Dziś jest 12 styczeń, a ja czuję się jakby był 13… ten niby pechowy, chociaż w żadne przesądy nie wierzę. Serio. Dawno temu z tym skończyłam. A jednak od rana coś było nie tak. Jakby dzień wstał lewą nogą i postanowił mnie sprawdzić. Gdziekolwiek się ruszyłam – coś spadało mi na głowę. Dosłownie i w przenośni.
Na początku myślę sobie: no dobra, czasem tak bywa. Każdemu się zdarza. Ale nie tak, że jak się zaczęło sypać, to sypało się cały dzień. Jedno po drugim. Bez przerwy. Jakby ktoś tam na górze powiedział: „dobra, jedziemy, niech poczuje”.
I wtedy zaczęły mi się nasuwać wnioski. Takie, które wracają do mnie nie pierwszy raz. Coraz wyraźniej widzę, że ludziom jest… łatwiej, przyjemniej, bardziej po drodze z tobą, kiedy jesteś smutny. Kiedy narzekasz. Kiedy psioczysz, marudzisz, chodzisz przygięty, zmęczony życiem, jak taka burzowa chmura.
Ludzie lubią ludzi nieszczęśliwych. Takich, co ciągle mają pod górkę. Bo wtedy wszystko się zgadza. Świat jest „normalny”. Każdy ma swoje krzyże, swoje dramaty, swoje żale.
Ale jak ty nagle działasz…
Jak się cieszysz.
Jak jesteś wdzięczny.
Jak masz w sobie energię.
Jak jesteś wszędzie, jak piorun, jak iskra.
Jak się uśmiechasz i nie przepraszasz za to, że żyjesz.
To wtedy coś się psuje.
To wtedy pojawia się to ciche, niewypowiedziane: „o, temu trzeba dowalić”. Dorzucić. Dosypać. Żeby nie było za lekko. Żeby tak zębów nie suszył. Żeby poczuł ciężar życia. Żeby go trochę przygniotło. Bo jak to tak? Za dobrze? Za jasno? Za radośnie?
I wtedy wszystkim jakby łatwiej. Spokojniej. Bo już nie odstajesz. Bo już jesteś „jak wszyscy”.
Tylko ja tak nie chcę.
Nie chcę być człowiekiem, który ciągle narzeka.
Nie chcę chodzić smętny, wiecznie niezadowolony, wiecznie z pretensją do świata.
Nie chcę żyć w trybie „psioczę, bo tak trzeba”.
Nie umiem tak. I nie chcę się tego uczyć.
Ale czasem… po takich dniach jak dziś… naprawdę się zastanawiam:
co robić? jak żyć?
Czy trzeba się przyciszyć, żeby nikogo nie razić?
Czy trzeba udawać ciężar, żeby było „sprawiedliwie”?
Czy radość naprawdę tak boli innych?
I wtedy przyszła myśl. Prosta. Prawdziwa. Że może zamiast dalej się z tym wszystkim szarpać, trzeba się po prostu zwrócić do Boga. Do Tego, który zna mnie najlepiej. Który wie, czego naprawdę mi potrzeba.
Więc mówię. Tak normalnie. Bez wielkich słów. Mówię, co mnie dziś przytłoczyło, co mnie przywaliło. Mówię, że kurde… kocham swoje życie. Nieidealne. Poplątane. Ale moje. Piękne. Kolorowe. I że strasznie chciałabym znowu poczuć kolory. Ten żółty – radości, słońca, szczęścia. A nie ciągle jakieś zachmurzone niebo nad głową.
I mówię: Tato Niebieski, pomóż. Wyciągnij mnie z tego smutnego bagna.
I wiecie co? Chwila. Moment. I jakby niebo zaczęło rozsuwać swoją kotarę. Szarości zaczęły odpuszczać. Dotykać. A do mnie znowu zaczęły wracać kolory. Przez ludzi. Przez słowa. Przez drobne gesty. Przez ciszę, która przestała być ciężka.
I mój świat znowu nabrał barw.
Cieszę się, że Bóg słyszy.
Cieszę się, że wierzę.
Że Bóg jest dobrym Ojcem, który chce naszego szczęścia i jest zawsze. Nawet wtedy, kiedy nam się wydaje, że wszystko się wali.
Dobranoc, Kochani 🤍
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.