Moja mama ugotowała nam rosół.

Ale nie byle jaki.
Taki prawdziwy. Domowy. Gotowany dla całej rodziny , który potem jeszcze do nas dostarczyła .
I powiem wam… sam fakt, że ktoś ugotuje i jeszcze przyniesie gotowe, to człowiek czuje się jak królowa życia.
A ten rosół był obłędny.
Na małej kurce.
Pachnący ogrodem warzywnym i dzieciństwem.
Warzyw pełno. Marchewka miękka idealnie. Pietruszka robiąca za arystokrację w garnku.
Tłuszczyk złoty jakby anioły same go klarowały na niebiańskiej kuchence.
No poezja smaków.
Ja już mentalnie byłam owinięta kocem luksusu i wdzięczności.
Bo wiadomo jak mama ugotuje, zapakuje w gar i jeszcze dostarczy pod drzwi… to człowiek czuje się jak królowa życia.
Wszyscy siedzimy i jemy.
Cisza.
A cisza przy dziecku to zawsze sytuacja podejrzana.
Młody delektuje się rosołem, patrzy do talerza, analizuje coś bardzo intensywnie… aż nagle odkłada łyżkę i z powagą profesora paleontologii mówi:
— Mamo… a dlaczego jemy rosół z pterodaktyla?
Powiem wam… są takie momenty w życiu, kiedy człowiek przestaje ufać rzeczywistości.
To był właśnie ten moment.
Zakrzusiłam się rosołem, bo makaronu nie jadam.
Łyżka stanęła mi w połowie drogi.
Mąż patrzy na mnie.
Ja na młodego .
Młody na kości w talerzu jak na eksponaty w muzeum historii naturalnej.
— ŻE CO?
— No z pterodaktyla.
I tutaj zaczyna się wykład sponsorowany przez wyobraźnię sześciolatka.
— Bo zobacz mamo… tutaj są te kości… i tu był taki długi dziób…
I demonstruje rękami rozpiętość gada wielkości paralotni.
— A tutaj były zęby pterodaktyla!
I pokazuje na ogryzione przez mojego męża kostki.
Mąż nawet nie zaprzeczył.
Siedzi i obgryza szczękę prehistorycznego potwora jak jaskiniowiec po ciężkim dniu polowania.
Mówię spokojnie:
— Tymon… to są kości z kurczaka.
A on patrzy na mnie z tym politowaniem, jakie mają eksperci z Discovery Channel wobec zwykłych śmiertelników.
— Nie mamo… pterodaktyl miał takie duże zęby w dziobie. W książce widziałem.
No i co ja mam odpowiedzieć?
Przecież dziecko ma argumenty.
Źródła naukowe.
Literaturę fachową.
Analizę materiału kostnego przeprowadzoną bezpośrednio nad talerzem.
I teraz wyobraźcie sobie mnie…
Matkę, która chciała tylko spokojnie zjeść przepyszny rosół od swojej mamy… a siedzi we własnej kuchni i uczestniczy w sekcji zwłok dinozaura.
Od tej chwili boję się gotować.
Bo ja już nie wiem, co podaję rodzinie.
Schabowy?
— Mamo, ale ten mamut jest dziś wyjątkowo chrupiący.
Pulpeciki?
— Ooo, kulki z wymarłego nosorożca włochatego!
Karkówka?
— To chyba mięso smoka z epoki lodowcowej.
Ja zwyczajnie psychicznie nie jestem gotowa na takie informacje przy obiedzie.
I najgorsze jest to, że moj syn ma tę pewność siebie.
Nie takie:
wydaje mi się
Nie.
On TO WIE
Takim tonem, jakby sam uczestniczył w wykopaliskach archeologicznych.
A ja tylko chciałam rozwijać zainteresowania dziecka.
Kup człowiekowi książki edukacyjne, encyklopedie, albumy o dinozaurach.
„Niech się rozwija” mówili.
„To świetnie wpływa na logiczne myślenie” mówili.
No wpływa.
Teraz jem rosół z pterodaktyla.
I jeszcze mąż, zdrajca, zamiast mnie wesprzeć, mówi:
— W sumie trochę podobny ten dziób.
Dziękuję kochanie.
Naprawdę.
Cudownie mieć oparcie w rodzinie.
Najbardziej niepokoi mnie jednak to, że Tymon był ABSOLUTNIE zachwycony odkryciem.
— Mamo! To znaczy, że jemy PRAWDZIWEGO DINOZAURA?!
I siedzi szczęśliwy, jakby właśnie spełniło się jego największe kulinarne marzenie.
A ja?
Ja już do końca obiadu patrzyłam podejrzliwie na tę kurkę.
Bo wiecie… człowiek niby rozsądny… ale potem spojrzy na taką kość pod odpowiednim kątem… i nagle zaczyna się zastanawiać…
A jeśli on coś jednak wie?
No więc pytam was całkiem serio…
Czy wy też dostajecie od mamy przepyszny rosół, który podczas obiadu nagle zmienia się w prehistoryczne stworzenie z epoki kredy… czy tylko u mnie w domu działa regularny catering dla paleontologów?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.