Kiedy siedzisz spokojnie w miękkim fotelu w piątkowy wieczór i delektujesz się ciszą oraz pięknym majowym chłodnym wieczorem…

I wtedy z oddali słyszysz:
— MAMO! I’M SO HUNGRY! MAKE ME FOOD!

I już wiesz, że jednak piątkowy błogi relaks był tylko snem.

Bo powiedzcie mi ludzie świata…
Dlaczego niby JA mam wszystkim przygotowywać jedzenie?
Czy ja wyglądam jak restauracja all inclusive?
Czy nad moją głową świeci neon:
„Mama Bistro otwarte 24h”?

Był czas, owszem.
Dzieci małe.
Rączki krótkie.
Jedno jadło to, drugie tamto, trzecie wisiało na mleku matki.

Wtedy naturalnym było, że matka gotuje, kroi i podaje.

Ale teraz?
No błagam.

Jedno wyższe ode mnie.
Drugie umie zamówić Ubera, znaleźć najnowsze pozycje książkowe i dyskutować o życiu lepiej niż filozof na wykładzie.

A dalej:
— Mamo… make me food.

No NIE.

Teraz to ja chciałabym czasem wejść do domu i powiedzieć:
— Dzieci… make me food.

I proszę państwa oni dalej są zdziwieni.
Jakby królowa nagle poprosiła poddanych o zrobienie tostów.

Na szczęście mam w domu młodego.
Ten to by z kuchni nie wychodził.
On się pali do wszystkiego.
Miesza, doprawia, smaży.
Jakby Gordon Ramsay i mały chemik mieli wspólne dziecko.

Owszem.
Miał już pierwsze doświadczenie z patelnią.
I nawet się sparzył.

Ale taki twardy zawodnik, że NIC nikomu nie powiedział.
Dopiero wieczorem przy kąpieli zobaczyłam nadgarstek spalony jak po wojnie.

A ten:
— A bo trochę dotknąłem.

TROCHĘ.

No ale wróćmy do sedna tragedii.

Wczoraj moja najstarsza latorośl przygotowała caprese.
I powiem wam…
Obłęd.

Pomidor.
Mozzarella.
Bazylia.
Oliwa.

I człowiek nagle czuje się jak bogata włoska wersja siebie.

Tylko problem jest taki, że u nas jedzenie znika szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Mąż jeszcze sos przygotowywał…
A na talerzach już pustynia.

Bo Max proszę państwa nie je.
Max WCIĄGA.

To jest odkurzacz przemysłowy.
Nie zdążysz postawić czegoś na stole, a on już tylko:
FSSSSST.

I nie ma.

Ja nie wiem.
Temu dziecku chyba trzeba robić przekąski hurtowo.
Jak dla drużyny piłkarskiej i trzech niedźwiedzi na zimę.

Więc jutro Ola robi caprese ponownie.
W podwójnej ilości.

Choć podejrzewam, że Max potraktuje to jako przystawkę przed właściwym jedzeniem.

Ale dobrze.
Wszystko pięknie.
Dzieci gotują.
Ogarniają po posiłku.
Człowiek prawie wzruszony.

I wtedy wchodzą ONE.

Pojemniki.

Słoiki.
Plastiki.
Opakowania po mozzarelli.
Butelki.
Kartony.

I nagle wszyscy magicznie tracą wzrok.

NIKT ich nie widzi.

Nie wiem jak to działa.
Moje dzieci widzą okruszek chipsa z odległości 4 kilometrów.
Ale pojemnika przy zlewie już nie.

I proszę państwa…
My chyba naprawdę musimy zatrudnić człowieka na etat.

Stanowisko:
Wynosiciel rzeczy do zsypu.

Bo tego „Ktosia” u nas ewidentnie brakuje.

A ja?
Ja tym ktosiem być nie zamierzam.

Bo ile można?

Matka całe życie:
ugotuj,
podaj,
pozbieraj,
wyrzuć,
umyj,
a na końcu jeszcze usłyszysz:
— Mamo, nie ma nic do jedzenia.

NIC.

Przy pełnej lodówce.

I powiedzcie mi…
Jak nauczyć dzieci sprzątać PO CAŁOŚCI?
Nie na pół gwizdka.
Nie systemem:
ogarnięte oprócz tego co najgorsze

Bo ja już nie wiem.
Czy robić prezentacje jak przy Thermomix ?
Czy szkolenia?
Czy może rzucać pojemnikami ?

Jedno wiem na pewno.

Caprese Oli było wyśmienite.
Do tego kieliszek prosecco…
I przez chwilę poczułam spokój.

A potem zobaczyłam stertę plastików przy zlewie.

I czarna febra wróciła.

A może podzielcie się jak to wygląda u was?

Bo jestem naprawdę ciekawa, czy tylko u mnie po gotowaniu wszyscy nagle znikają jak po alarmie przeciwlotniczym?
Jedzenie zjedzone.
Caprese wciągnięte.
Cisza.

A przy zlewie zostaje matka i armia plastików patrzących jej głęboko w oczy.

I może tylko ja wciąż czekam na pojawienie się mitycznego „Ktosia”…
Wiecie.
Tego, który sam z siebie ogarnie,
wyrzuci pojemniki do zsypu
i jeszcze na koniec puści matce oczko na pożegnanie? 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź