Dziś znalazłam chwilę, by usiąść w przerwie między pracą a pracą.
Tyle tu wszystkiego.
Tu poprawić, tam zrobić, gdzie indziej przygotować.
Latam, biegam, układam, donoszę, kładę, składam, rozkładam
to tu, to tam. Ciągle coś się dzieje.
I zawsze, zawsze, przemykają mi przed oczami sylwetki ludzi.
Oczy.
Czasem smutne, czasem zamyślone,
pogrążone w swoim świecie.
Człowiek istota ludzka, homo sapiens.
Jesteśmy stworzeni z emocji i uczuć, jeśli w ogóle da się je tak nazwać.
I właśnie te uczucia widzę każdego dnia.
Widzę emocje.
Widzę troskę.
Widzę, jak przesuwają się razem z całą maszynerią do przodu,
jak idą do łazienki.
Czasem każdy krok sprawia ból,
ale idą wsparci o tę drugą osobę.
Ramię w ramię.
Powoli.
Razem.
Jakie to piękne patrzeć na ludzi dotkniętych chorobą,
a jednak otoczonych miłością.
I to widzę codziennie.
Z kroplówki leci chemia.
Czasem godzinę.
Czasem pięć.
Czasem osiem.
Różnie.
Są tacy, którzy siedzą sami
wpatrzeni w powolne kapanie kropli,
cierpliwie czekając do końca.
W ciszy.
Są też inni.
Przychodzą z kimś bliskim partnerem, mężem, żoną… nie wiem.
Ale widzę troskę.
Głaskanie po dłoni.
Spojrzenia w oczy.
Czasem rozmowy.
Czasem drzemka.
Czasem wspólne oglądanie czegoś w telewizji.
A czasem po prostu bycie obok siebie.
Każdy ruch ciała.
I ta druga osoba jest.
Pomaga.
Pyta.
Dotyka.
Dodaje otuchy, bliskości.
Podaje wodę.
Zwilża usta.
Uśmiecha się.
Mówi.
Dotyka czoła.
Poprawia koc.
Pomaga przytrzymać kable, rureczki,
podaje obiad, kiedy ta druga osoba nie ma siły,
jest głodna, zmęczona, słaba.
Niby nic.
A jednak wszystko.
Na początku bałam się tego oddziału.
Przez głowę galopowały mi tysiące myśli.
No bo ja taka przeczulona…
Zobaczę kogoś i będę beczeć.
Nie zrobię nic.
Nie jestem twarda.
Rozklejam się.
Ale myślę sobie:
jeśli Bóg postawił mnie właśnie tutaj,
w tym miejscu,
to chciał, żebym tu była.
Więc mówię:
Boże, Ty wiesz, jak mi ciężko.
Znasz moje serce.
Tak trudno patrzeć mi na cierpienie innych.
Nie potrafię przejść obok.
Chcę pomóc, nieść, wspierać.
A tu… tu jest szpital, oddział.
I wiecie co?
Bóg zatroszczył się.
Pokazał mi:
Jola, jesteś na odpowiednim miejscu.
Swoją pracą poprawiasz ich komfort życia.
I to było to.
Wiecie, ile mam radości, że to właśnie ja pracuję na chemii?
Że to ja mogę im służyć?
Pomagać swoją pracą?
I nieważne, że to rutyna.
Codziennie to samo.
Bo rutyna robiona z miłością
przestaje być rutyną.
Boże…
ile ja mam radości, robiąc coś i wiedząc, że pomagam tym,
którzy cierpią.
Tyle mi to daje.
Tak rozczula moje serce,
że chce mi się więcej każdego dnia.
Mało tego
to właśnie tu, na tym oddziale,
w tych chorych, cierpiących ludziach
widzę to, co jest najważniejsze.
MIŁOŚĆ.
Naprawdę.
Można sobie zadać pytanie:
gdzie?
w którym momencie?
jak?
A ja już mówię.
Widzę ją wtedy,
gdy ta druga osoba siedzi obok chorej.
Gdy podaje wodę.
Zwilża usta.
Uśmiecha się.
Mówi.
Dotyka.
Przykrywa kocem.
Mało?
Mogę jeszcze więcej.
Takie małe gesty.
A jakie ważne.
Bo popatrz…
małżeństwo.
Oboje zdrowi.
Oboje zapieprzają.
Robota, dom, rodzina.
Ciągle coś do zrobienia, załatwienia.
Brak czasu dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół.
Ale kiedy dopada cię choroba,
cierpienie —
wszystko przestaje się liczyć.
Wszystko.
Liczy się tylko to,
żeby wyzdrowieć.
Wtedy wszystko się przewartościowuje.
Człowiek puka się w czoło i mówi:
Po co mi to było?
Czemu nie pojechałem z rodziną?
Czemu nie spełniłem marzeń?
No czemu?
Choroba weryfikuje wszystko.
Rodzinę.
Znajomych.
Przyjaciół.
Zostają tylko najwierniejsi.
Ci, dla których miałeś wartość.
Nie jako możliwość korzyści —
ale jako człowiek.
Jestem dumna, że Bóg postawił mnie właśnie na tym oddziale.
Może trudnym.
Ale jakże pięknym.
Patrzę przez pryzmat wiary.
Dzięki wierze mogę tu być.
Inaczej — jestem pewna —
nie dałabym rady i odeszłabym.
A tak…
codziennie widzę nową historię.
Nowe oczy.
Nowe plecy.
Nowy dotyk dłoni.
Czy to nie jest piękne?
Dla mnie jest.
Jest fascynujące.
Każdego dnia proszę Boga,
by był ze mną w tej mojej pracy.
By dotykając tych sprzętów, tych rzeczy,
On rozlewał swoją miłość
i swoje Miłosierdzie
na wszystkich chorych —
samotnych, opuszczonych,
na lekarzy, pielęgniarki
i na wszystkich, którzy tu pracują.
Jakie to piękne,
ile możemy dać Boga innym
w takich prostych rzeczach.
A jakże ważnych.
No i jak tu nie być wdzięcznym,
skoro tak wiele dostaje się każdego dnia?
No jak?
A Ty…
jak patrzysz na swoją pracę?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.