Jeśli myślisz, że moja historia z oddziałem chemioterapii dobiegła końca… to zawiadamiam, że nic bardziej mylnego.

Sama też byłam przekonana, że to już finisz. Koniec. Kropka. Rozdział zamknięty.

Myślałam, że napiszę list z rezygnacją, opiszę wszystko  co się wydarzyło, dlaczego podjęłam taką decyzję i jakie były skutki całej tej sytuacji. Złożę papiery, zamknę temat i pójdę dalej. No bo ile można płakać nad rozlanym mlekiem?

Odeszłam w czwartek.

W piątek zaczęło się istne szaleństwo.

Telefony.

Maile.

Wiadomości.

Każdy chce, żebym się odezwała. Każdy chce rozmawiać.

I siedziałam tak totalnie zdezorientowana, zastanawiając się… po co? Przecież odeszłam. Podjęłam decyzję. Zamknęłam temat. Koniec historii.

Ale jak się okazuje… szpital nie bardzo chciał ten temat zamknąć razem ze mną.

W końcu zadzwoniłam do jakiegoś tam dyrektora i serio… zbierałam szczękę z podłogi.

Byłam przekonana, że to będzie zwykła formalność. Krótka rozmowa, zamknięcie sprawy i tyle.

A tu niespodzianka.

On powiedział wprost, że nie ma zamiaru ze mnie rezygnować.

Mało tego zaproponował mi nową pozycję. Mam wybrać, czy chcę pracować na dzienna zmianę  czy na noce. Kazał mi spokojnie przemyśleć sprawę, bo bardzo chce mnie w zespole tego szpitala.

I wiecie co było dla mnie chyba najbardziej szokujące?

Sięgnął po opinie na mój temat. Rozmawiał z ludźmi. I podobno każdy wypowiadał się o mnie bardzo dobrze. Bardzo przychylnie. Usłyszałam tyle dobrych słów, że aż sama zaczęłam się zastanawiać… czy może jednak za szybko zamknęłam te drzwi?

I teraz jestem dokładnie w tym miejscu, którego najbardziej nie lubię.

W zawieszeniu.

Bo z jednej strony… to naprawdę miłe być docenioną. Usłyszeć, że jesteś potrzebna. Że ktoś walczy o ciebie jako pracownika.

Ale z drugiej strony… czy to wystarczy?

Bo problem przecież nie zniknął magicznie.

Nadal pamiętam stres.

Presję.

To wszystko, przez co zdecydowałam się odejść.

I z tyłu głowy mam jedno pytanie:

A co jeśli ta sytuacja się powtórzy?

A co jeśli wrócę i za chwilę znowu będę w tym samym miejscu?

Serce trochę mięknie, kiedy odzywają się ludzie z pracy. Kiedy pokazują, że im zależy.

Ale rozsądek?

Rozsądek coraz częściej mówi: odpuść. Nie wracaj tam. Nie funduj sobie ponownie tego samego.

I szczerze?

Naprawdę nie wiem, jaką decyzję podejmę.

Nie wiem, czy wrócę.

Nie wiem, czy odejdę definitywnie.

Wiem tylko jedno czasem życie pisze takie scenariusze, których sama bym nie wymyśliła.

I dziś stoję dokładnie pomiędzy:

„zaryzykuj”

a

„uciekaj, póki możesz”.

I chyba właśnie tego teraz najbardziej się uczę że nie każda decyzja jest czarno-biała.

A Wy?

Co zrobilibyście na moim miejscu? Wracali czy zamykali ten rozdział raz na zawsze?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź