Praca ze starszymi osobami ma to do siebie, że człowiek biega, teleportuje się, wraca w czasie i robi trzy rzeczy naraz, najczęściej bez instrukcji obsługi. A dziś w roli głównej: babcia — gwiazda programu, która woła mnie tak, jakbym miała w plecach zamontowany dzwonek z opcją natychmiast reaguj. „Jola, Jola, Jola!” rozlega się co kilka minut tak głośno, że echo dudni mi w głowie .
Personalna asystentka twierdzi, że babcię trzeba oddać do ośrodka, bo ma demencję. Ja patrzę na babcię, która pamięta swoją pierwszą randkę sprzed siedemdziesięciu lat, zna historię każdej koleżanki z pracy, potrafi odśpiewać piosenki swojej mamy i cytuje wiersze, które ona przerabiała w elementary school — i myślę: demencja? Gdzie niby? Gdyby ktoś miał prowadzić archiwum narodowe pamięci, to właśnie ona.
Babcia sama dzwoni do lekarzy, sama ustawia wizyty, sama wie, kiedy przyjdzie pielęgniarka i kto z rodziny ma akurat urodziny. Jedyne, co szwankuje, to wzrok — czyli widzi tak, jakby patrzyła przez dno słoika po kompotach. Ale słaby wzrok nie jest powodem, żeby ją zamykać i ubezwłasnowolniać. Ja mówię: nie. Opiekunka mówi: tak. A babcia: „Jola, pokaż kolor i cięcie włosów, bo coś nowego masz na tej głowie!” — i to jest jedyny naprawdę rozsądny głos w tej rozmowie.
No więc sprzątam łazienkę, w spokoju, sumiennie, w harmonii ze sobą , gdy nagle następuje otwarcie wodospadu. Nie żaden romantyczny, tylko wersja specjalna Niagara przy -8°C. Woda leci na mnie tak, jakby świat postanowił przetestować moją cierpliwość, wodoodporność i odporność psychiczną jednocześnie. Sekunda i jestem mokra w stu procentach: włosy, koszulka, spodnie — nawet moja wytrzymałość przemokla 🤣
Stoję w wannie jak kot po kąpieli i próbuję zdecydować: ratować ubranie czy pędzić do babci, bo woła tonem, którego nie ignoruje nawet piorun . Wiadomo — biegnę. A babcia, suchutka, elegancka, w kolczykach i sweterku jak z katalogu, mówi: No jesteś! Czytam artykuł, słuchaj uważnie.Ja stoję, woda ścieka ze mnie jak z rynny na wiosnę, wyglądam jak SPA po eksplozji jacuzzi, a ona analizuje New York Times z powagą analityka giełdowego.
I oczywiście — nie mam ciuchów na zmianę, bo ja sprytna wyprałam torbę i nie włożyłam rzeczy z powrotem. Więc pakuję papierowe ręczniki pod bluzkę i w nogawki, tworząc styl z okolic survival zimowy i budowlany glamour BHP. A na dworze minus osiem. Chodzę więc po domu jak burrito z ręczników, pachnąc jak delikatny papier toaletowy po ulewie.
Jedyny plus? Skarpetki suche. To była moja kotwica przy zdrowych zmysłach.
No i tak na koniec zanim wyjdę :babcia szczęśliwa, elegancka, zanurzona w wiadomościach. Ja mokra jak wydra, ale pełna zawodowej godności.Opiekunka dalej by ją oddała do ośrodka, ja bronię jak pies podwórkowy. Życie to kabaret, tylko widownia ma darmowe wejście.
Teraz lecę słuchać rekolekcji, bo po takim dniu to albo modlitwa, albo herbata z brandy. A że zaraz nocna zmiana, wybieram wersję świętą — odrobię rekolekcje z wczoraj.
Jeśli ktoś miał podobny gratisowy prysznic podczas pracy, proszę o zgłoszenia. Będę mniej jak bohaterka reklamy proszku do prania, w której ostatecznie zawsze wygrywa woda.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.