Jedna z koleżanek na Facebooku napisała mi komentarz o wspólnocie.

Niby zwykły.

A jednak było w nim coś, co prowokowało mnie do napisania czegoś o mojej wspólnocie.

Wracałam do niego często.

Czytałam.

Myślałam.

Coś rodziło się we mnie w sercu.

Za każdym razem mnie zatrzymywał.

Za każdym razem poruszał coś innego.

Raz było wzruszenie.

Raz bunt.

Raz cisza.

W końcu powiedziałam:

Duchu Święty, pokaż mi obraz.

Nie słowa.

Nie gotową odpowiedź.

Obraz tego, co mam pokazać.

I wtedy przyszło .

Żeby pokazać moją wspólnotę.

Nie idealną.

Nie książkową.

Moją.

Taką, jaką ja ją widzę.

Moimi oczami.

Z mojego miejsca w życiu.

To, czego od niej oczekiwałam.

To, co mi dała.

I to, jak bardzo mnie zmieniła.

Bo moje początki były trudne.

Naprawdę trudne.

Do wspólnoty przyszłam prawie dziesięć lat temu.

I kiedy dziś na to patrzę,

wiem, że przez te wszystkie lata wydarzyło się tak wiele,

że nie da się tego opowiedzieć jednym zdaniem.

Nie przyszłam z marzeniami o wspólnocie.

W Polsce byłam w Oazie,

więc wiedziałam, jak to wygląda.

Ale nie miałam oczekiwań.

Żadnych.

Życie mnie przytłaczało.

Problemy z dzieckiem, u którego zdiagnozowano autyzm.

Problemy mieszkaniowe.

Brak pracy.

To, że mąż utrzymywał nas sam.

Na swoich ramionach niosłam dom.

Dzieci.

Codzienność.

I wszystko, czego już nie umiałam unieść.

Nie wyrabiałam.

Czasem było tak ostro,

że nie wiedziałam, czy dam radę następnego dnia wstać.

Zaczęłam przychodzić we wtorki.

Siadałam.

Patrzyłam na ludzi.

Modliłam się.

Nie przyszłam po cud.

Może po ulgę.

Może po to, żeby ktoś zdjął ze mnie ten ciężar życia.

Nie wiem.

Czułam tylko, że muszę tu być.

Coś mnie ciągnęło do tego miejsca.

Najpierw się przyglądałam.

Słuchałam.

Potem zaczęłam rozmawiać z liderką Maja .

Była dla mnie ogromnym wsparciem.

Słuchała.

Naprawdę słuchała.

I zadawała pytania.

Mądre.

Głębokie.

Nie umiałam na nie odpowiedzieć.

Ale każde takie pytanie zostawało we mnie na cały tydzień.

I co tydzień czułam,

jakby ktoś zasiewał we mnie nowe ziarno.

Boże…

jak ja byłam głodna jej słów.

Zaczęłam uważniej słuchać ludzi.

Jakby podłączona do kroplówki.

Ciągnęłam to, co widziałam w innych.

Ale nauczyłam się wybierać.

Nie wszystko.

Nie byle co.

Podłączałam się tam,

gdzie był pokarm.

Gdzie czułam, że to jest dla mnie.

Że tym mogę się karmić.

Z czasem pojawiła się Lodzia.

Mentorka.

Obok mojej liderki.

Zadawały mi pytania.

A ja coraz częściej mówiłam na głos,

że nienawidzę swojego życia.

Byłam zła na Boga.

Za rodziców.

Za dom, z którego wyszłam.

Za przemoc.

Za brak wzorców.

Za syna.

Za małżeństwo.

Za napięcie.

Mąż chciał zdrowe dziecko.

A dziecko miało problemy.

A my żyliśmy w ciągłej frustracji, złości i bezsilności.

Miałam dość.

I nie miałam w nikim wsparcia.

Kiedy wychodziłam za mąż,

zrobiłam coś, co dziś nazywam paktem z Bogiem.

Powiedziałam:

Boże, Ty wiesz, że nie jestem idealna.

Mam masę problemów.

Ale oddaję Ci to małżeństwo.

Prowadź mnie.

Podnoś, kiedy upadnę.

Chroń nas.

Bo ja się pogubię.

Jestem słaba.

Nie mam wzorców.

Tak zaczęłam nasze małżeństwo.

I Bóg był w nim od początku.

Przywiązałam się do Jego stóp w dniu ślubu.

I nigdy nie puściłam tej liny.

Były sztormy.

Takie, że zalewały wszystko.

I wyglądało, jakby to już był koniec.

Ale Bóg jest wierny.

Czasem spóźniony o piętnaście minut.

Ale zawsze na czas.

Kiedy po ludzku wszystko się sypało,

On przychodził.

Umacniał to, co nadłamane.

I wszystko wracało do życia.

We wspólnocie spotykałam różnych ludzi.

Nie wszyscy rozumieli.

Słyszałam, że powinnam więcej się modlić.

Jeździć na modlitwy uzdrowienia.

Dostawałam adresy.

A ja miałam codzienne terapie z synem.

Nie mogłam jeździć.

Słyszałam wtedy,

że to kara.

Że za mało się modlę.

I mogłam wtedy odejść.

Zrezygnować.

Bo byli ludzie,

którzy zamiast podnosić – dociskali do dołu.

Spotykałam też takich,

dla których obrzędowość była ważniejsza

niż relacja z Panem.

Ale ja już nie byłam pelikanem,

który łyka wszystko.

Zaczęłam wybierać.

To, co czułam, że jest dobre dla mnie.

Szłam z tym do Lodzi , Majki.

Rozmawiałyśmy.

Mówiły mi,

że w Kościele i we wspólnocie spotkam różnych ludzi.

Że mam ich przyjmować i akceptować takimi, jacy są.

Ale dla siebie wybierać to,

czego pragnie moje serce.

I tak robiłam.

Wtedy zrozumiałam,

że we wspólnocie też są różni ludzie.

I że ja mam wybór.

Zaczęłam zadawać sobie pytania.

Czego chcę.

Czego nie chcę.

Kogo dopuszczam blisko.

Oj, wtedy się działo.

Zaczęłam się odcinać.

Od tych, którzy widzieli we mnie tylko użyteczność.

Zostaniesz z dzieckiem.

Ugotujesz.

Pomożesz.

Wysłuchasz.

A kiedy ja potrzebowałam rozmowy,

nie było nikogo.

Zawsze gdzieś z tyłu.

Zawsze niesłyszana.

A jeśli już ktoś słuchał,

to słyszałam:

„Przesadzasz”.

A ja we wtorki wracałam.

Zawsze.

Karmiłam się Słowem Bożym.

Nie zawsze je rozumiałam.

Ale słuchałam.

Patrzyłam, jak to Słowo działa w innych.

Jak ich podnosi.

Jak zmienia.

I brałam, ile się dało.

Żeby zanieść to do domu.

Każde zdanie od Majki.

Każde zdanie od Lodzi .

Brałam je ostrożnie.

Przegryzałam.

Żyłam nimi.

Dzięki Lodzi i uczyłam się relacji.

Z mężem.

Z dziećmi.

Z samą sobą.

To nie była prosta droga.

Jeden krok do przodu.

Dziesięć do tyłu.

Ale z czasem było coraz lepiej.

Nikt nigdy mi nie powiedział:

„Nie dasz rady”.

Zawsze słyszałam:

Jola, dasz.

Możesz.

Jesteś dobra.

Jesteś kochana.

Wiecie, ile mi dawały te słowa?

Słowa otuchy.

Wsparcia.

Dzwoniły.

Pytały.

Słuchały.

A ja płakałam.

Wylewałam złość.

Nienawiść.

A one mówiły:

możesz to zamienić w perły.

Uczyły mnie dziękować.

Błogosławić.

Nawet w chorobie dziecka.

Zmieniłam swoje życie.

Swoje środowisko.

Odcięłam to, co mnie ciągnęło w dół.

Zaczęłam uwielbiać Boga.

W moim życiu.

Nieidealnym.

W mężu.

W dzieciach.

W sobie.

Choć długo widziałam w sobie zero.

Bez prestiżu.

Bez sukcesów.

A wspólnota mówiła mi,

że jestem perłą w koronie Króla.

Dla mnie wspólnota stała się domem.

Miejscem przyjaźni.

Świętowania.

Uwielbienia.

Miejscem formacji – bo bez tego nie ma wspólnoty.

Nie myśl, że przychodząc do wspólnoty,

spędzisz tylko miło czas

i poznasz fajnych ludzi.

Jeśli chcesz żyć Jezusem,

musisz się formować.

We wspólnocie.

Poświęcać swój czas.

Jeździć na rekolekcje.

Być razem.

Bez tego nie ma wspólnoty.

I to też nie jest proste.

Tam poznałam kapłanów,

którzy zarzucili mi wędkę.

A ja się jej trzymałam.

Tam nauczyłam się wybierać dobro.

Nie oceniać.

Widzieć talenty.

Tam ludzie zobaczyli we mnie to,

czego ja sama nie widziałam.

A Lodzia  powiedziała mi kiedyś:

„Wiesz, dlaczego jesteś taka?

Bo przeszłaś taką drogę.

Bóg postawił cię w takim miejscu,

w takiej rodzinie,

bo wiedział, że tam ukształtuje się w tobie coś pięknego.

Dotknęłaś bólu,

ale dziś potrafisz ten ból dotykać

i zamieniać go w piękno.

W słowa.

W świadectwo.”

Jej słowa były błogosławieństwem.

Nie złorzeczeniem.

Nie litością.

Ona spojrzała na moje życie oczami Boga

i pokazała mi,

że z każdej trudności można wyciągnąć dobro.

Dziś uwielbiam Boga w moich rodzicach.

W mojej historii.

I w mojej pracy.

Na oddziale chemioterapii.

Ciężkiej.

Monotonnej.

Widzę tam Jezusa Ukrzyżowanego.

W chorych.

W pielęgniarkach.

W tej pracy.

Modlę się.

Błogosławię.

Wiem, że nie ma przypadków.

We wspólnocie nauczyłam się wybierać.

Błogosławieństwo.

Radość.

Bo Jezus mówi:

„Jeśli chcesz”.

I ja chcę.

Wspólnota to mój dom.

Moje miejsce wzrostu.

Wiem, że można widzieć niedoskonałości ludzi.

Można się zniechęcić.

Można się zranić.

Ale trzeba też zapytać siebie:

czego ja oczekuję od wspólnoty?

I co ja mogę jej dać?

I prosić Boga,

żeby stawiał na naszej drodze ludzi,

którzy pomogą nam wzrastać w wierze

i w relacji z Nim.

Dla mnie wspólnota jest ważna.

Bo wiem, ile mi dała.

Dzięki tym ludziom

jestem dziś tym, kim jestem.

Pomagają mi iść drogą Miłości.

Pełnej radości.

Nadziei.

Wiary.

Naprawdę warto być we wspólnocie.

I wzrastać razem.

Mam w sobie tyle wdzięczności.

Tyle radości.

Przepełnia mnie duma i szczęście.

A Ty?

Jakie jest Twoje miejsce?

Co dała Ci Twoja wspólnota

albo czego dziś najbardziej w niej szukasz?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Jedna uwaga do wpisu “Moja wspólnota – Lew Judy

Zostaw odpowiedź