Tak, proszę Państwa.
Jestem nudziarą!
I wcale mi nie chodzi o książkę Moniki Szwai „Jestem nudziarą”.
Chodzi o mnie .
Bo dzisiaj zostałam oficjalnie zdiagnozowana .
Na Union Square.
Na Manhattanie.
Przy odbiorze urodzinowej kawy.
Człowiek wychodzi po Starbucksa, a wraca z diagnozą osobowości, małżeństwa, życia seksualnego, wiary i kariery literackiej.
I to wszystko gratis.
Do kawy.
Wybrałam się dzisiaj na Union Square odebrać swoją urodzinową kawę. Zamówiłam, stoję grzecznie i czekam, kiedy nagle za plecami słyszę:
Jolka! To ty?!
Nie odwracam się.
Nie dlatego, że nie słyszę.
Słyszę doskonale.
Po prostu przez jakieś trzy sekundy rozważam, czy nie udać głuchej. Albo głupiej. Ewentualnie jednej i drugiej jednocześnie.
Ale wołanie się nasila.
JOLKA!
No dobra.
Odwracam się.
Moja koleżanka.
Jolka! Znowu się spotykamy! Jak zwykle na Manhattanie!
No tak…
Uśmiecham się, a w głowie mam tylko jedno:
Boże, dlaczego akurat dzisiaj zachciało mi się tej kawy?
Koleżanka szczebiocze. Opowiada. Relacjonuje. Ludzie, wydarzenia, życie, cuda i dziwy.
Słucham.
Aż w końcu pada zacne pytanie:
No, ale co tam u ciebie, Jola?
Nabrałam powietrza, żeby odpowiedzieć.
Niepotrzebnie.
Bo zanim zdążyłam otworzyć usta, dowiedziałam się, co u mnie.
Otóż u mnie jest nudno.
Bardzo nudno.
Koleżanka widziała mojego bloga.
I jej zdaniem powinnam być bardziej awangardowa.
Jola, bo od ciebie wieje nudą. Ty powinnaś pisać bardziej barwnie! Żyjesz w Ameryce, w kraju wielkich możliwości, a ty ciągle w tym samym miejscu. Ten sam chłop. To samo życie. Nic się nie dzieje. Jola, obudź się!
Stałam z kawą w ręce i pomrukiwałam tylko:
Mhm… aha… no…
Bo co się odpowiada człowiekowi, który właśnie w trzydzieści sekund zrobił audyt twojego małżeństwa, życia, bloga i osobowości?
Zapytałam więc:
Ale co to znaczy, że mam być bardziej awangardowa? Wytłumacz mi prościej, bo chyba nie kumam.
No i mi wytłumaczyła.
Kochanka powinnam sobie znaleźć.
Albo wejść w jakiś trójkąt.
Przestać być taką ortodoksyjną chrześcijanką.
Zacząć żyć.
Używać życia.
Brać z niego to, co najlepsze.
Opowiedziała mi, jak sama odżyła po rozwodzie. Jak dzieci mówią jej, że jest teraz inną kobietą. Jak poczuła energię, wolność, życie.
Widzisz, Jola, ja teraz wiem, że żyję!
Patrzę na nią i pytam:
Ale co to właściwie znaczy brać z życia to, co najlepsze?
I wtedy dowiedziałam się, że najlepszy jest seks.
A jeszcze taki „inny”, to już w ogóle.
A potem, oczywiście, powinnam to wszystko opisać na blogu.
Bo dopiero wtedy ludzie będą mnie czytać.
Bo teraz?
Teraz jestem nudziarą.
Jola, jak tego nie zmienisz, nawet jedna osoba nie będzie wchodziła na twojego bloga. Bo komu ma się podobać to, co piszesz? Powiedz komu?
I wiecie co?
Nic jej nie odpowiedziałam.
Naprawdę.
Ja.
Ta, która zazwyczaj ma odpowiedź, zanim ktoś zdąży dokończyć pytanie.
Milczałam.
Dostałam jeszcze życzenia urodzinowe, bo wcześniej była zbyt zajęta, żeby mi je złożyć.
Pożegnałyśmy się.
Poszłam dalej.
Tylko że moja urodzinowa kawa już mi nie smakowała.
Jeszcze wczoraj pisałam, że słowa mają moc.
Dzisiaj dostałam lekcję praktyczną.
Bo człowiek może sobie mówić, że ma grubą skórę.
Że zna swoją wartość.
Że nie przejmuje się tym, co mówią inni.
A potem przychodzi ktoś i trafia dokładnie w tę jedną szczelinę, której sam w sobie nie widziałeś.
Nie zabiła mnie tymi słowami.
Ale wyobraźcie sobie, że stałam wysoko na drabinie.
Szczęśliwa.
Zadowolona.
Z marzeniami.
Z moim pisaniem.
Z książką.
Z blogiem.
Z tym całym moim zwyczajnym życiem.
I nagle zaczęłam spadać.
Szczebelek po szczebelku.
Czy naprawdę piszę nudno?
Czy ktokolwiek chce to czytać?
Może rzeczywiście stoję w miejscu?
Może moje życie jest za zwyczajne?
Może to wszystko, co mnie cieszy, dla innych jest śmiesznie małe?
I nim się obejrzałam, leżałam na samym dole tej swojej drabiny.
Rozpłaszczona.
Wróciłam do domu.
Usiadłam w fotelu i zatopiłam się w jego miękkości.
Cicho.
A potem popłynęły łzy.
Bo przecież ja naprawdę lubię pisać.
Piszę, bo sprawia mi to radość.
Nie robię tego pod publikę.
Nie wymyślam życia, którego nie mam, żeby ktoś kliknął.
Nie chcę szokować, żeby ktoś został pięć minut dłużej.
Dzięki temu blogowi poznaję ludzi, których pewnie nigdy nie spotkałabym na ulicy. Dzieli nas ocean, tysiące kilometrów, różne miasta i różne życia, a jednak siadamy gdzieś po dwóch stronach ekranu i rozmawiamy.
Wymieniamy myśli.
Śmiejemy się.
Czasem wzruszamy.
Czasem ktoś napisze jedno zdanie, które zostaje ze mną na cały dzień.
I właśnie to jest dla mnie wartością.
Kocham moje życie.
Kocham mojego męża.
Kocham tę moją zwyczajność, która czasami jest takim rollercoasterem, że naprawdę nie potrzebuję już żadnego trójkąta, bo ledwo wyrabiam na zakrętach we własnym domu.
Po co mam zmieniać coś, co jest dobre?
Po co mam udowadniać światu, że „żyję”, robiąc rzeczy, których nie chcę robić?
Po co mam zostać kimś, kim nie jestem, tylko dlatego, że wtedy podobno będę ciekawsza?
Tylko że wtedy nie umiałam jeszcze tego wszystkiego sobie powiedzieć.
Bo na stole czekał dodatkowo list od maintenance.
Kolejna modernizacja budynku.
Kolejne koszty.
Kolejna podwyżka.
Kolejne pytanie:
Jak my to wszystko ogarniemy?
I nagle nałożyło się jedno na drugie.
Słowa koleżanki.
Blog.
Książka.
Pieniądze.
Dom.
Przyszłość.
Cała moja wcześniejsza radość gdzieś ze mnie zeszła.
Jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.
Siedziałam więc w tym fotelu z czerwonymi oczami i myślałam, że może naprawdę coś robię źle.
I wtedy zazgrzytały klucze w zamku.
Wrócił mój mąż.
Popatrzył na mnie.
Co się stało?
Nic.
Klasyka.
Życie.
Ale jego nie oszukam.
Zna mnie.
Wie, że kiedy nad moją głową wiszą czarne chmury i nagle gaśnie mi energia, to znaczy, że sprawa jest poważna.
Nie musiał długo pytać.
Wylałam z siebie wszystko.
Koleżankę.
Blog.
Nudziarę.
Kochanka.
Trójkąt.
Rachunki.
Modernizację.
Strach.
I jeszcze pół oceanu łez.
Słuchał.
On w ogóle nie jest człowiekiem miliona słów.
Ale czasami wystarczy mu jedno zdanie.
I jedne ramiona.
Przyciągnął mnie do siebie tak mocno, że prawie zabrakło mi tchu.
Głuptasie. Nie daj sobie wmówić, że piszesz nudno, bo nie piszesz. Lubię ten twój humor. Te twoje historie. Tę ciętą ripostę. I to, że czasem pojedziesz tak, że człowiek nie wie, czego się złapać. A że ona lubi inne życie? Jej sprawa. Ale nie daj sobie wmówić takich bzdur.
Chwila ciszy.
A rachunkami też się nie martw. Poradzimy sobie.
I wtedy mnie olśniło :
No i jak ja mam zmienić tego chłopa?
No jak?
Tyle lat ten sam.
Nuda, proszę Państwa.
Żadnego kochanka.
Żadnego trójkąta.
Żadnej awangardy.
Tylko ten sam facet, który wraca zmęczony z pracy, patrzy na moją zapłakaną twarz, bierze na siebie połowę mojego strachu i mówi:
Poradzimy sobie.
Jak mam zamienić takie ramiona na inne, skoro kiedy mnie obejmują, to na chwilę przestaję się bać?
Jak mam zmienić życie, w którym jestem kochana?
Po co?
I chyba właśnie wtedy coś zrozumiałam.
Może dla kogoś szczęście wygląda jak ciągła zmiana.
Może jak wolność bez zobowiązań.
Może jak nowe związki, nowe doświadczenia, nowe emocje.
Nie mnie to oceniać.
Ale moje szczęście może wyglądać inaczej.
Może mieć twarz tego samego człowieka od lat.
Może pachnieć kawą wypitą rano we własnej kuchni.
Może siedzieć przy stole z dziećmi.
Może iść ze mną w niedzielę do kościoła.
Może mieć zmarszczki, rachunki, problemy, zmęczenie i strach o przyszłość.
I nadal być szczęściem.
Nie wszystko, co spokojne, jest nudne.
Nie wszystko, co głośne, jest życiem.
Nie wszystko, co szokuje, jest odwagą.
I nie wszystko, co zwyczajne, jest małe.
Dzisiaj ktoś próbował mi powiedzieć, że żeby być ciekawą kobietą, muszę przestać być sobą.
A ja wieczorem zrozumiałam coś zupełnie odwrotnego.
Najsmutniejszą rzeczą, jaką mogłabym zrobić, byłoby porzucić siebie tylko po to, żeby ktoś chciał mnie czytać.
Więc tak.
Jestem nudziarą.
Mam tego samego męża.
Kocham go.
Wierzę w Boga.
Lubię swoje życie.
Piszę o tym, co naprawdę czuję i przeżywam.
Nie mam zamiaru wymyślać skandalu, żeby zdobyć czytelnika.
Jeśli przez to ktoś nie będzie chciał mnie czytać, trudno.
Wolę mieć dziesięć osób, które przychodzą tutaj po prawdziwą Jolkę, niż tysiące, które przyszłyby oglądać kobietę wymyśloną dla zasięgów.
A dzisiejszy dzień zostawił mi jeszcze jedną lekcję.
Uważajmy na słowa.
Naprawdę.
Bo nie wiemy, w jakim momencie życia stoi człowiek po drugiej stronie.
Nie wiemy, czy właśnie walczy o swoje marzenie.
Czy martwi się o pieniądze.
Czy próbuje uwierzyć w siebie.
Czy ostatkiem sił trzyma się swojego szczebla drabiny.
Jedno zdanie może sprawić, że puści.
Ale jedno zdanie może też sprawić, że znowu zacznie się wspinać.
Dzisiaj usłyszałam oba.
Najpierw:
Jesteś nudziarą. Kto będzie chciał cię czytać?
A kilka godzin później:
Głuptasie. Nie daj sobie tego wmówić. Poradzimy sobie.
I chyba właśnie dlatego nadal wybieram to moje nudne życie.
Bo kiedy świat próbuje mi wmówić, że powinnam być kimś innym, wracam do domu.
A tam ktoś przypomina mi, kim jestem.
Może właśnie to jest moja awangarda.
W świecie, który ciągle krzyczy:
zmień,
spróbuj,
zostaw,
poszukaj czegoś nowego,
żyj mocniej,
bierz więcej,
bo przecież jedno życie masz…
ja mam odwagę powiedzieć:
Nie.
Nie muszę rozwalać tego, co dobre, żeby udowodnić światu, że żyję.
Nie potrzebuję kochanka, żeby poczuć motyle.
Nie potrzebuję trójkąta, żeby mieć o czym pisać.
Nie potrzebuję skandalu, żeby moje życie było ciekawe.
I nie potrzebuję tysięcy czytelników, jeśli ceną za ich uwagę miałabym być ja sama.
Mam tego samego chłopa.
Te same dzieci.
Tego samego Boga.
Ten sam dom, w którym czasem się śmiejemy, czasem kłócimy, czasem martwimy o pieniądze, a czasem jedno „poradzimy sobie” wystarcza za cały najpiękniejszy poemat o miłości.
Więc jeśli to jest nuda…
to jestem nudziarą.
Taką przez wielkie N.
I chyba pierwszy raz w życiu mówię to z dumą.
Bo dzisiaj zrozumiałam jeszcze coś.
Nie każdy, kto żyje inaczej niż ja, żyje źle.
Ale też nie każdy, kto żyje inaczej niż ja, ma prawo wmówić mi, że moje szczęście jest gorsze tylko dlatego, że jest ciche.
Moje nie musi krzyczeć.
Czasem po prostu przekręca klucz w zamku, wraca zmęczone z pracy, obejmuje mnie tak, że brakuje mi tchu, i mówi:
Głuptasie. Poradzimy sobie.
I wiecie co?
Niech sobie będzie nudno.
Byle właśnie tak.

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Niech będzie właśnie tak. Poza tym jesteś cały czas w trójkącie, z Bogiem. A w takim trójkącie seks smakuje najlepiej 😉 Koleżanka pewnie nie wie.
Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Wiesz, że nawet przez sekundę nie przyszło mi to do głowy? Serio! Ja wtedy czułam się, mówiąc najdelikatniej, trochę upokorzona. Stałam jak dziecko ganione przez rodzica i kompletnie nie wiedziałam, jak z tej sytuacji wyjść z podniesioną głową.
A wystarczyło pomyśleć o tym „trójkącie” i pewnie odpaliłabym się w sekundę! No nic… refleks zawsze miałam świetny, tylko czasami przychodzi dzień później.
Dzięki Ci, bo właśnie jednym komentarzem pokazałeś mi tę sytuację z zupełnie innej perspektywy. I wiesz co? Ta perspektywa podoba mi się zdecydowanie bardziej 👊