Ciemno. Cisza. Wszyscy śpią.
Otwieram oczy.
Mąż grzecznie pochrapuje.
Młody w nocy przywędrował do nas i śpi pośrodku, wtulony, jakby własnego łóżka w ogóle nie posiadał.
Leżę sobie z otwartymi oczami i dziękuję Bogu.
Za co?
ZA PEŁNY TYDZIEŃ SZKOŁY.
Ogarnęłam bez większych problemów wszystko i wszystkich.
Wszyscy dotarli tam, gdzie mieli dotrzeć.
Nikt nie został w domu.
Nikt nie zginął po drodze.
Lunche były.
Pranie zrobione.
Chałupa ogarnięta.
A chłop nawet DWA RAZY UGOTOWAŁ OBIAD!
Dumna jestem, no co.
I tak leżę w tej ciszy i myślę o wszystkich rodzicach, którzy pracują, ogarniają dom, dwójkę, trójkę, czwórkę dzieci albo jeszcze liczniejszą gromadkę i każdego dnia prowadzą swoje małe rodzinne przedsiębiorstwo logistyczne.
U mnie teoretycznie powinno być już łatwiej.
Dziewczyny ogarniają się same. Pracują, działają, udzielają się, chcą zostać lekarzami. Muszą wyrobić 1500 godzin w tym wolontariat, clinical research i wszystkie wymagane prerequisites żeby móc składać papiery na medycynę. Do tego listy motywacyjne, personal statements i cała reszta tego szaleństwa.
Mnóstwo tego, ale ja już w to nie wchodzę…
Patrzę na nie i kibicuję im z całego serca.
Max też mnie ostatnio zaskakuje.
16 lat, w październiku już 17. Szkołę ogarnia, po południu pracuje i daje radę.
I jestem z niego naprawdę dumna.
Czyli matce zostało już właściwie ogarnianie młodego.
Szkoła — OGARNIĘTA.
Zajęcia dodatkowe — OGARNIĘTE.
Sobotni basen — OGARNIĘTY.
Religia…
No i tutaj RĘKA W NOCNIKU.
Nie mam nic.
Kombinuję, szukam, może coś wyklaruje się na Manhattanie. Bardzo chciałabym, żeby młody przystąpił do Komunii rocznikowo, ale czy uda mi się to wszystko logistycznie poskładać?
Nie wiem.
Na tę chwilę wie tylko Bóg, a mam wrażenie, że jeszcze mi swojego planu nie udostępnił.
Leżę więc dalej.
Młody śpi między nami. Przychodzi do nas praktycznie każdej nocy.
Ale wiecie co?
Wcale mi to nie przeszkadza.
Lubię, kiedy tak się wtula. Patrzę, jak spokojnie oddycha, czasami uśmiecha się przez sen i myślę sobie, że to jest takie zwyczajne, a jednocześnie takie piękne.
Bo przecież wiem, że przyjdzie taki dzień, kiedy już nie przyjdzie.
Nie wgramoli się w nocy między nas.
Nie przytuli.
Nie zabierze mi połowy kołdry i trzech czwartych poduszki.
Więc póki przychodzi niech przychodzi.
Ale spokojnie!
Żeby mi przypadkiem od tej piątej rano nie zrobiło się za romantycznie, życie szybko przypomina mi, że jestem MATKĄ.
Dzisiaj jedziemy na zakupy, bo Max…
POTRZEBUJE SPODNI.
Znowu.
Te za krótkie.
Tamte nie takie.
W innych coś mu nie pasuje.
Nie wiem, co ten chłopak robi z nogami, ale rosną zdecydowanie szybciej niż moje możliwości finansowe.
Więc wstaję.
Biorę leki.
Odpalam ekspres.
Nalewam sobie moje skromne pół litra kawy, czyli dawkę podtrzymującą podstawowe funkcje życiowe matki.
I zaczynam sobotę.
Kocham takie poranki.
Cisza.
Zero pośpiechu.
Nikt jeszcze niczego ode mnie nie chce.
Nikt nie woła: „MAMOOOO!”
Nikt o nic nie pyta.
Tylko ja.
Kawa.
Cisza.
Chwilo, trwaj…
Bo za chwilę się obudzą.
A u Was jak zaczął się sobotni poranek?
Cisza i kawa czy rodzinny cyrk już otworzył kasę i rozpoczął pierwszy spektakl?

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kochana u mnie poranek spokojny. Kawka , pogaduszki ze ślubnym a potem wyjazd w teren. Dzis czas rozwieszania reszty plakatów. Czyli wyjście ze swojej strefy komfortu , bo muszę wejść w obce miejsca i poprosić. Jestem tak naładowana pozytywną energią , że nikt mi nie odmówił. Było dużo śmiechu i mam mały sukces. Nawet w jednym miejscu stała jakaś klientka i pyta a co to za występ? Ja jak mówię a ona na to – o ja właśnie na to idę w przyszłą sobotę ! Wow! Zatkało mnie. Zawislam więc obok Piaska na sklepowej witrynie i przez moment poczułam się jak gwiazda .
Jola, Ty jesteś tak pozytywną osobą, że tą energią można by pół New Yorku zasilić! Kobieto, od Ciebie bije taka radość, optymizm i dobra energia, że ja się wcale nie dziwię, że nikt Ci nie odmawia. Tobie można z ręki jeść!
I nie piszę tego, żeby Cię połechtać, tylko mówię dokładnie to, co widzę. Jesteś GWIAZDĄ i błyszczysz, nawet jeśli sama czasami jeszcze tego nie widzisz. Ludzie Cię lubią, bo dajesz im coś dobrego uśmiech, energię, normalność i kawałek siebie. No to jak mają Cię nie lubić? No jak?!
A ta pani przy plakacie tylko potwierdziła to, co już Ci mówiłam!
Życzę Ci z całego serca, żebyś osiągnęła taki sukces, że Ci buty pospadają z wrażenia, jak wysoko dolecisz. Należy Ci się. Naprawdę. I pamiętaj ja tu jestem i kibicuję Ci z pierwszego rzędu!