Chyba sama doprowadziłam swój organizm do granicy.

16 godzin pracy.

4 godziny snu.

Dzień za dniem.

Bez odpoczynku.

Bez chwili na złapanie oddechu.

Wydawało mi się, że jeszcze dam radę.

Że przecież człowiek jest silny.

Że można zacisnąć zęby i iść dalej.

Ale organizm w końcu powiedział dość 

Nerwica wróciła.

Cicho.

Powoli.

Najpierw bezsenność.

Potem palpitacje serca.

Bóle głowy, które stały się codziennością.

Lęk.

Niepokój.

Chaos w głowie.

Zmęczenie, którego nie da się odespać nawet całym weekendem.

I znów poczułam, jak otacza mnie swoimi mackami.

To dziwne uczucie, kiedy człowiek niby funkcjonuje normalnie, ale w środku wszystko się sypie.

Uśmiechasz się.

Rozmawiasz.

Pracujesz.

A tak naprawdę każdego dnia walczysz sama ze sobą.

Najgorsze w nerwicy jest chyba to, że odbiera spokój nawet wtedy, kiedy wokół jest cisza.

Serce nagle przyspiesza bez powodu.

Głowa nie przestaje myśleć.

Człowiek analizuje każdy objaw i zaczyna bać się własnego ciała.

Dziś byłam u lekarza.

Słuchał mnie długo i spokojnie.

Powiedział, że jestem zdrowa.

Tylko mój układ nerwowy jest już zwyczajnie przeciążony.

I wiecie co?

Chyba pierwszy raz naprawdę dotarło do mnie, że nie jesteśmy niezniszczalni.

Że można być silnym za długo.

Za długo ignorować zmęczenie.

Za długo żyć na rezerwie.

Dostałam tabletki na wyciszenie i stoję teraz gdzieś pomiędzy strachem a nadzieją.

Bo z jednej strony myślę:

może powinnam spróbować.

Może organizm już sam nie daje rady się uspokoić.

A z drugiej pojawia się milion pytań.

Może wystarczy siłownia?

Ćwiczenia?

Bieganie?

Sen?

Może sama dam radę się z tego wyciągnąć?

I chyba właśnie tak wygląda nerwica  człowiek tonie we własnych myślach i nawet podjęcie najmniejszej decyzji urasta do ogromnego lęku.

Ale jest też coś, co zrozumiałam.

Ja już nie walczę z nerwicą tak jak kiedyś.

Nie udaję, że jej nie ma.

Zaakceptowałam ją jak nieproszonego lokatora, który pojawił się w moim życiu.

Wiem, że gdzieś we mnie jest i pewnie już zawsze będzie próbowała wracać w trudniejszych momentach.

Ale nie mogę pozwolić, żeby znów przejęła nade mną kontrolę.

Nie mogę pozwolić, żeby odebrała mi życie.

Bo ja chcę żyć.

Naprawdę żyć.

Chcę znowu spokojnie spać.

Śmiać się bez napięcia w środku.

Budzić się bez lęku.

Cieszyć się małymi rzeczami.

Pisać.

Kochać życie.

Oddychać pełną piersią.

Nie chcę już tylko funkcjonować 

Nie chcę każdego dnia bać się własnych myśli, własnego serca i własnego ciała.

Muszę znowu poskładać siebie kawałek po kawałku.

Powoli.

Spokojnie.

Z troską o samą siebie.

Bo ciało prędzej czy później zawsze upomina się o uwagę.

A psychika, choć długo silna, też ma swoje granice.

Powiedzcie mi…

czy ktoś z Was też poczuł kiedyś, że życie pędziło tak szybko, aż w końcu psychika powiedziała stop ? 

Jak wróciliście do siebie?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź