.

To jest alarm, który właśnie się wyłączył.

Bo najłatwiej wpakować się w kłopoty nie wtedy, gdy robisz coś ewidentnie głupiego,

tylko wtedy, gdy robisz coś, co wygląda na zdrowe, bezpieczne i „dla organizmu”.

Ja nie piłam alkoholu.

Nie brałam narkotyków.

Nie przesadzałam z kawą.

Piłam „nawodnienie”.

A mimo to przez miesiąc chodziłam z wyłączonym bezpiecznikiem zmęczenia.

Dlatego wrzucam to zdjęcie.

Nie żeby straszyć.

Tylko po to, żeby ktoś, kto śpi 4 godziny, a dalej ma „supermoc”,

zatrzymał się na chwilę i zapytał siebie:

czy ja naprawdę mam energię…

czy tylko przestałam ją czuć?

A ja?

Ja wróciłam do życia.

Zmęczona.

Normalna.

I paradoksalnie – spokojniejsza niż kiedykolwiek.

Koniec przedstawienia.

To tyle w temacie.

Bo biedy można sobie napykać…

i to zupełnie nieświadomie

Pomiędzy pracą

Dziś znalazłam chwilę, by usiąść w przerwie między pracą a pracą.

Tyle tu wszystkiego.

Tu poprawić, tam zrobić, gdzie indziej przygotować.

Latam, biegam, układam, donoszę, kładę, składam, rozkładam

to tu, to tam. Ciągle coś się dzieje.

I zawsze, zawsze, przemykają mi przed oczami sylwetki ludzi.

Oczy.

Czasem smutne, czasem zamyślone,

pogrążone w swoim świecie.

Człowiek istota ludzka, homo sapiens.

Jesteśmy stworzeni z emocji i uczuć, jeśli w ogóle da się je tak nazwać.

I właśnie te uczucia widzę każdego dnia.

Widzę emocje.

Widzę troskę.

Widzę, jak przesuwają się razem z całą maszynerią do przodu,

jak idą do łazienki.

Czasem każdy krok sprawia ból,

ale idą wsparci o tę drugą osobę.

Ramię w ramię.

Powoli.

Razem.

Jakie to piękne patrzeć na ludzi dotkniętych chorobą,

a jednak otoczonych miłością.

I to widzę codziennie.

Z kroplówki leci chemia.

Czasem godzinę.

Czasem pięć.

Czasem osiem.

Różnie.

Są tacy, którzy siedzą sami

wpatrzeni w powolne kapanie kropli,

cierpliwie czekając do końca.

W ciszy.

Są też inni.

Przychodzą z kimś bliskim partnerem, mężem, żoną… nie wiem.

Ale widzę troskę.

Głaskanie po dłoni.

Spojrzenia w oczy.

Czasem rozmowy.

Czasem drzemka.

Czasem wspólne oglądanie czegoś w telewizji.

A czasem po prostu bycie obok siebie.

Każdy ruch ciała.

I ta druga osoba jest.

Pomaga.

Pyta.

Dotyka.

Dodaje otuchy, bliskości.

Podaje wodę.

Zwilża usta.

Uśmiecha się.

Mówi.

Dotyka czoła.

Poprawia koc.

Pomaga przytrzymać kable, rureczki,

podaje obiad, kiedy ta druga osoba nie ma siły,

jest głodna, zmęczona, słaba.

Niby nic.

A jednak wszystko.

Na początku bałam się tego oddziału.

Przez głowę galopowały mi tysiące myśli.

No bo ja taka przeczulona…

Zobaczę kogoś i będę beczeć.

Nie zrobię nic.

Nie jestem twarda.

Rozklejam się.

Ale myślę sobie:

jeśli Bóg postawił mnie właśnie tutaj,

w tym miejscu,

to chciał, żebym tu była.

Więc mówię:

Boże, Ty wiesz, jak mi ciężko.

Znasz moje serce.

Tak trudno patrzeć mi na cierpienie innych.

Nie potrafię przejść obok.

Chcę pomóc, nieść, wspierać.

A tu… tu jest szpital, oddział.

I wiecie co?

Bóg zatroszczył się.

Pokazał mi:

Jola, jesteś na odpowiednim miejscu.

Swoją pracą poprawiasz ich komfort życia.

I to było to.

Wiecie, ile mam radości, że to właśnie ja pracuję na chemii?

Że to ja mogę im służyć?

Pomagać swoją pracą?

I nieważne, że to rutyna.

Codziennie to samo.

Bo rutyna robiona z miłością

przestaje być rutyną.

Boże…

ile ja mam radości, robiąc coś i wiedząc, że pomagam tym,

którzy cierpią.

Tyle mi to daje.

Tak rozczula moje serce,

że chce mi się więcej każdego dnia.

Mało tego

to właśnie tu, na tym oddziale,

w tych chorych, cierpiących ludziach

widzę to, co jest najważniejsze.

MIŁOŚĆ.

Naprawdę.

Można sobie zadać pytanie:

gdzie?

w którym momencie?

jak?

A ja już mówię.

Widzę ją wtedy,

gdy ta druga osoba siedzi obok chorej.

Gdy podaje wodę.

Zwilża usta.

Uśmiecha się.

Mówi.

Dotyka.

Przykrywa kocem.

Mało?

Mogę jeszcze więcej.

Takie małe gesty.

A jakie ważne.

Bo popatrz…

małżeństwo.

Oboje zdrowi.

Oboje zapieprzają.

Robota, dom, rodzina.

Ciągle coś do zrobienia, załatwienia.

Brak czasu dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół.

Ale kiedy dopada cię choroba,

cierpienie —

wszystko przestaje się liczyć.

Wszystko.

Liczy się tylko to,

żeby wyzdrowieć.

Wtedy wszystko się przewartościowuje.

Człowiek puka się w czoło i mówi:

Po co mi to było?

Czemu nie pojechałem z rodziną?

Czemu nie spełniłem marzeń?

No czemu?

Choroba weryfikuje wszystko.

Rodzinę.

Znajomych.

Przyjaciół.

Zostają tylko najwierniejsi.

Ci, dla których miałeś wartość.

Nie jako możliwość korzyści —

ale jako człowiek.

Jestem dumna, że Bóg postawił mnie właśnie na tym oddziale.

Może trudnym.

Ale jakże pięknym.

Patrzę przez pryzmat wiary.

Dzięki wierze mogę tu być.

Inaczej — jestem pewna —

nie dałabym rady i odeszłabym.

A tak…

codziennie widzę nową historię.

Nowe oczy.

Nowe plecy.

Nowy dotyk dłoni.

Czy to nie jest piękne?

Dla mnie jest.

Jest fascynujące.

Każdego dnia proszę Boga,

by był ze mną w tej mojej pracy.

By dotykając tych sprzętów, tych rzeczy,

On rozlewał swoją miłość

i swoje Miłosierdzie

na wszystkich chorych —

samotnych, opuszczonych,

na lekarzy, pielęgniarki

i na wszystkich, którzy tu pracują.

Jakie to piękne,

ile możemy dać Boga innym

w takich prostych rzeczach.

A jakże ważnych.

No i jak tu nie być wdzięcznym,

skoro tak wiele dostaje się każdego dnia?

No jak?

A Ty…

jak patrzysz na swoją pracę?

1:30 w nocy. Miasto śpi. Mój mąż jedzie parowozem

Wracam z pracy. Jest 1:30 w nocy. Miasto śpi. Latarnie świecą. Jest pięknie. Jest cicho. 

Czuję się tak, jakbym weszła na peron i czekała na ekspres. W oddali coś gwiżdże, wszystko porusza się swoim rytmem, świat jest poukładany. Jest spokój. Jest cisza.

I dokładnie w tej chwili przypominam sobie, że w domu czeka na mnie parowóz.

Mój szanowny małżonek. Lokomotywa pełną parą. Tunel. Pełny załadunek węgla. Rozkład jazdy: cała noc, bez przystanków.

Stoję w przedpokoju i ściągam buty. Powoli. Ostrożnie. Jakbym rozbrajała bombę. Jedno złe poruszenie i zacznie się koncert.

Od jakiegoś czasu walczę z mężem. Może nie dosłownie z nim. Ale z jego chrapaniem.

O matko i córko… Mam wrażenie, że cały blok bierze udział w nocnej symfonii: chrrrr… chrrrr… krrrrr…

Skubany jeden potrafi to zaintonować. Ale żeby aż tak? Rano wstaje i mówi: Matko jedyna, jak mnie gardło boli…

No a jak ma nie boleć, skoro pół nocy parowóz robi kursy z pełnym załadunkiem? No jak?

Zawsze zaczyna się niewinnie. Cicho. Delikatnie.

A potem jedzie parowóz. Trasa nocna. Dokłada węgla. Jeszcze trochę. Jeszcze. JESZCZE.

Myślę: może nie budzić, może się przyzwyczaję.

Nie. Nie przyzwyczaisz się, kobieto. To nie jest chrapanie. To jest linia kolejowa PKP. Relacja: nocny pospieszny. Bez opóźnień. Bez litości.

Przypominam sobie, co radzi wujek Google: połóż się na lewy bok.

Panie maszynisto… lewy bok…– szepczę z czułością ofiary.

On się przewraca. Parowóz zmienia tor. Efekt: stereo.

Próbuję delikatnie dotknąć nosa. Błąd. Krytyczny.

Człowiek wyrywa się jak ryba wyrzucona na asfalt. Machanie rękami. Oburzenie. Co robisz?! Co się dzieje?!

Nic… wróciłam z pracy… chciałam się położyć spać…

Zasypia w sekundę. Parowóz wraca. Jeszcze głośniejszy, bo obrażony. Punktualny jak szwajcarski zegarek.

No to plan B. Kostka.

Buch. Cisza. Ulga. Oddycham. Zasypiam.

Dwie minuty później: tuuuuuuuuuuuu.

Buch. Cisza. Buch. Cisza.

Rano on mówi: Coś mnie kostki bolą…Ja odpowiadam: To od luksusu

I wtedy wjeżdża temat materaca.

Mówię spokojnie: Idź spać do chłopaków. Ty na łóżko Tymka, Tymek do mnie. Każdy wyspany, nikt nie kopany

I tu zaczyna się dramat.

Bo nasz materac to nie jest zwykły materac. To twardy, ortopedyczny ideał. Kręgosłup śpiewa. Kości już się przyzwyczaiły. To jest łóżkowy Rolls-Royce.

A u chłopaków? Miękko. Za miękko. Nie tak. Nie idealnie.

Nie, bo tamten materac jest inny… Miękki… Kręgosłup… Kości już nie te…

Czyli: chrapać mogę, przenieść się absolutnie nie.

Bo parowóz ma standardy.

Więc mój szanowny mąż z racji tego że co noc walczymy o ciszę .Postanowił zadbać o mój komfort i zainwestował w plastry na nos. Bo przecież tyle pozytywnych opinii w internecie.

Plaster miał być kompromisem. Mieliśmy oboje odpoczywać w jednym łóżku.

A ja naiwnie myślałam, że jeden plaster pokona bestię.

Trzeba by było okleić go całym pudełkiem. Jak mumię. Bo ja, kurde, żadnego efektu nie zauważyłam.

Kolejna noc – to samo.

Rano SMS: Ale się wyspałem! I co, nie chrapałem? Jednak dobre te plastry , działają .

Siedzę z kawą. Patrzę w okno. Zastanawiam się, czy odpisać prawdę: Byłeś maszynistą. Opóźnienie zero minut. Trasa przejechana perfekcyjnie.Plastry nie pomogły .Możesz je wyrzucić .

Ale piszę tylko: Spałeś jak aniołek… tylko aniołek wskoczył do parowozu i prowadził nocny pospieszny.Nocny standard ,bez zmian….

Bo w tym domu śpi i odpoczywa tylko maszynista.

Ja chyba kupię zatyczki do uszu. Albo słuchawki wygłuszające. Albo własny peron.

Macie jakieś sposoby na chrapiących obok ludzi? Bo ja… wysiadam na tej stacji.

Słowa, które liczą drożej niż inflacja

Mój mąż ma szczególny talent. Nie do sprzątania. Nie do układania glazury. Nawet nie do składania prania, choć całkiem mu to nieźle wychodzi, hihi. On ma talent do jednego zdania, które potrafi roznieść dom w pył szybciej niż dzieci świeżo posprzątany salon.

Nie mówi często. O nie. On nie chlapie byle czego. On czeka. Aż ceny masła skoczą. Aż paragon stanie się dłuższy niż modlitwa w Wielki Piątek. Aż ktoś powie coś, co w nim zasieje niepokój. Jedno zdanie, jeden nagłówek, jedno „eksperci alarmują” i już wiem, że zaraz będzie „to”.

I wtedy on to mówi. Spokojnie. Z rezygnacją. Jakby ogłaszał pogodę, tylko zamiast deszczu zapowiadał koniec świata w ratach. Zawsze przy kasie. Zawsze wtedy, gdy kasjerka już nacisnęła „suma”, jakby nawet kasa fiskalna miała poczuć ciężar sytuacji : 

Niedługo to z torbami pójdziemy.

Jak tak dalej będzie, to biedakami zostaniemy.

I ja wtedy czuję, jakby ktoś odpalił we mnie zapłon. Nie gniew – reaktor. Bo ja wiem jedno: słowa mają moc. Słowa nie są powietrzem. Słowa są jak gwoździe – jak je wbijesz, to ślad zostaje, nawet jak potem udajesz, że przecież nic takiego nie powiedziałeś.

A on? On mówi i idzie dalej. Jakby właśnie wypuścił do kuchni małego, niewidzialnego potwora, który zaczyna się żywić moim spokojem, snem i resztkami radości znalezionymi między lodówką a szafką z rachunkami. Potwór nie hałasuje. On tylko siedzi. I patrzy.

Jesteśmy zwyczajni. Nie „och” i nie „ach”. Czwórka  dzieci, rachunki, praca, życie na takim poziomie, że nie spadamy, ale też nie fruniemy. Raczej unosimy się jak balon bez helu, trzymany na sznurku z Biedronki. Niby leci, ale bez przesady.

Był pies. Jest już na niebiańskich łąkach – tam, gdzie karma jest tania, weterynarz darmowy i nikt nie pyta o fakturę ani o paragon. Nowego nie będzie. Nie dlatego, że nie kochamy zwierząt. Właśnie dlatego. Bo dziś zwierzak to już nie pupil. To abonament emocjonalno-finansowy z opcją nagłych wydatków i dramatów o trzeciej nad ranem.

Więc zostają nam cudze psy i koty. Znajomi jadą na wakacje, a my otwieramy coś pomiędzy hotelem a azylem. Przygarniamy wszystko, co ma cztery łapy i nie gryzie. Przynajmniej na razie.

Ale wracam do niego. Do mojego męża i jego zdań z kategorii „koniec świata – wersja promocyjna, tylko dziś, przy kasie”. On mówi, a ja potem nie śpię. Czterdzieści dwie minuty snu. Czasem mniej. Czasem tylko leżę i liczę – nie owce, tylko wydatki. Owce i tak by uciekły.

W nocy te jego słowa wracają inne. Już nie brzmią jak zdanie. Brzmią jak przepowiednia. Widzę siebie z torbami. Dosłownie. Jedna z Biedronki. Druga z Lidla. Trzecia z dziurą na dnie – bo zawsze musi być jakaś z dziurą, najlepiej dokładnie pod chlebem.

Widzę dom, który powoli znika, jakby inflacja była mgłą, a my stali w niej najpierw po kostki, potem po kolana, potem po szyję. A on stoi obok i mówi: a nie mówiłem? Spokojnie. Bez emocji. Jak komentarz eksperta.

I najgorsze nie są ceny. Najgorsze jest to pytanie, które zaczyna się sączyć jak wilgoć w ścianach: a jeśli on ma rację?

Bo człowiek się stara. Pracuje. Płaci. Żyje uczciwie. A mimo to ma wrażenie, że stoi nad wodą, która w każdej chwili może wciągnąć go bez ostrzeżenia i jeszcze wystawić paragon.

I wtedy myślę: czy naprawdę jest tak źle, czy to tylko słowa, które robią się większe niż rzeczywistość? Czy mój strach jest realny, czy tylko podlewany zdaniami wypowiadanymi nad paragonem z Costco, długim jak epopeja narodowa, czytanym szeptem, z grozą w oczach, jakby zawierał zapowiedź Apokalipsy.

A przecież ja kocham to życie. Naprawdę. Z całą mocą. Widzę kolory. Zawsze je widziałam. Nawet gdy było szaro, potrafiłam znaleźć jakiś odcień. I kocham tego mojego chłopa. Takiego, jaki jest. Czarno-białego. Z kontrastem ustawionym na maksimum, jak w starym telewizorze.

On widzi świat w dwóch barwach: albo dobrze, albo zaraz się zawali. A ja próbuję mu te kolory doklejać. Zielone nadzieje, żółcie radości, trochę błękitu „jakoś to będzie”. A on odgania się nimi jak od muchy. Jakby optymizm był alergią. Jakby radość swędziała. Jakby kolory były zbyt podejrzane.

I wystarczy, że przy kasie walnie tym swoim zdaniem, a moje kolory uciekają szybciej, niż zdążę pomyśleć: ej, przecież nie jest tak źle. A potem idę ostrożnie. Jak po cienkim lodzie. Staram się nie myśleć. Czekam, aż kolory wrócą. Bo zawsze wracają. Tylko potrzebują czasu i ciszy.

A ja mam tyle planów. Tyle pomysłów. Tyle życia do kochania. A on – mój mąż szanowny, jedyny – potrafi to wszystko zgasić jednym zdaniem. Jakby miał pilot i naciskał OFF, nawet nie pytając, czy ktoś jeszcze ogląda.

I jest jeszcze jedno. Jedno małe marzenie, które dla mnie jest kolorem, a dla niego prawdopodobnie końcem cywilizacji. Chcę, żeby to on położył czerwone cegły na ścianie nad naszym łóżkiem. Tak. Cegły. Czerwone. Prawdziwe.

Nie dlatego, że musi. Dlatego, że chcę. Bo mam wizję. Bo w mojej głowie ta ściana już istnieje – ciepła, z charakterem. Jak życie. Jak małżeństwo.

A on nigdy tego nie robił. I właśnie to go przeraża. Bo to nie jest tylko ściana. To projekt. Plan. Przyszłość. A on bardzo nie lubi przyszłości, która wymaga decyzji, działania i przyznania, że będzie jutro.

Może właśnie tego się boi. Że jak położy te cegły, to znaczy, że tu zostajemy. Że się nie rozsypiemy. Że nie zawsze idzie się z torbami – czasem idzie się po cegły.

Dla mnie te cegły to kolor. Dla niego potencjalna katastrofa budowlana, finansowa i egzystencjalna w jednym. On już widzi krzywą fugę, źle położony poziom i zdanie: a nie mówiłem, że się nie nadaję?

A ja widzę, jak stoi nad łóżkiem, trochę niepewny, trochę wkurzony, jak robi coś pierwszy raz, jak przeklina pod nosem, a potem patrzy i myśli: kurde… stoi.

Może więc on nie boi się biedy. Może boi się moich planów. Mojej wiary, że można coś zbudować. Że nie wszystko się wali. Że życie nie jest tylko do liczenia.

Może te jego słowa to nie przepowiednie, tylko hamulec ręczny. Zaciągnięty na wypadek, gdybyśmy za bardzo się rozpędzili ku szczęściu.

I rodzi się we mnie pytanie ,już nie tylko o ceny:

Czy naprawdę biedniej robi się od inflacji, czy od słów, które codziennie, nieuważnie, wypowiadamy w swoich domach?

NIEBIESKI DOM

W Sylwestra pracowaliśmy prawie do północy.

Dobrze, że nie mieliśmy planów, bo nici by były z czegokolwiek.

Wracam do domu.

Zmęczona tak, że marzę tylko o ciszy, herbacie i łóżku.

Otwieram drzwi.

I przez krótką sekundę myślę, że pomyliłam mieszkania.

W salonie stoją ludzie.

Moja rodzina.

Ale… nie w moich kolorach.

Nie są bladzi.

Nie są zmęczeni.

Są niebiescy.

Nie „lekko”.

Nie „jak po zimie”.

Jednolicie.

Nienaturalnie.

Stoją równo.

Bez ruchu.

Jak ekspozycja w muzeum .

Dłonie.

Stopy.

Twarze.

Młody — cały.

Buzia.

Powieki.

Jakby ktoś zanurzył go w beczce z barwnikiem i zapomniał wyjąć.

Max też.

Max, z racji tego, że „ratował sytuację”, również niebieski.

Bo oczywiście, jeśli w tym domu jest tragedia, to rodzinna.

U nas jak się coś dzieje, to dotyka wszystkich, bez wyjątku.

— Co się stało? — pytam.

Głos mam spokojny.

Zdecydowanie zbyt spokojny.

Mój mąż podnosi wzrok.

Wzrok człowieka złamanego.

— Nie pytaj.

— Ja NIE WIEM, co się w tym domu dzieje.

Jest zły.

Taki zły, że jeszcze chwila, a zacznie gryźć podłogę.

Milczy przez moment.

— I nie wiem, czy chcę wiedzieć.

W środku się śmieję.

Nerwowo.

Bo kurde…

Tak niebiescy to oni jeszcze nigdy nie byli.

Nawet dziewczyny.

— Dziewczyny — mówię — co tu się wydarzyło?

Patrzą na mnie jednocześnie.

Za jednocześnie.

— Mały coś wyciągnął.

— Coś rozsypał.

— Teraz jest wszędzie.

— I wszystko jest niebieskie.

— Uważaj, bo zaraz też będziesz.

— Naprawdę.

Mówią to z taką powagą,

jakby ostrzegały mnie przed czymś zakazanym i nie do cofnięcia.

Zdejmuję buty.

Odruchowo.

Jak zawsze.

Bo przecież lubię chodzić boso.

Pod stopami czuję coś miękkiego.

Jak puder.

Jak pył.

Nie sól.

Nie piasek.

Podnoszę stopę.

Patrzę.

NIEBIESKA.

Ale…

Nie ma farby.

Nie ma śladów.

Nie ma NIC.

Kucam.

Dotykam podłogi dłonią.

Podnoszę rękę.

NIEBIESKA.

Serce robi mi pauzę.

Patrzę na podłogę.

Czysta.

Idealna.

Idę do zlewu.

Myję rękę.

Tarcie.

Mydło.

Kolor zostaje.

I wtedy pojawia się myśl,

to nie jest zwykła substancja.

— MÓWIĆ MI NATYCHMIAST — wołam — CO TU SIĘ WYDARZYŁO?!

— Nic nie widać — mówią.

— Ale jak dotkniesz…

— To zmienia kolor.

— Co to jest? — pytam.

— Co ON znalazł?

Cisza.

— Nikt nic nie widział.

— Nikt nic nie słyszał.

Bo młody…

MŁODY PORUSZA SIĘ Z PRĘDKOŚCIĄ ŚWIATŁA.

— Mamo — mówią cicho.

— My nie dajemy sobie z nim rady.

I wtedy zaczynają opowiadać.

Wdrapywanie się na szafki.

Chodzenie po stole.

Gotowanie na kuchence.

Rozbijanie jajek.

Mieszanie przypraw.

Dodawanie mąki.

— Kazał nam smażyć placki.

— Kazał jeść.

Max krzyczy z kuchni:

— Myłem podłogę trzy razy!

— To się ROZNOSI!

I wtedy rozumiem.

To nie plama.

To skażenie.

Młody zasnął.

Nie dał się doszorować.

Leży w łóżku.

Niebieski.

Spokojny.

Przeszukuję szafki.

Apteczkę.

Nic.

I wtedy…

szuflada.

SCIENCE KIT.

CRYSTAL GARDEN.

Saszetka.

Pusta.

To nie farba.

To specjalny proszek do zestawu rosnących kryształów — taki, który nadaje im kolor.

My mieliśmy niebieski.

Bo oczywiście, że niebieski.

Pan laborant uwielbia niebieski.

Czyli…

idealny.

Do zabawy.

Do chaosu.

Do zamienienia domu w eksperyment.

Dlatego mycie nie pomaga.

Dlatego im bardziej sprzątasz, tym gorzej.

Jest piątek.

Mamy niebieskie ręce.

Niebieskie stopy.

Szoruję młodego.

Szczotą.

Pastą do zębów.

Nic.

Patrzę na niego.

Śpi jak aniołek.

Tylko… niebieski.

Jutro wanna.

Długie moczenie.

I weź tu bądź mądry…

Jak masz prawie sześciolatka

z głową pełną pomysłów

i rękami, które kochają doświadczenia i eksperymenty.

Co on jeszcze wymyśli?

Nie wiem.

Ale serio…

czy ktoś zna Harvard Science dla sześciolatków?

Bo ja chyba właśnie wychowuję

geniusza laboratoryjnego.

A jeśli jutro obudzę się zielona…

to już nawet nie będę pytać.

Tylko zamknę wszystkie szuflady.

Chociaż…

zapewne i na to znajdzie sposób.

Bo on uwielbia wszystko,

co trudne,

niebezpieczne

i co trzeba rozwikłać 🫣

Jeśli macie dzieci — ostrzegam:

czytajcie etykiety.

I zamykajcie szuflady.