Spotkałam dziś koleżankę w  pracy. Polka. Pracujemy w tym samym budynku.
Pytam normalnie:

— I jak ci minął wczorajszy dzień? Fajnie spędziłaś czas?

A ona westchnęła tak, jakby właśnie niebo spadło jej na głowę i mówi:

— Jola… nie wiem co ci powiedzieć, ale u mnie nie było tak bajkowo jak ludzie wrzucali na Facebooka… Kolacje w restauracjach, bukiety róż, droga biżuteria… Smutno mi było, bo nic takiego nie dostałam…

I powiem wam… rozwaliło mnie to totalnie.

Bo ja miałam cudowny dzień.
Nie było restauracji.
Nie było brylantów.
Nie było zdjęcia z nogami na stole i podpisem Dzień Matki 

Była kawa.
Były frytki.
Były precle.
staliśmy w ogromnym traffics a  w aucie stare przeboje śpiewane na cały regulator, bo mój syn ma słabość do starych hitów i dziewczyny zresztą też.

Dostałam jedną plastikową różę od młodego.
Dzieci zrzuciły się na czerwoną kolię z imitacji koralu.
I wiecie co?

Ja byłam SZCZĘŚLIWA.

Bo byliśmy razem.

Rozmowa. Śmiech. Łażenie bez celu. Łapanie słońca. Wspólne siedzenie w samochodzie .Wspólny czas.Rozmowa o wszystkim i o niczym .Kazdy coś mówił .Kazdy czymś się dzielił .
To było prawdziwe życie.
Nie wystawa. Nie pompa. Nie konkurs „kto bardziej kochany”.

I najlepsze…

Ona patrzy na mnie i pyta całkiem serio:

— Ty tak naprawdę? Kręciło cię to, że byłaś tylko na kawie i frytkach?

No kobieto… TAK.

Mnie nie kręcą restauracje za milion monet.
Nie kręcą mnie brylanty.
Ja wolę drewno, kokos i imitację czegoś ładnego niż złoto, którego bym pilnowała jak ochroniarz w banku.

Ale wiecie co mnie kręci?

Że młody zrobi laurkę.
Że zaśpiewa mi piosenkę.
Że mąż zrobi kaszankę z jajkiem i kawę rano.
A ja potem posprzątam i każdy robi swoje, bo znamy się jak łyse konie i wiemy, co daje nam radość.

I siedzi mi ta rozmowa w głowie od rana…

Bo mam wrażenie, że ludzie już nie pytają siebie:

„Czy ja jestem szczęśliwy?”

Tylko:

„Czy moje życie wygląda wystarczająco dobrze obok życia innych?”

I to jest straszne.

Bo my się dziś porównujemy do zdjęć.
Do filtrów.
Do pięciu sekund czyjegoś życia wrzuconego na Instagrama.

A nie widzimy, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami.

Nie widzimy kredytów.
Kłótni.
Samotności przy tej „idealnej kolacji”.
Nie widzimy ludzi siedzących obok siebie z telefonami zamiast rozmowy.

Widzimy tylko bukiet róż i podpis „best husband ever lub children’s .

A potem wracamy do domu i myślimy, że nasze życie jest za mało błyszczące.

Jeżu kolczasty…

Jeśli miłość mierzy się ceną kolacji, to świat naprawdę odjechał w krzaki.

Ja wolę swoje frytki.
Swoją plastikową różę.
Swoje dzieci śpiewające stare piosenki w aucie.
I ten cały nasz lekko szalony, zwyczajny świat.

Bo tam jest prawdziwe życie.
A nie katalog z Instagrama.

No a jak to jest u was ? 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Jedna uwaga do wpisu “Plastikowa róża, stare hity i traffic. Czyli najlepszy Dzień Matki.

Zostaw odpowiedź