Alicja Szemplińska 🤩

Dziś finał Eurowizji 2026… emocje są ogromne!!! Jak co roku jedni oglądają dla show, inni dla muzyki…

A ja kibicuję dla Alicja Szemplińska ❤️ Dla mnie jej głos jest fenomenalny. Ma w sobie siłę, emocje i coś, czego nie da się nauczyć naturalny dar. Taki głos z mocą… a jak! Kiedy śpiewa, człowiek po prostu słucha i czuje. Bez sztuczności.

Ostatnimi czasy mam wrażenie, że często bardziej liczy się efekt, światła, produkcja… że trzeba dołożyć elektroniki, różnych gadżetów. A gdzie w tym wszystkim jest głos? Taki prawdziwy, pytam się? Taki, który sam potrafi poruszyć serce…

I według mnie Alicja jest właśnie jedną z takich osób. To ogromny talent i uważam, że zasługuje na dużo więcej.

Dziś jest finał Eurowizji i szczerze myślę sobie, że zasługuje na podium. Jest fenomenalna, piękna i ma w sobie prawdziwy talent. Taki, którego nie da się udawać.

Co o tym sądzicie? Dla Was też nadal najważniejszy jest prawdziwy głos i emocje? 

Alicja, jeśli kiedyś to przeczytasz nie przestawaj śpiewać i idź po swoje. Wielu ludzi wierzy w Twój talent i kibicuje Ci z całego serca.

Nerwica otoczyła mnie swoimi mackami…

Chyba sama doprowadziłam swój organizm do granicy.

16 godzin pracy.

4 godziny snu.

Dzień za dniem.

Bez odpoczynku.

Bez chwili na złapanie oddechu.

Wydawało mi się, że jeszcze dam radę.

Że przecież człowiek jest silny.

Że można zacisnąć zęby i iść dalej.

Ale organizm w końcu powiedział dość 

Nerwica wróciła.

Cicho.

Powoli.

Najpierw bezsenność.

Potem palpitacje serca.

Bóle głowy, które stały się codziennością.

Lęk.

Niepokój.

Chaos w głowie.

Zmęczenie, którego nie da się odespać nawet całym weekendem.

I znów poczułam, jak otacza mnie swoimi mackami.

To dziwne uczucie, kiedy człowiek niby funkcjonuje normalnie, ale w środku wszystko się sypie.

Uśmiechasz się.

Rozmawiasz.

Pracujesz.

A tak naprawdę każdego dnia walczysz sama ze sobą.

Najgorsze w nerwicy jest chyba to, że odbiera spokój nawet wtedy, kiedy wokół jest cisza.

Serce nagle przyspiesza bez powodu.

Głowa nie przestaje myśleć.

Człowiek analizuje każdy objaw i zaczyna bać się własnego ciała.

Dziś byłam u lekarza.

Słuchał mnie długo i spokojnie.

Powiedział, że jestem zdrowa.

Tylko mój układ nerwowy jest już zwyczajnie przeciążony.

I wiecie co?

Chyba pierwszy raz naprawdę dotarło do mnie, że nie jesteśmy niezniszczalni.

Że można być silnym za długo.

Za długo ignorować zmęczenie.

Za długo żyć na rezerwie.

Dostałam tabletki na wyciszenie i stoję teraz gdzieś pomiędzy strachem a nadzieją.

Bo z jednej strony myślę:

może powinnam spróbować.

Może organizm już sam nie daje rady się uspokoić.

A z drugiej pojawia się milion pytań.

Może wystarczy siłownia?

Ćwiczenia?

Bieganie?

Sen?

Może sama dam radę się z tego wyciągnąć?

I chyba właśnie tak wygląda nerwica  człowiek tonie we własnych myślach i nawet podjęcie najmniejszej decyzji urasta do ogromnego lęku.

Ale jest też coś, co zrozumiałam.

Ja już nie walczę z nerwicą tak jak kiedyś.

Nie udaję, że jej nie ma.

Zaakceptowałam ją jak nieproszonego lokatora, który pojawił się w moim życiu.

Wiem, że gdzieś we mnie jest i pewnie już zawsze będzie próbowała wracać w trudniejszych momentach.

Ale nie mogę pozwolić, żeby znów przejęła nade mną kontrolę.

Nie mogę pozwolić, żeby odebrała mi życie.

Bo ja chcę żyć.

Naprawdę żyć.

Chcę znowu spokojnie spać.

Śmiać się bez napięcia w środku.

Budzić się bez lęku.

Cieszyć się małymi rzeczami.

Pisać.

Kochać życie.

Oddychać pełną piersią.

Nie chcę już tylko funkcjonować 

Nie chcę każdego dnia bać się własnych myśli, własnego serca i własnego ciała.

Muszę znowu poskładać siebie kawałek po kawałku.

Powoli.

Spokojnie.

Z troską o samą siebie.

Bo ciało prędzej czy później zawsze upomina się o uwagę.

A psychika, choć długo silna, też ma swoje granice.

Powiedzcie mi…

czy ktoś z Was też poczuł kiedyś, że życie pędziło tak szybko, aż w końcu psychika powiedziała stop ? 

Jak wróciliście do siebie?

ROSÓŁ Z PTERODAKTYLA

Moja mama ugotowała nam rosół.

Ale nie byle jaki.

Taki prawdziwy. Domowy. Gotowany dla całej rodziny , który potem jeszcze do nas dostarczyła .

I powiem wam… sam fakt, że ktoś ugotuje i jeszcze przyniesie gotowe, to człowiek czuje się jak królowa życia.

A ten rosół był obłędny.

Na małej kurce.

Pachnący ogrodem warzywnym i dzieciństwem.

Warzyw pełno. Marchewka miękka idealnie. Pietruszka robiąca za arystokrację w garnku.

Tłuszczyk złoty jakby anioły same go klarowały na niebiańskiej kuchence.

No poezja smaków.

Ja już mentalnie byłam owinięta kocem luksusu i wdzięczności.

Bo wiadomo jak mama ugotuje, zapakuje w gar i jeszcze dostarczy pod drzwi… to człowiek czuje się jak królowa życia.

Wszyscy siedzimy i jemy.

Cisza.

A cisza przy dziecku to zawsze sytuacja podejrzana.

Młody delektuje się rosołem, patrzy do talerza, analizuje coś bardzo intensywnie… aż nagle odkłada łyżkę i z powagą profesora paleontologii mówi:

— Mamo… a dlaczego jemy rosół z pterodaktyla?

Powiem wam… są takie momenty w życiu, kiedy człowiek przestaje ufać rzeczywistości.

To był właśnie ten moment.

Zakrzusiłam się rosołem, bo makaronu nie jadam.

Łyżka stanęła mi w połowie drogi.

Mąż patrzy na mnie.

Ja na młodego .

Młody  na kości w talerzu jak na eksponaty w muzeum historii naturalnej.

— ŻE CO?

— No z pterodaktyla.

I tutaj zaczyna się wykład sponsorowany przez wyobraźnię sześciolatka.

— Bo zobacz mamo… tutaj są te kości… i tu był taki długi dziób…

I demonstruje rękami rozpiętość gada wielkości paralotni.

— A tutaj były zęby pterodaktyla!

I pokazuje na ogryzione przez mojego męża kostki.

Mąż nawet nie zaprzeczył.

Siedzi i obgryza szczękę prehistorycznego potwora jak jaskiniowiec po ciężkim dniu polowania.

Mówię spokojnie:

— Tymon… to są kości z kurczaka.

A on patrzy na mnie z tym politowaniem, jakie mają eksperci z Discovery Channel wobec zwykłych śmiertelników.

— Nie mamo… pterodaktyl miał takie duże zęby w dziobie. W książce widziałem.

No i co ja mam odpowiedzieć?

Przecież dziecko ma argumenty.

Źródła naukowe.

Literaturę fachową.

Analizę materiału kostnego przeprowadzoną bezpośrednio nad talerzem.

I teraz wyobraźcie sobie mnie…

Matkę, która chciała tylko spokojnie zjeść przepyszny rosół od swojej mamy… a siedzi we własnej kuchni i uczestniczy w sekcji zwłok dinozaura.

Od tej chwili boję się gotować.

Bo ja już nie wiem, co podaję rodzinie.

Schabowy?

— Mamo, ale ten mamut jest dziś wyjątkowo chrupiący.

Pulpeciki?

— Ooo, kulki z wymarłego nosorożca włochatego!

Karkówka?

— To chyba mięso smoka z epoki lodowcowej.

Ja zwyczajnie psychicznie nie jestem gotowa na takie informacje przy obiedzie.

I najgorsze jest to, że moj syn ma tę pewność siebie.

Nie takie:

wydaje mi się

Nie.

On  TO WIE 

Takim tonem, jakby sam uczestniczył w wykopaliskach archeologicznych.

A ja tylko chciałam rozwijać zainteresowania dziecka.

Kup człowiekowi książki edukacyjne, encyklopedie, albumy o dinozaurach.

„Niech się rozwija” mówili.

„To świetnie wpływa na logiczne myślenie” mówili.

No wpływa.

Teraz jem rosół z pterodaktyla.

I jeszcze mąż, zdrajca, zamiast mnie wesprzeć, mówi:

— W sumie trochę podobny ten dziób.

Dziękuję kochanie.

Naprawdę.

Cudownie mieć oparcie w rodzinie.

Najbardziej niepokoi mnie jednak to, że Tymon był ABSOLUTNIE zachwycony odkryciem.

— Mamo! To znaczy, że jemy PRAWDZIWEGO DINOZAURA?!

I siedzi szczęśliwy, jakby właśnie spełniło się jego największe kulinarne marzenie.

A ja?

Ja już do końca obiadu patrzyłam podejrzliwie na tę kurkę.

Bo wiecie… człowiek niby rozsądny… ale potem spojrzy na taką kość pod odpowiednim kątem… i nagle zaczyna się zastanawiać…

A jeśli on coś jednak wie?

No więc pytam was całkiem serio…

Czy wy też dostajecie od mamy przepyszny rosół, który podczas obiadu nagle zmienia się w prehistoryczne stworzenie z epoki kredy… czy tylko u mnie w domu działa regularny catering dla paleontologów?

Plastikowa róża, stare hity i traffic. Czyli najlepszy Dzień Matki.

Spotkałam dziś koleżankę w  pracy. Polka. Pracujemy w tym samym budynku.
Pytam normalnie:

— I jak ci minął wczorajszy dzień? Fajnie spędziłaś czas?

A ona westchnęła tak, jakby właśnie niebo spadło jej na głowę i mówi:

— Jola… nie wiem co ci powiedzieć, ale u mnie nie było tak bajkowo jak ludzie wrzucali na Facebooka… Kolacje w restauracjach, bukiety róż, droga biżuteria… Smutno mi było, bo nic takiego nie dostałam…

I powiem wam… rozwaliło mnie to totalnie.

Bo ja miałam cudowny dzień.
Nie było restauracji.
Nie było brylantów.
Nie było zdjęcia z nogami na stole i podpisem Dzień Matki 

Była kawa.
Były frytki.
Były precle.
staliśmy w ogromnym traffics a  w aucie stare przeboje śpiewane na cały regulator, bo mój syn ma słabość do starych hitów i dziewczyny zresztą też.

Dostałam jedną plastikową różę od młodego.
Dzieci zrzuciły się na czerwoną kolię z imitacji koralu.
I wiecie co?

Ja byłam SZCZĘŚLIWA.

Bo byliśmy razem.

Rozmowa. Śmiech. Łażenie bez celu. Łapanie słońca. Wspólne siedzenie w samochodzie .Wspólny czas.Rozmowa o wszystkim i o niczym .Kazdy coś mówił .Kazdy czymś się dzielił .
To było prawdziwe życie.
Nie wystawa. Nie pompa. Nie konkurs „kto bardziej kochany”.

I najlepsze…

Ona patrzy na mnie i pyta całkiem serio:

— Ty tak naprawdę? Kręciło cię to, że byłaś tylko na kawie i frytkach?

No kobieto… TAK.

Mnie nie kręcą restauracje za milion monet.
Nie kręcą mnie brylanty.
Ja wolę drewno, kokos i imitację czegoś ładnego niż złoto, którego bym pilnowała jak ochroniarz w banku.

Ale wiecie co mnie kręci?

Że młody zrobi laurkę.
Że zaśpiewa mi piosenkę.
Że mąż zrobi kaszankę z jajkiem i kawę rano.
A ja potem posprzątam i każdy robi swoje, bo znamy się jak łyse konie i wiemy, co daje nam radość.

I siedzi mi ta rozmowa w głowie od rana…

Bo mam wrażenie, że ludzie już nie pytają siebie:

„Czy ja jestem szczęśliwy?”

Tylko:

„Czy moje życie wygląda wystarczająco dobrze obok życia innych?”

I to jest straszne.

Bo my się dziś porównujemy do zdjęć.
Do filtrów.
Do pięciu sekund czyjegoś życia wrzuconego na Instagrama.

A nie widzimy, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami.

Nie widzimy kredytów.
Kłótni.
Samotności przy tej „idealnej kolacji”.
Nie widzimy ludzi siedzących obok siebie z telefonami zamiast rozmowy.

Widzimy tylko bukiet róż i podpis „best husband ever lub children’s .

A potem wracamy do domu i myślimy, że nasze życie jest za mało błyszczące.

Jeżu kolczasty…

Jeśli miłość mierzy się ceną kolacji, to świat naprawdę odjechał w krzaki.

Ja wolę swoje frytki.
Swoją plastikową różę.
Swoje dzieci śpiewające stare piosenki w aucie.
I ten cały nasz lekko szalony, zwyczajny świat.

Bo tam jest prawdziwe życie.
A nie katalog z Instagrama.

No a jak to jest u was ? 

Dzień Matki 💐❤️

Otwieram drzwi objuczona torbami i już od progu słyszę:

— Mamo gdzie moje buty?!

— Mamo on mnie uderzył!

— Mamo make me food I’m soooo hungry!

— Mamo potrzebuję green T-shirt na jutro!

— Mamo… mamo… MAMO…

I tak codziennie 😂

Rollercoaster od samego rana.

W moim domu cisza to chyba jakaś legenda… coś jak podmuch wiatru podobno kiedyś był, ale nikt go nie poczuł 

Zmęczenie? O tak. Bardzo często.

Niedopita kawa numer pięć stoi gdzieś między praniem a robieniem spaghetti.

Herbata zimna jak moje nerwy po wieczornych kłótniach o kolejne mamo gdzie moje?!

Chaos? Permanentny.

Rozmowy niedokończone.

Noce nieprzespane.

Gorączki, biegunki, wymioty, lekarze, terapeuci… tysiące kilometrów na pianino, polską szkołę i mamo jeszcze tylko jedno pytanie ….

Ale wiecie co?

Ja zawsze chciałam być mamą ❤️

Nie wiedziałam tylko, że życie da mi od razu całą czwórkę i codzienny maraton bez mety 😂

I mimo tego całego szaleństwa… jestem szczęśliwa.

Naprawdę szczęśliwa.

Bo bycie mamą to najpiękniejszy chaos świata ❤️

To zawód bez urlopu, bez wypłaty i bez końca zmiany 😅

Ale daje coś, czego nie kupi się za żadne pieniądze  miłość.

Taką ogromną.

Czasem wykańczającą.

Czasem doprowadzającą do łez.

Ale też taką, przez którą chce się żyć mocniej, śmiać głośniej i codziennie wstawać od nowa ❤️

I nie… nie jest zawsze sielsko i anielsko.

Każda matka to wie.

Są krzyki, fochy, trzaskanie drzwiami i momenty, kiedy chowasz się w łazience choćby na 3 minuty ciszy 😂

Ale potem przychodzi mała ręka na szyję.

„Kocham cię mamo”.

Przytulenie.

Rysunek z serduszkiem.

I nagle wiesz, że cały ten bałagan…

te porozrzucane buty, zimna kawa, milion pytań i wieczne „mamo”…

to tak naprawdę najpiękniejsze życie, jakie mogło Ci się trafić ❤️

Więc dziś, kochane Mamy…

bądźmy z siebie dumne.

Nie musimy być idealne.

Nie musimy mieć perfekcyjnych domów, obiadów i cierpliwości z Instagrama 

Dla naszych dzieci i tak jesteśmy całym światem.

Bez filtra. Bez makijażu. Bez perfekcji.

Po prostu… Mama ❤️

Wszystkiego najpiękniejszego dla nas, Kochane Mamy 💐

Dramat  pojemników

Kiedy siedzisz spokojnie w miękkim fotelu w piątkowy wieczór i delektujesz się ciszą oraz pięknym majowym chłodnym wieczorem…

I wtedy z oddali słyszysz:
— MAMO! I’M SO HUNGRY! MAKE ME FOOD!

I już wiesz, że jednak piątkowy błogi relaks był tylko snem.

Bo powiedzcie mi ludzie świata…
Dlaczego niby JA mam wszystkim przygotowywać jedzenie?
Czy ja wyglądam jak restauracja all inclusive?
Czy nad moją głową świeci neon:
„Mama Bistro otwarte 24h”?

Był czas, owszem.
Dzieci małe.
Rączki krótkie.
Jedno jadło to, drugie tamto, trzecie wisiało na mleku matki.

Wtedy naturalnym było, że matka gotuje, kroi i podaje.

Ale teraz?
No błagam.

Jedno wyższe ode mnie.
Drugie umie zamówić Ubera, znaleźć najnowsze pozycje książkowe i dyskutować o życiu lepiej niż filozof na wykładzie.

A dalej:
— Mamo… make me food.

No NIE.

Teraz to ja chciałabym czasem wejść do domu i powiedzieć:
— Dzieci… make me food.

I proszę państwa oni dalej są zdziwieni.
Jakby królowa nagle poprosiła poddanych o zrobienie tostów.

Na szczęście mam w domu młodego.
Ten to by z kuchni nie wychodził.
On się pali do wszystkiego.
Miesza, doprawia, smaży.
Jakby Gordon Ramsay i mały chemik mieli wspólne dziecko.

Owszem.
Miał już pierwsze doświadczenie z patelnią.
I nawet się sparzył.

Ale taki twardy zawodnik, że NIC nikomu nie powiedział.
Dopiero wieczorem przy kąpieli zobaczyłam nadgarstek spalony jak po wojnie.

A ten:
— A bo trochę dotknąłem.

TROCHĘ.

No ale wróćmy do sedna tragedii.

Wczoraj moja najstarsza latorośl przygotowała caprese.
I powiem wam…
Obłęd.

Pomidor.
Mozzarella.
Bazylia.
Oliwa.

I człowiek nagle czuje się jak bogata włoska wersja siebie.

Tylko problem jest taki, że u nas jedzenie znika szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Mąż jeszcze sos przygotowywał…
A na talerzach już pustynia.

Bo Max proszę państwa nie je.
Max WCIĄGA.

To jest odkurzacz przemysłowy.
Nie zdążysz postawić czegoś na stole, a on już tylko:
FSSSSST.

I nie ma.

Ja nie wiem.
Temu dziecku chyba trzeba robić przekąski hurtowo.
Jak dla drużyny piłkarskiej i trzech niedźwiedzi na zimę.

Więc jutro Ola robi caprese ponownie.
W podwójnej ilości.

Choć podejrzewam, że Max potraktuje to jako przystawkę przed właściwym jedzeniem.

Ale dobrze.
Wszystko pięknie.
Dzieci gotują.
Ogarniają po posiłku.
Człowiek prawie wzruszony.

I wtedy wchodzą ONE.

Pojemniki.

Słoiki.
Plastiki.
Opakowania po mozzarelli.
Butelki.
Kartony.

I nagle wszyscy magicznie tracą wzrok.

NIKT ich nie widzi.

Nie wiem jak to działa.
Moje dzieci widzą okruszek chipsa z odległości 4 kilometrów.
Ale pojemnika przy zlewie już nie.

I proszę państwa…
My chyba naprawdę musimy zatrudnić człowieka na etat.

Stanowisko:
Wynosiciel rzeczy do zsypu.

Bo tego „Ktosia” u nas ewidentnie brakuje.

A ja?
Ja tym ktosiem być nie zamierzam.

Bo ile można?

Matka całe życie:
ugotuj,
podaj,
pozbieraj,
wyrzuć,
umyj,
a na końcu jeszcze usłyszysz:
— Mamo, nie ma nic do jedzenia.

NIC.

Przy pełnej lodówce.

I powiedzcie mi…
Jak nauczyć dzieci sprzątać PO CAŁOŚCI?
Nie na pół gwizdka.
Nie systemem:
ogarnięte oprócz tego co najgorsze

Bo ja już nie wiem.
Czy robić prezentacje jak przy Thermomix ?
Czy szkolenia?
Czy może rzucać pojemnikami ?

Jedno wiem na pewno.

Caprese Oli było wyśmienite.
Do tego kieliszek prosecco…
I przez chwilę poczułam spokój.

A potem zobaczyłam stertę plastików przy zlewie.

I czarna febra wróciła.

A może podzielcie się jak to wygląda u was?

Bo jestem naprawdę ciekawa, czy tylko u mnie po gotowaniu wszyscy nagle znikają jak po alarmie przeciwlotniczym?
Jedzenie zjedzone.
Caprese wciągnięte.
Cisza.

A przy zlewie zostaje matka i armia plastików patrzących jej głęboko w oczy.

I może tylko ja wciąż czekam na pojawienie się mitycznego „Ktosia”…
Wiecie.
Tego, który sam z siebie ogarnie,
wyrzuci pojemniki do zsypu
i jeszcze na koniec puści matce oczko na pożegnanie? 

Nocne epizody .

Od miesiąca żyjemy w takim dziwnym zawieszeniu…

Niby wszystko ok, a jednak coś jest nie tak.

Młody co tydzień wraca do tego samego punktu

ale najdziwniejsze w tym wszystkim jest jedno:

to wszystko dzieje się w nocy.

Wysoka gorączka, ból brzucha, ból głowy, niespokojny sen.

Noc rozwalona, dziecko cierpi…

a rano?

Jakby ktoś nacisnął reset  wstaje i funkcjonuje normalnie, bez bólu, bez gorączki.

I za kilka dni historia powtarza się od nowa.

I za każdym razem robię to samo nie czekam, pakuję młodego i jedziemy do lekarza.

Badania, wymazy, sprawdzanie… i wracamy z jednym: to wirus

Tylko ile może trwać wirus, który przychodzi tylko nocą?

I wraca regularnie od miesiąca?

Krew w normie, testy czyste…

Moczu nikt nawet nie sprawdził, bo nie ma wskazań

I tu wchodzi rzeczywistość życia w USA

jeśli lekarz nie widzi potrzeby, nie ma skierowania.

A jeśli rodzic chce sprawdzić coś dla świętego spokoju, to może…

ale płaci z własnej kieszeni.

I to nie są małe pieniądze.

I nie jest tak, że siedzę i zgaduję z internetu.

Ja po prostu wracam do tego, co już kiedyś przerabiałam

wyrostek, robaki, infekcje… człowiek próbuje to jakoś poukładać.

Ale tutaj lekarze mają swoją tezę

i jeśli nie widzą wskazań, to nie robią badań na wszelki wypadek

Na odrobaczanie nikt nic nie przepisze bez potwierdzenia,

testy na anginę, COVID i grypę były robione wszystkie ujemne.

Nie podważam lekarzy naprawdę chcę im ufać.

Ale patrzę na swoje dziecko i widzę, że coś się powtarza.

Że to nie jest jednorazowy wirus.

Nie jestem lekarzem.

Ale jestem matką i widzę schemat, który wraca jak w zegarku noc, gorączka, ból… dzień i cisza.

I to jest chyba najtrudniejsze 

to poczucie, że wszystko wygląda dobrze… ale tylko do kolejnej nocy.

I przychodzi moment, w którym przestajesz się już zastanawiać,

a zaczynasz się po prostu bać.

Bo to nie jest jedna noc.

To nie jest jeden wirus

To jest miesiąc patrzenia na własne dziecko, które cierpi… i słyszenia w kółko, że wszystko jest ok.

A ja już naprawdę nie wiem, co jest gorsze 

ten ból w nocy

czy brak odpowiedzi w dzień.

Powiedzcie  czy ktoś miał podobnie?

Takie nocne epizody, a w dzień jakby nigdy nic?

Wtorek, 28 kwietnia

Wybrałam się na nasze cotygodniowe spotkanie w kościele na Manhattanie. I oczywiście… jak to czasem bywa  po drodze zepsuły się światła, metro stanęło na 33 Street i stoimy.

I stoimy.

Pomyślałam tylko: serio? Mam tak stać w nieskończoność?

Wysiadłam.

Po prostu ruszyłam przed siebie i zrobiłam sobie piękny spacer aż do 7 Ave.

I wiecie co? Dotarłam dokładnie w momencie przeistoczenia najważniejszej części Mszy Świętej.

Wtedy pomyślałam tylko:

Boże… Ty naprawdę nade mną czuwasz.

I poczułam ogromną wdzięczność, że jednak dotarłam.

Zostałam też na spotkaniu wspólnoty i… ahhh, jak ja kocham nasze pieśni. Jest w nich tyle życia, tyle radości i tyle ognia, że miałam w sobie tyle szczęścia, że najchętniej tańczyłabym i skakała z radości.

A tak między nami… może powinnam zapisać się do naszego zespołu ze swoim tubalnym głosem? Hmmm… muszę nad tym pomyśleć. Może mnie przyjmą kto wie 🤣

Duch Święty naprawdę działał pośród nas.

Do teraz podśpiewuję sobie pod nosem: z lekkim powiewem przychodzisz do mnie Panie… i uśmiecham się sama do siebie.

Pomyślałam dziś też, że czasem naprawdę trzeba po prostu wstać z wygodnego fotela, przestać szukać wymówek i po prostu pójść do Niego.

Nawet jeśli po drodze psują się światła.

Nawet jeśli coś nie idzie zgodnie z planem.

Jeśli On zaprasza warto iść.

Jak dobrze było  pobyć z ludźmi. Porozmawiać z kapłanem. Spotkać osoby, które też szukają Boga w swojej codzienności.

To naprawdę daje siłę.

Mam dziś w sercu ogromny pokój. Radość. Taką błogość, że wszystko jest dobrze.

I choć czasem jestem trochę chaotyczna, trochę za bardzo ekspresyjna, trochę jak tornado energii… może właśnie taka jestem.

Nie potrafię czasem panować nad swoimi emocjami no kurka wodna, po prostu nie umiem.

Jestem żywa. Intensywna. Prawdziwa.

Nie potrafię grać. Zawsze jestem sobą… i co powinnam z tym zrobić ? No co ?

I może właśnie taką mnie kocha Bóg.

Wczorajszy  dzień tylko mi przypomniał, że kiedy On woła naprawdę warto iść.

I poszłam.

A wróciłam z ogromną radością w sercu, pokojem… i co ciekawe ból głowy, który trzymał mnie od dwóch tygodni, odszedł w siną dal.

Chwilo, trwaj ❤️

Koniec? No właśnie chyba nie do końca…

Jeśli myślisz, że moja historia z oddziałem chemioterapii dobiegła końca… to zawiadamiam, że nic bardziej mylnego.

Sama też byłam przekonana, że to już finisz. Koniec. Kropka. Rozdział zamknięty.

Myślałam, że napiszę list z rezygnacją, opiszę wszystko  co się wydarzyło, dlaczego podjęłam taką decyzję i jakie były skutki całej tej sytuacji. Złożę papiery, zamknę temat i pójdę dalej. No bo ile można płakać nad rozlanym mlekiem?

Odeszłam w czwartek.

W piątek zaczęło się istne szaleństwo.

Telefony.

Maile.

Wiadomości.

Każdy chce, żebym się odezwała. Każdy chce rozmawiać.

I siedziałam tak totalnie zdezorientowana, zastanawiając się… po co? Przecież odeszłam. Podjęłam decyzję. Zamknęłam temat. Koniec historii.

Ale jak się okazuje… szpital nie bardzo chciał ten temat zamknąć razem ze mną.

W końcu zadzwoniłam do jakiegoś tam dyrektora i serio… zbierałam szczękę z podłogi.

Byłam przekonana, że to będzie zwykła formalność. Krótka rozmowa, zamknięcie sprawy i tyle.

A tu niespodzianka.

On powiedział wprost, że nie ma zamiaru ze mnie rezygnować.

Mało tego zaproponował mi nową pozycję. Mam wybrać, czy chcę pracować na dzienna zmianę  czy na noce. Kazał mi spokojnie przemyśleć sprawę, bo bardzo chce mnie w zespole tego szpitala.

I wiecie co było dla mnie chyba najbardziej szokujące?

Sięgnął po opinie na mój temat. Rozmawiał z ludźmi. I podobno każdy wypowiadał się o mnie bardzo dobrze. Bardzo przychylnie. Usłyszałam tyle dobrych słów, że aż sama zaczęłam się zastanawiać… czy może jednak za szybko zamknęłam te drzwi?

I teraz jestem dokładnie w tym miejscu, którego najbardziej nie lubię.

W zawieszeniu.

Bo z jednej strony… to naprawdę miłe być docenioną. Usłyszeć, że jesteś potrzebna. Że ktoś walczy o ciebie jako pracownika.

Ale z drugiej strony… czy to wystarczy?

Bo problem przecież nie zniknął magicznie.

Nadal pamiętam stres.

Presję.

To wszystko, przez co zdecydowałam się odejść.

I z tyłu głowy mam jedno pytanie:

A co jeśli ta sytuacja się powtórzy?

A co jeśli wrócę i za chwilę znowu będę w tym samym miejscu?

Serce trochę mięknie, kiedy odzywają się ludzie z pracy. Kiedy pokazują, że im zależy.

Ale rozsądek?

Rozsądek coraz częściej mówi: odpuść. Nie wracaj tam. Nie funduj sobie ponownie tego samego.

I szczerze?

Naprawdę nie wiem, jaką decyzję podejmę.

Nie wiem, czy wrócę.

Nie wiem, czy odejdę definitywnie.

Wiem tylko jedno czasem życie pisze takie scenariusze, których sama bym nie wymyśliła.

I dziś stoję dokładnie pomiędzy:

„zaryzykuj”

a

„uciekaj, póki możesz”.

I chyba właśnie tego teraz najbardziej się uczę że nie każda decyzja jest czarno-biała.

A Wy?

Co zrobilibyście na moim miejscu? Wracali czy zamykali ten rozdział raz na zawsze?

Jak niewiele potrzeba do szczęścia ❤️

Lubię takie dni.

Takie zwyczajne, ciche, niespieszne.

Kiedy nigdzie nie trzeba pędzić. Kiedy zegarek na chwilę przestaje rządzić naszym życiem. Kiedy można po prostu być. Razem.

Być z moim mężem w codzienności.

W rozmowie i w milczeniu.

We wspólnym piciu porannej kawy.

W siedzeniu obok siebie bez wielkich planów i bez potrzeby ciągłego działania.

W słuchaniu deszczu uderzającego o szyby.

W celebrowaniu leniwej niedzieli, kiedy świat za oknem zwalnia, a my możemy zatopić się w miękkich fotelach i po prostu cieszyć swoją obecnością.

Ostatni weekend właśnie taki był.

Mokry, zimny, deszczowy. Taki, który wielu pewnie uznałoby za ponury i stracony.

A dla mnie był piękny.

Siedzieliśmy większość dnia w domu i naprawdę dobrze nam z tym było.

Dzieci jak zwykle układały kolejne pudełko puzzli, śmiejąc się i kłócąc czasem o brakujące elementy, a my byliśmy obok siebie.

Rozmawialiśmy dużo. Chyba nawet więcej niż przez ostatnie tygodnie.

I zdałam sobie sprawę, jak bardzo nam tego brakowało.

Jak bardzo wspólne bycie blisko siebie jednoczy.

Jak naprawia.

Jak koi to, co zostało zmęczone codziennością.

Jak przypomina, że pod warstwą obowiązków, zmęczenia, pośpiechu i frustracji nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy kiedyś wybrali siebie nawzajem.

W ferworze codziennych spraw gdzieś trochę się zagubiłam.

W obowiązkach.

W presji czasu.

W niekończącej się liście rzeczy do zrobienia.

W zmęczeniu.

I gdzieś po drodze zaczęłam oddalać się od tego, co naprawdę ważne.

Ale mam poczucie, że ostatnio na nowo odnajduję siebie.

Powoli. Spokojnie. Krok po kroku.

I wiem, że ogromną częścią tego powrotu jest nasza wspólna modlitwa.

Wróciliśmy do niej.

Jak bardzo mi tego brakowało.

Wieczorem znajdujemy dosłownie kilka minut.

Czasem to tylko pięć minut.

Tylko albo aż.

Pięć minut wspólnego oddania tego dnia Bogu.

Pięć minut zatrzymania.

Pięć minut wdzięczności.

Pięć minut, które naprawdę zmieniają więcej, niż mogłoby się wydawać.

Bo taka modlitwa naprawdę robi swoje.

Ustawia.

Naprawia.

Uspokaja.

Daje siłę.

Przypomina, że nie wszystko musimy dźwigać sami.

Bóg naprawdę troszczy się o nas.

I wiem, że chce naszego dobra.

Chce naszej jedności.

Chce naszego małżeństwa silnego, spokojnego i opartego na Nim.

I coraz częściej myślę o tym, jak niewiele tak naprawdę potrzeba do szczęścia.

Nie wielkich podróży.

Nie idealnego życia.

Nie nieustannego „więcej”.

Czasem wystarczy ciepła kawa.

Deszcz za oknem.

Śmiech dzieci układających puzzle.

Dłoń ukochanej osoby obok.

Kilka minut modlitwy.

Spokój serca.

I obecność Boga w tym wszystkim.

Kiedy robi się dla Niego miejsce i pozwala Mu działać, wszystko zaczyna wracać na właściwe tory.

Powoli.

Łagodnie.

Bez napięcia.

Bez niepotrzebnych spięć.

I nagle znów można oddychać pełniej.

Jestem naprawdę szczęśliwa.

I ogromnie wdzięczna.

Wdzięczna Bogu za mojego męża.

Za moje dzieci.

Za rodzinę.

Za codzienność, która choć czasem trudna  jest piękna.

Wdzięczna za to, że On zawsze jest.

Nawet kiedy wydaje mi się, że jest już za późno.

On przychodzi dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Nigdy się nie spóźnia.

Dzisiaj jadę na spotkanie wspólnoty na Manhattanie.

Potrzebuję pobyć z Nim sam na sam.

Potrzebuję tej ciszy.

Potrzebuję tej obecności.

I czuję ogromną wdzięczność.

Jak dobrze, że On jest.

Jak dobrze, że prowadzi.

Jak dobrze, że podnosi.

Jak dobrze, że daje siłę wtedy, kiedy jej brakuje.

Dziękuję Ci Boże za mojego męża.

Za moje dzieci.

Za moją rodzinę.

Za każdy dzień.

Za spokój, który wraca do mojego serca.

Za miłość.

Za obecność.

Za wszystko.

Dziękuję ❤️