Wracam z pracy. Jest 1:30 w nocy. Miasto śpi. Latarnie świecą. Jest pięknie. Jest cicho. 

Czuję się tak, jakbym weszła na peron i czekała na ekspres. W oddali coś gwiżdże, wszystko porusza się swoim rytmem, świat jest poukładany. Jest spokój. Jest cisza.

I dokładnie w tej chwili przypominam sobie, że w domu czeka na mnie parowóz.

Mój szanowny małżonek. Lokomotywa pełną parą. Tunel. Pełny załadunek węgla. Rozkład jazdy: cała noc, bez przystanków.

Stoję w przedpokoju i ściągam buty. Powoli. Ostrożnie. Jakbym rozbrajała bombę. Jedno złe poruszenie i zacznie się koncert.

Od jakiegoś czasu walczę z mężem. Może nie dosłownie z nim. Ale z jego chrapaniem.

O matko i córko… Mam wrażenie, że cały blok bierze udział w nocnej symfonii: chrrrr… chrrrr… krrrrr…

Skubany jeden potrafi to zaintonować. Ale żeby aż tak? Rano wstaje i mówi: Matko jedyna, jak mnie gardło boli…

No a jak ma nie boleć, skoro pół nocy parowóz robi kursy z pełnym załadunkiem? No jak?

Zawsze zaczyna się niewinnie. Cicho. Delikatnie.

A potem jedzie parowóz. Trasa nocna. Dokłada węgla. Jeszcze trochę. Jeszcze. JESZCZE.

Myślę: może nie budzić, może się przyzwyczaję.

Nie. Nie przyzwyczaisz się, kobieto. To nie jest chrapanie. To jest linia kolejowa PKP. Relacja: nocny pospieszny. Bez opóźnień. Bez litości.

Przypominam sobie, co radzi wujek Google: połóż się na lewy bok.

Panie maszynisto… lewy bok…– szepczę z czułością ofiary.

On się przewraca. Parowóz zmienia tor. Efekt: stereo.

Próbuję delikatnie dotknąć nosa. Błąd. Krytyczny.

Człowiek wyrywa się jak ryba wyrzucona na asfalt. Machanie rękami. Oburzenie. Co robisz?! Co się dzieje?!

Nic… wróciłam z pracy… chciałam się położyć spać…

Zasypia w sekundę. Parowóz wraca. Jeszcze głośniejszy, bo obrażony. Punktualny jak szwajcarski zegarek.

No to plan B. Kostka.

Buch. Cisza. Ulga. Oddycham. Zasypiam.

Dwie minuty później: tuuuuuuuuuuuu.

Buch. Cisza. Buch. Cisza.

Rano on mówi: Coś mnie kostki bolą…Ja odpowiadam: To od luksusu

I wtedy wjeżdża temat materaca.

Mówię spokojnie: Idź spać do chłopaków. Ty na łóżko Tymka, Tymek do mnie. Każdy wyspany, nikt nie kopany

I tu zaczyna się dramat.

Bo nasz materac to nie jest zwykły materac. To twardy, ortopedyczny ideał. Kręgosłup śpiewa. Kości już się przyzwyczaiły. To jest łóżkowy Rolls-Royce.

A u chłopaków? Miękko. Za miękko. Nie tak. Nie idealnie.

Nie, bo tamten materac jest inny… Miękki… Kręgosłup… Kości już nie te…

Czyli: chrapać mogę, przenieść się absolutnie nie.

Bo parowóz ma standardy.

Więc mój szanowny mąż z racji tego że co noc walczymy o ciszę .Postanowił zadbać o mój komfort i zainwestował w plastry na nos. Bo przecież tyle pozytywnych opinii w internecie.

Plaster miał być kompromisem. Mieliśmy oboje odpoczywać w jednym łóżku.

A ja naiwnie myślałam, że jeden plaster pokona bestię.

Trzeba by było okleić go całym pudełkiem. Jak mumię. Bo ja, kurde, żadnego efektu nie zauważyłam.

Kolejna noc – to samo.

Rano SMS: Ale się wyspałem! I co, nie chrapałem? Jednak dobre te plastry , działają .

Siedzę z kawą. Patrzę w okno. Zastanawiam się, czy odpisać prawdę: Byłeś maszynistą. Opóźnienie zero minut. Trasa przejechana perfekcyjnie.Plastry nie pomogły .Możesz je wyrzucić .

Ale piszę tylko: Spałeś jak aniołek… tylko aniołek wskoczył do parowozu i prowadził nocny pospieszny.Nocny standard ,bez zmian….

Bo w tym domu śpi i odpoczywa tylko maszynista.

Ja chyba kupię zatyczki do uszu. Albo słuchawki wygłuszające. Albo własny peron.

Macie jakieś sposoby na chrapiących obok ludzi? Bo ja… wysiadam na tej stacji.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź