Ostatnio w Polsce dzieją się rzeczy, które mnie przerażają. Naprawdę przerażają.
Słucham wiadomości, czytam doniesienia i chwilami nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć. Młodzi ludzie, nastolatkowie, chłopcy w wieku 15 czy 17 lat. Pojawiają się informacje o jakichś internetowych wyzwaniach, challenge’ach, grach, które podobno mają popychać młodych ludzi do strasznych czynów. Ile w tym prawdy, a ile domysłów, nie wiem. I nie chcę wydawać wyroków, zanim poznamy fakty.
Ale jedno wiem.
Boję się.
Bo kiedy słyszę, że w tak dramatycznych wydarzeniach uczestniczą nastolatkowie, natychmiast myślę o swoim synu.
Mój Maks w tym miesiącu skończy 17 lat!
SIEDEMNAŚCIE!
Rosły chłopak. Prawie dorosły mężczyzna. Ma swoje zdanie, swoje plany, marzenia, obowiązki. I chociaż dla mnie nadal pozostaje moim dzieckiem, doskonale wiem, że nie jest już małym chłopcem, którego można posadzić na kolanach i wytłumaczyć mu świat.
No ale matka to matka.
A jak matkę coś gryzie, to musi pogadać.
I tak oto pewnego poranka, kręcąc się po kuchni między jednym lunch boxem a drugim, postanowiłam przeprowadzić z synem poważną rozmowę.
– Maks, musimy porozmawiać!
– Słyszę, mamo.
– Maks, słyszysz, co do ciebie mówię?!
– No słyszę! Jak mam cię nie słyszeć?!
– Maks, bo w Polsce dzieją się straszne rzeczy. Z młodzieżą! Podobno to jakieś challenge, jakieś gry! Maks, ja się naprawdę boję. Musimy pogadać!
Syn spojrzał na mnie.
– Mamo, ja wiem, co się dzieje w Polsce. Przecież słucham Radia ZET! Ty tak głośno puszczasz to radio, że pół bloku słyszy, co się w Polsce dzieje!
No tak.
Jak już słucham wiadomości, to porządnie. Nie będę przecież co pięć minut podchodzić do radia, żeby usłyszeć, co powiedzieli.
– Maks, ja po prostu chcę wiedzieć, w co ty grasz. Bo wiesz…
– O MATKO! Mamo, naprawdę?! Chcesz teraz rano rozmawiać o takich rzeczach?!
– No tak! Bo ja się boję!
– Mamo…
– Maks! Zrozum mnie!
I wtedy mój syn, zamiast przewrócić oczami, wzruszyć ramionami i zakończyć rozmowę, powiedział coś, co dało mi do myślenia.
– Mamo, daj wszystkim młodym chłopakom pracę. Niech zarabiają swoje pieniądze. Niech mają pasje, marzenia i niech je realizują. Przecież sama zawsze tak mówisz! Zobacz na mnie. Chodzę do szkoły, po południu pracuję, przygotowuję się do sezonu narciarskiego. Ja nawet nie mam czasu odwiedzić dziadków! Babcia dzwoni, że trzeba biurko przestawić, i pyta, kiedy przyjdę. No powiedz mi, kiedy?! Kiedy ja mam to zrobić, skoro ciągle jestem zajęty?!
Stałam z tymi lunch boxami i patrzyłam na niego.
Na tego mojego rosłego chłopaka.
I dumam sobie, że jeszcze niedawno prowadziłam go za rękę, a dzisiaj stoi przede mną młody człowiek, który potrafi myśleć, argumentować i patrzeć na świat po swojemu.
Oczywiście, że praca nie jest lekarstwem na całe zło. Gdyby tak było, wystarczyłoby każdemu nastolatkowi wręczyć grafik, wypłatę i problem mielibyśmy rozwiązany.
Niestety, życie nie jest takie proste.
Młodzi ludzie potrzebują znacznie więcej niż zajęcia na popołudnia. Potrzebują uwagi, bliskości, dobrych relacji, poczucia własnej wartości. Potrzebują wiedzieć, że są ważni, że ktoś ich słucha i że nawet kiedy zrobią coś głupiego, mogą przyjść do domu i powiedzieć prawdę.
Potrzebują też granic. Bo miłość rodzicielska to nie tylko przytulanie i chwalenie. To również wymagania, odpowiedzialność i czasami bardzo niewygodne rozmowy.
I wiecie co?
Nie wiem, czy mój Maks ma rację. Może częściowo ma. Może dla niego praca, sport, pasje i obowiązki są czymś, co porządkuje mu życie i nie pozostawia miejsca na głupoty.
Ale wiem, że to jest JEGO spojrzenie.
Nie moje, nie zasłyszane w radiu, nie powtórzone za kolegą.
Jego własne.
I właśnie z tego jestem dumna.
Nie dlatego, że powiedział coś, co chciałam usłyszeć. Bo przecież nie powiedział!
Ja chciałam zrobić mu poranną pogadankę o zagrożeniach współczesnego świata, a on mi niemal przedstawił program aktywizacji zawodowej polskiej młodzieży!
No, matko kochana!
Ale odpowiedział. Rozmawiał. Miał swoje argumenty.
A ja go wysłuchałam.
I myślę sobie, że może właśnie o to chodzi w wychowywaniu dorastających dzieci.
Żeby nie tylko do nich mówić, ale również pozwolić im mówić.
Bo my, rodzice, czasami tak bardzo chcemy ostrzegać, tłumaczyć, przestrzegać i chronić, że zapominamy posłuchać, co nasze dzieci mają nam do powiedzenia.
A one naprawdę mają!
Nie zawsze mądrze. Nie zawsze dojrzale. Czasem palną taką głupotę, że człowiekowi ręce opadają. Ale przecież my w ich wieku też nie byliśmy chodzącymi encyklopediami rozsądku.
I jeszcze jedna rzecz.
Nie chcę wrzucać wszystkich młodych ludzi do jednego worka. Nie chcę patrzeć na każdego nastolatka jak na potencjalne zagrożenie tylko dlatego, że gdzieś wydarzyła się tragedia.
Bo obok tych dramatycznych historii są tysiące młodych ludzi, którzy chodzą do szkoły, pracują, trenują, pomagają innym, zakochują się, marzą i próbują znaleźć swoje miejsce na świecie.
Takich jak mój Maks.
Czy mam gwarancję, że moje dzieci nigdy nie popełnią błędu?
Nie mam.
Czy mogę być pewna, że nigdy nie spotka ich nic złego?
Nie mogę.
Czy znam wszystkie ich myśli, problemy i tajemnice?
Oczywiście, że nie.
I właśnie ta świadomość jest chyba jedną z najtrudniejszych lekcji macierzyństwa.
Bo kiedy dzieci są małe, chronimy je, trzymając za rękę. A kiedy dorastają, musimy nauczyć się tę rękę powoli puszczać.
Nie przestając być obok.
Ufam Maksowi. Ufam moim dzieciom. Wierzę, że jeśli pojawi się problem, przyjdą i powiedzą. A jeśli trzeba będzie, usiądziemy i wspólnie będziemy szukać rozwiązania.
Nie oczekuję od nich doskonałości.
Chcę tylko, żeby wiedziały, że dom jest miejscem, do którego można wrócić również wtedy, kiedy coś się zawali.
I jeszcze jedno, dla mnie bardzo ważne.
Każdego dnia modlę się za moje dzieci. Za całą moją czwórkę. I za dzieci, które duchowo adoptowałam.
Wierzę, że modlitwa jest takim niewidzialnym płaszczem ochronnym, którym mogę je otulać, nawet kiedy nie ma mnie obok. Nie traktuję jej jak gwarancji, że nigdy nie wydarzy się nic złego. Jest moim zawierzeniem Bogu tego, na co jako matka nie mam już wpływu.
Bo nie mogę być wszędzie.
Nie mogę wszystkiego przewidzieć.
Nie mogę przeżyć życia za moje dzieci.
Mogę je kochać, wychowywać, słuchać, rozmawiać, modlić się za nie i być obok, kiedy będą mnie potrzebowały.
A czasami muszę też pogodzić się z tym, że mój siedemnastolatek ma własny rozum i niekoniecznie ochotę na poranną debatę o kondycji współczesnej młodzieży.
Zwłaszcza kiedy za chwilę wychodzi do szkoły!
Ale, Maks, uprzedzam cię!
To nie była nasza ostatnia rozmowa.
Bo matką jestem od siedemnastu lat twojego życia, a doświadczenie mam jeszcze większe, bo przecież przed tobą wychowywałam twoje dwie starsze siostry!
I choćbyś miał trzydzieści lat, pracę, własny dom i pięcioro dzieci, ja nadal będę miała czasem potrzebę zapytać:
– Maks, możemy porozmawiać?
I mam tylko jedną nadzieję.
Że zawsze będziesz chciał mi odpowiedzieć.
Bo w tym całym przerażającym świecie najbardziej nie boję się tego, że moje dzieci będą miały inne zdanie niż ja.
Boję się dnia, w którym przestaną chcieć ze mną rozmawiać.

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.