Wczoraj miałam nie iść do kościoła !

Bo przecież KIEDY?!

Dom, praca, szkoła młodego, trening, pranie, gotowanie, sprzątanie i cała reszta tego domowego cyrku, który kręci się od rana do wieczora! Jedno kończę, drugie zaczynam, a trzecie już czeka w kolejce!

Czasami mam wrażenie, że gdybym usiadła na pięć minut, natychmiast ktoś przyszedłby zapytać: Mamo, a co dzisiaj na obiad?!

No więc miałam zostać w domu. Poprać, posprzątać, nadrobić zaległości, bo przecież zawsze jest coś do zrobienia!

Ale w pewnym momencie powiedziałam sobie:

A GUZIK!

Dzisiaj zostawiam wszystko! Pranie poczeka, chałupa się nie zawali, a jak ktoś będzie głodny, to lodówkę chyba potrafi otworzyć!

I pojechałam do kościoła!

I wiecie co?

POPŁYNĘŁAM!

Bo oto podczas rekolekcji jubileuszowych z okazji 25-lecia naszej Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym „Lew Judy” na Manhattanie ks. Waldemar Grzyb zaczyna mówić o budowaniu relacji z Jezusem, relacjach międzyludzkich, naszych słabościach, zranieniach, a przede wszystkim o PRZEBACZENIU!

Ludzie kochani! Siedzę, słucham i mam wrażenie, jakby ktoś mi właśnie otwierał kolejne szuflady w głowie! A w tych szufladach, panie mój, tyle się nazbierało, że chyba przydałoby się generalne sprzątanie!

Ksiądz rozpoczął od pięknej refleksji o Jezusie, który szuka człowieka. Cierpliwie za nim podąża, czeka, puka do jego serca. Nie rezygnuje, nawet kiedy człowiek zajęty jest wszystkim, tylko nie Nim.

I pomyślałam sobie, ile razy Jezus musiał za mną chodzić, zanim wreszcie zatrzymałam się na tyle długo, żeby Go usłyszeć?

Bo my ciągle gdzieś biegniemy! Ciągle coś musimy! Nawet dla Boga próbujemy znaleźć wolne okienko w kalendarzu!

Panie Jezu, dzisiaj nie dam rady, bo mam pranie! Jutro też nie bardzo, bo młodego trzeba zaprowadzić na trening! A pojutrze? Zobaczymy, jak się wyrobię!

No ludzie! Czy my naprawdę myślimy, że relację z Bogiem da się budować z doskoku?!

Bardzo spodobało mi się porównanie tej relacji do historii Lisa i Małego Księcia. Pamiętacie, jak Lis uczył Małego Księcia oswajania? Że potrzeba czasu, cierpliwości, obecności. Że bliskość nie rodzi się na zawołanie.

I tak samo jest z Jezusem!

Ksiądz przypomniał również słowa św. Pawła o pieczęci Ducha Świętego. O tym, że należymy do Boga, a to zobowiązuje! Nie wystarczy powiedzieć, że jestem katolikiem, chodzić do kościoła i pięknie śpiewać Alleluja!

Trzeba jeszcze próbować żyć tak, żeby w naszym zachowaniu było widać Jezusa!

NO I TUTAJ ZACZYNAJĄ SIĘ SCHODY!

Bo ja tam mogę kochać bliźniego, tylko ci bliźni tak cholernie mnie czasami denerwują!

A przecież św. Paweł mówi o owocach Ducha Świętego: miłości, radości, pokoju, cierpliwości, uprzejmości, dobroci, wierności, łagodności i opanowaniu.

DZIEWIĘĆ OWOCÓW!

I teraz pytanie, ile z nich naprawdę widać w moim życiu?

Bo co z tego, że mówię o miłości, jeśli za chwilę potrafię jednym zdaniem sprowadzić człowieka do parteru?!

A ja, nie oszukujmy się, język mam czasami ostrzejszy niż nóż do krojenia chleba!

Potem przeszliśmy do relacji we wspólnocie.

I tutaj zaczęło się robić naprawdę ciekawie!

Bo wspólnota to nie jest grupa aniołów, które zeszły z nieba i teraz zgodnie śpiewają Alleluja!

To ludzie! Z krwi i kości! Z różnymi charakterami, temperamentami i doświadczeniami. Jedni są spokojni, inni wybuchowi. Jedni wolą milczeć, inni, tak jak ja, mają czasami więcej do powiedzenia, niż otoczenie jest w stanie udźwignąć!

I właśnie wśród takich ludzi mamy uczyć się miłości!

Ksiądz przypomniał nauczanie Jezusa o belce i drzazdze. Jak łatwo zauważyć cudze błędy, a jak trudno własne!

I padło pytanie, które powinno nam się chyba zapalać w głowie jak czerwona lampka za każdym razem, kiedy zaczynamy osądzać drugiego człowieka.

A CO, JEŚLI SIĘ MYLĘ?

Ludzie! Jakie to jest mądre!

Bo kiedy ktoś nas zdenerwuje, my już w głowie układamy cały akt oskarżenia! Wiemy, co myślał, dlaczego tak postąpił, jakie miał intencje!

Tylko skąd, do cholery, my to wszystko wiemy?!

A może ten człowiek wcale nie chciał nas zranić? Może czegoś nie zrozumieliśmy? Może on również niesie jakiś ciężar, o którym nie mamy zielonego pojęcia?

Może zamiast obgadywać go za plecami, warto po prostu usiąść i porozmawiać?!

Ale to, co przyszło później, poruszyło mnie najmocniej.

PRZEBACZENIE!

I tutaj już nie było mi tak bardzo do śmiechu.

Bo przebaczenie to nie jest piękne słówko, które wypowiemy podczas modlitwy i po sprawie!

Przebaczenie czasami cholernie boli!

Zwłaszcza kiedy ktoś naprawdę nas skrzywdził. Kiedy zostawił w nas coś, czego nie potrafimy wyrzucić z pamięci. Kiedy mijają lata, a jedno wspomnienie, jedno zdanie potrafi sprawić, że wszystko wraca!

Człowiek nosi to w sobie. Rozdrapuje, analizuje, próbuje zrozumieć, dlaczego ktoś postąpił tak, a nie inaczej.

Czeka na przeprosiny! Na przyznanie się do winy! Na jedno zwyczajne zdanie: Tak, skrzywdziłem cię!

Bo przecież JA MAM RACJĘ! TO MNIE SKRZYWDZONO!

I być może rzeczywiście tak było!

Tylko co z tego, jeśli człowiek, który nas skrzywdził, już dawno żyje swoim życiem, a my nadal siedzimy w tej samej historii?!

Wczoraj pomyślałam sobie, że nieprzepracowany żal jest jak wrzód!

Z zewnątrz może nic nie widać. Uśmiechasz się, pracujesz, gotujesz obiad, rozmawiasz z ludźmi. A tam w środku coś się jątrzy! Wystarczy dotknąć bolesnego miejsca i wszystko zaczyna boleć od nowa!

I tak latami!

A jeśli ten człowiek nigdy nie przeprosi? Jeśli nigdy nie przyzna się do winy? Jeśli do końca życia będzie przekonany, że to on miał rację?!

To co?!

Mam do końca życia nosić w sobie ten ciężar?!

I tutaj ksiądz powiedział  słowa Jezusa wypowiedziane na krzyżu:

„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

Jezus nie powiedział: przebaczę im, ale najpierw niech zrozumieją, co Mi zrobili!

I to jest dla mnie niezwykle mocne!

Bo przebaczenie nie oznacza, że ktoś miał prawo nas skrzywdzić. Nie oznacza, że mamy udawać, że nic się nie stało, ani ponownie wpuszczać do swojego życia człowieka, który nas rani!

Można przebaczyć i postawić granice!

Można przebaczyć i powiedzieć: NIE POZWOLĘ CI WIĘCEJ MNIE KRZYWDZIĆ!

Można przebaczyć, nie otrzymując przeprosin!

Bo przebaczenie nie jest nagrodą dla człowieka, który wyrządził nam zło!

JEST DROGĄ DO UWOLNIENIA WŁASNEGO SERCA!

I właśnie to wczoraj tak mocno do mnie dotarło!

Nie muszę czekać, aż ktoś mnie zrozumie, żeby zacząć odzyskiwać spokój. Mogę przyjść do Jezusa i powiedzieć:

Panie, ja już nie chcę tego dłużej nosić!

Nie chcę, żeby cudze błędy i krzywdy rządziły moim dzisiejszym życiem!

CHCĘ BYĆ WOLNA!

I nie wierzę, że zawsze dzieje się to w jednej chwili. Czasami przebaczenie jest długą drogą. Czasami trzeba wracać do tej samej decyzji wiele razy.

Ale od czegoś trzeba zacząć!

A potem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.

Po konferencji podchodzi do mnie kolega i mówi, że ma takie rozeznanie, że Jezus pokazuje mu ból mojego prawego ramienia.

A ja w myślach:

-Człowieku kochany! Jakie ramię?! MNIE ŁEB PĘKA!

Migrena tak mi daje popalić, że głową na boki ruszać nie mogę! Czuję, jakby mi ktoś w czaszce remont generalny robił, i to bez pozwolenia!

Ale ugryzłam się w ten mój ostry ozór i powiedziałam, że nie tyle ramię, ile głowa.

A on na to, że możemy się pomodlić, jeśli chcę.

CZY CHCĘ?!

OCZYWIŚCIE, ŻE CHCĘ!

Bo wierzę, że Pan Bóg działa przez ludzi!

Usiadłam więc pomiędzy nim a kilkoma koleżankami. Położyli ręce na mojej głowie i ramionach. Zaczęła się modlitwa wstawiennicza.

I nagle zaczęły padać słowa, których zupełnie się nie spodziewałam!

Jedna z koleżanek powiedziała coś o moich jelitach. O problemach, z którymi zmagam się od lat! A przecież przeszłam już pięć operacji związanych z jelitami!

I myślę sobie: skąd ona może o tym wiedzieć?!

Ale za chwilę powiedziała coś o mojej córce.

I TUTAJ MNIE ROZWALIŁO!

Łzy poleciały mi ciurkiem!

Bo kiedy ktoś dotyka spraw związanych z moimi dziećmi, z moją rodziną, ja się po prostu rozsypuję!

Ja mogę być twarda! Mogę mieć cięty język, mogę walczyć, dyskutować, stawiać się całemu światu!

Ale kiedy chodzi o moje dzieci?!

KONIEC!

Jestem jak lwica! Będę bronić swojej rodziny pazurami, jeśli będzie trzeba!

A ona powiedziała coś, o czym nie wiedział nikt!

NIKT!

I siedziałam tam ze łzami na policzkach, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

A potem usłyszałam jeszcze jedno zdanie.

Że Jezus kocha mój śmiech!

MOJĄ RADOŚĆ!

Ludzie kochani!

Ja, która czasami mam wrażenie, że jestem za głośna, za energiczna, za bardzo emocjonalna, że wszędzie mnie pełno, nagle słyszę, że Jezus kocha właśnie tę moją radość!

I wiecie, co poczułam?

Że On mnie zna!

Nie tylko tę Jolkę , która chodzi do kościoła i próbuje być dobrą chrześcijanką.

Ale również tę, która się śmieje, czasami przeklina, wybucha, płacze, zamartwia się o dzieci, denerwuje na cały świat, a potem sama zastanawia się, po co tak huknęła!

CAŁĄ MNIE!

Wierzę, że przez tych ludzi mówił do mnie Bóg!

Nie chcę jeszcze opisywać wszystkiego, co wydarzyło się podczas tej modlitwy. Są sprawy bardzo osobiste, szczególnie kiedy dotyczą mojej rodziny. Są słowa, które człowiek musi najpierw sam w sobie poukładać, przemodlić i zrozumieć.

Ale mogę Wam powiedzieć jedno.

TO BYŁO NIESAMOWITE DOŚWIADCZENIE!

Później miałam jeszcze okazję porozmawiać z księdzem Waldemarem o przebaczeniu.

Poświęcił mi swój czas, wysłuchał mnie i powiedział kilka słów, które zostały we mnie do dzisiaj!

Nie będę przytaczać naszej rozmowy, bo była bardzo osobista.

Ale te słowa we mnie pracują!

KIEŁKUJĄ!

A momentami wręcz BUZUJĄ!

Bo są takie rozmowy, po których człowiek wraca do domu i zapomina, o czym rozmawiał. A są takie, po których nie potrafi przestać myśleć!

I właśnie tak było wczoraj!

Wyszłam z kościoła z taką lekkością na duszy, jakiej dawno nie czułam!

Nie dlatego, że nagle wszystkie moje problemy zniknęły. Nie dlatego, że wszystkie zranienia zostały uleczone w jednej chwili.

Ale dlatego, że COŚ SIĘ WE MNIE PORUSZYŁO!

A dzisiaj?

Dzisiaj jest sobota!

Obudziłam się rano i wiecie co?!

NIE BOLAŁA MNIE GŁOWA!

Po tych wszystkich dniach, kiedy migrena potrafiła rozwalić mi życie, obudziłam się bez bólu!

Nie wiem, co będzie jutro, ale wiem, jak czuję się dzisiaj!

A czuję się WSPANIALE!

Rano pojechałam na Manhattan na giełdę kwiatów. I jadę sobie, patrzę na ludzi, na ten New York , który jak zwykle pędzi przed siebie, i myślę:

BOŻE, JAKA JA JESTEM SZCZĘŚLIWA!

Mam cudownego męża! Mam czwórkę dzieci, które kocham nad życie! Mam rodzinę, przyjaciół, wspólnotę, ludzi, na których mogę liczyć!

MAM ZA CO DZIĘKOWAĆ!

I nie, moje życie nie jest idealne!

Mam swoje problemy, zmartwienia, bóle i historie, które czasami wracają i nie dają spokoju.

Ale czy naprawdę mam pozwolić, żeby przeszłość przysłoniła mi dobro, które mam dzisiaj?!

NIE CHCĘ!

Nie chcę już dłużej żyć cudzymi błędami! Nie chcę, żeby żal odbierał mi radość z tego, co mam!

Chcę kochać, śmiać się, cieszyć rodziną, przyjaciółmi i każdym kolejnym dniem!

Bo ja naprawdę KOCHAM ŻYCIE!

I pomyśleć, że wczoraj mogłam zostać w domu i prasować jakieś majtki, zamiast przeżyć coś, co poruszyło mnie do głębi!

No ludzie! Czy my czasami nie jesteśmy same dla siebie największą przeszkodą?!

My, kobiety, matki, żony, tak bardzo przyzwyczajone do dbania o wszystkich, że zapominamy zadbać o własne serce!

A przecież dusza też potrzebuje troski!

Dlatego dzisiaj chcę Was zaprosić!

Jeśli czujecie, że potrzebujecie chwili zatrzymania, modlitwy, rozmowy z Bogiem, jeśli coś Was boli, przygniata, nie daje spokoju, PRZYJDŹCIE!

Dzisiaj o godzinie 7 pm wieczorem spotykamy się na Manhattanie na wspólnej modlitwie w ramach naszych rekolekcji jubileuszowych!

Nie musicie być idealni! Nie musicie mieć wszystkiego poukładanego!

Przyjdźcie tacy, jacy jesteście!

A zobaczycie, jaki będzie POWER!

AŻ SZYBY BĘDĄ SIĘ TRZĄŚĆ!

A na koniec zostawię Was z pytaniem, które sama sobie wczoraj zadałam.

Ile miejsca w naszym sercu zajmują ludzie, którzy nas skrzywdzili? Ile radości tracimy, rozpamiętując to, czego już nie zmienimy?

Może warto wreszcie zacząć uwalniać się od tego ciężaru?

Bo przebaczenie nie zmieni przeszłości.

ALE MOŻE ZMIENIĆ NASZĄ PRZYSZŁOŚĆ!

A ja?

Ja wczoraj wróciłam do domu z lżejszą duszą!

Dzisiaj obudziłam się bez bólu głowy, pojechałam po kwiaty i chodzę z taką radością w sercu, że najchętniej wyściskałabym pół Manhattanu!

Pranie nadal czeka!

Obowiązki również!

A młody zapewne znowu zapyta: Mamo, co na obiad?!

ALE WIECIE CO?!

GUZIK MNIE TO DZISIAJ OBCHODZI!

Bo wczoraj nakarmiłam swoją duszę!

A dzisiaj zbieram owoce tego spotkania!

I za to, Panie Jezu, z całego serca Ci dziękuję!

Za moją rodzinę, przyjaciół, wspólnotę! Za ludzi, przez których do mnie przemówiłeś! Za łzy, które popłynęły, i radość, którą dzisiaj czuję!

I za to, że nawet kiedy ja nie mam dla Ciebie czasu, TY WCIĄŻ MASZ CZAS DLA MNIE!

DZIĘKUJĘ CI, JEZU!

Screenshot


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz