Miałam zrobić szarlotkę.

MIAŁAM!

Jabłka czekają, przepis mam, cynamon jest. Wszystko pięknie, tylko brać się do roboty.

Ale synu mój zapodał mi film na Netflixie.

„Mniej obcy”. Jan Borysewicz. Lady Pank.

Mamo, ty weź usiądź, odpocznij, zrelaksuj się. To twoje klimaty.

No to usiadłam.

I LUDZIE ŚWIATA!!!

JA PIERDZIU!!!

CO TO BYŁO?!

MATKO JEDYNA, CO TO BYŁO!!!

Ja nie odpoczęłam! Ja się nie zrelaksowałam! JA ODJECHAŁAM!!!

Bo ja nie oglądałam tego filmu.

JA TAM BYŁAM!

W tej muzyce! W tych emocjach! W tym buncie! W tej młodości! W tym całym cholernym szaleństwie!

Bozszzz, jak ja kocham takie klimaty!

Koncerty! Gitary! Muzyka na cały regulator! Ludzie, którzy nie stoją grzecznie pod ścianą, tylko żyją tak, że aż iskry lecą!

Wróciła moja miłość do koncertów. Do tej atmosfery, kiedy stoisz w tłumie, muzyka wali ci prosto w klatkę piersiową, serce tłucze się jak oszalałe, a ty masz ochotę krzyczeć, śpiewać, skakać i kompletnie odlecieć!

Nie ma wtedy jutra!

Nie ma rachunków!

Nie ma prania, gotowania, obowiązków i tego wiecznego mamo, a gdzie obiad?! 

JEST ŻYCIE!

JEST MUZYKA!

JESTEŚ TY!

Ale , to nie muzyka najbardziej mnie rozwaliła!

Rozwalił mnie ten chłopak!

JANEK BORYSEWICZ!

Młody człowiek żyjący w czasach PRL-u.

W czasach, kiedy najlepiej było nie wychylać łba ponad innych. Mieć takie same marzenia jak wszyscy, tak samo myśleć, tak samo wyglądać, tak samo żyć.

Szarość!

Wszędzie ta pieprzona szarość!

System, który chciał decydować o wszystkim. O tym, co możesz powiedzieć, co możesz zagrać, co możesz zaśpiewać, a najlepiej jeszcze, co powinieneś myśleć!

Masz być taki, jakiego chcemy!

Masz się podporządkować!

A ON?!

A ON MIAŁ TO W DUPIE!

Miał gitarę!

Miał talent!

Miał marzenia!

Ale przede wszystkim miał w sobie coś, czego żaden system, żaden zakaz i żaden człowiek nie był w stanie mu odebrać!

MIAŁ ODWAGĘ!

Kurwa mać, jak ja kocham ludzi z odwagą!

Takich, którzy wiedzą, czego chcą! Którzy nie czekają, aż ktoś im łaskawie pozwoli żyć! Którzy nie chodzą od człowieka do człowieka z pytaniem: przepraszam bardzo, czy ja mogę mieć marzenia?

BOZSZZZ!

Przecież mnie aż nosiło na tym fotelu!

Patrzyłam na niego i myślałam:

CHŁOPIE, TY WIESZ!

TY CHOLERNIE DOBRZE WIESZ, CZEGO CHCESZ!

I nie chodzi o to, że miał łatwo!

Strata brata. Choroba matki. Rodzinne dramaty. Życie, które wcale nie rozkładało przed nim czerwonego dywanu.

A on?!

On szedł!

Pchał się do przodu!

Piętro wyżej!

Jeszcze wyżej!

Jeszcze mocniej!

Nie zawsze mądrze, nie zawsze pięknie, nie zawsze bez ranienia innych.

Ale szedł!

Bo miał w sobie tę cholerną pewność, że jest coś, dla czego warto się szarpać z całym światem!

I JA TO CZUŁAM!

Każdą komórką ciała!

Myślałam, że wysadzi mnie z tego fotela!

I wiecie co?

W pewnym momencie przestałam widzieć tylko Janka Borysewicza.

ZOBACZYŁAM SIEBIE!

Bo ja też mam swoje marzenia!

Ja też mam w głowie rzeczy, które chciałabym zrobić!

Ile razy człowiek słyszy, że coś nie ma sensu? Że po co? Że szkoda czasu? Że się nie uda? Że powinien zająć się czymś innym?

A najgorsze jest to, że w końcu sam zaczyna w to wierzyć!

Sam sobie mówi: a może rzeczywiście? Może nie jestem wystarczająco dobra? Może za późno? Może powinnam odpuścić?

I tak powolutku zakopuje własne marzenia!

JA PIERDZIELĘ!

Ile życia można w ten sposób przepuścić między palcami!

A ja?!

Ja mam 47 lat!

Czworo dzieci, męża, dom, pracę, obowiązki i tysiące spraw do załatwienia!

Tu ugotuj, tam posprzątaj, tu pomóż, tam załatw, tu pamiętaj, tam nie zapomnij!

I jeszcze znajdź czas dla siebie!

HA! KIEDY?!

A przecież pod tym wszystkim jestem jeszcze JA!

Nie tylko matka!

Nie tylko żona!

Nie tylko kobieta od obiadów, prania i ogarniania codziennego bałaganu!

JA!

Ta, która kocha pisać! Która ma w głowie tysiące historii! Która potrafi siedzieć w metrze i układać w myślach kolejne zdania!

Która marzy, żeby pewnego dnia trzymać w rękach własną książkę!

SWOJĄ!

Pachnącą drukiem!

Z własnym nazwiskiem na okładce!

I wiecie, co jest najgorsze?

Że ja naprawdę czasem w siebie wątpię!

Wysyłam teksty do wydawnictw. Czekam. Sprawdzam wiadomości. Czekam dalej.

Czasem przychodzi odmowa.

Czasem nie przychodzi nawet pieprzone „dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani”.

CISZA!

I ta cisza potrafi człowieka tak walnąć, że odechciewa się wszystkiego!

Myślę wtedy: no widzisz, kobieto? Po co ci to było? Po co się wychylałaś? Siedź sobie spokojnie, pisz do szuflady, nie rób z siebie idiotki!

I WŁAŚNIE WTEDY PRZYCHODZI TEN FILM!

I ten cholerny Borysewicz z gitarą!

I ta jego upartość!

I ten bunt!

I ja nagle mam ochotę sama sobie przywalić w łeb!

KOBIETO!!!

CO TY WYPRAWIASZ?!

DLACZEGO SAMA SOBIE ODBIERASZ PRAWO DO MARZEŃ?!

Kto ci powiedział, że masz się poddać?!

Kto ci powiedział, że nie możesz?!

Kto ci powiedział, że twoje pięć minut już minęło?!

I kurwa mać, coś we mnie pękło!

Ale nie tak, że się rozsypałam!

NIE!

Pękło coś, co mnie od środka blokowało!

I dzisiaj mówię:

PIERDZIELĘ TO!

BĘDĘ PISAĆ!

BĘDĘ PRÓBOWAĆ!

BĘDĘ WYSYŁAĆ!

Nie przyjmą w jednym wydawnictwie, wyślę do drugiego! Nie przyjmą w drugim, poszukam trzeciego!

Nie wiem, czy kiedykolwiek wydam książkę!

NIE WIEM!

Ale do cholery jasnej, chcę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, żeby spróbować!

Bo ja nie chcę za dwadzieścia lat siedzieć w fotelu i mówić:

A mogłam…

A chciałam…

A może by się udało…

NIE CHCĘ!

Wolę się przewrócić! Wolę dostać po nosie! Wolę usłyszeć sto razy NIE!

Niż całe życie zastanawiać się, co by było, gdybym choć raz odważyła się powiedzieć TAK własnym marzeniom!

I przypomniało mi się takie malutkie ziarenko.

Wpada do ziemi.

Ciemno. Zimno. Nikt go nie widzi. Nikt nie klaszcze. Nikt nie mówi: brawo, dasz radę!

A ono kiełkuje!

Powoli!

Przebija się przez ziemię!

Wychodzi na światło!

I rośnie!

I ja też chcę tak rosnąć!

Choćby powoli! Choćby inni nie widzieli jeszcze niczego! Choćby dzisiaj z tego mojego pisania była tylko garść tekstów i wielka nadzieja!

Bo ja wiem, że we mnie coś jest!

Coś, co nie daje mi spokoju!

Coś, co każe mi siadać i pisać!

I NIE CHCĘ TEGO W SOBIE ZAGŁUSZYĆ!

Możecie powiedzieć, że się nakręcam. Że jeden film i już wielka filozofia życia.

HA!

A NIECH WAM BĘDZIE!

Bo ja właśnie takie filmy kocham!

Takie, po których człowiek nie wstaje spokojnie z kanapy i nie mówi: no, całkiem niezły.

Tylko siedzi z rozdziawioną gębą i myśli:

JA PIERDOLĘ, ALE TO BYŁO DOBRE!

Ten film nie dał mi gotowej recepty na sukces.

Dał mi coś lepszego!

PRZYPOMNIAŁ MI, ŻE JESZCZE MAM W SOBIE OGIEŃ!

Że nie chcę tylko funkcjonować, odhaczać obowiązków i doczekać kolejnego wieczora!

CHCĘ ŻYĆ!

CHCĘ TWORZYĆ!

CHCĘ JESZCZE COŚ PO SOBIE ZOSTAWIĆ!

I wiecie co?!

JESZCZE BĘDZIE O MNIE GŁOŚNO!

A jeśli nie będzie?

To przynajmniej nie będę miała sobie do zarzucenia, że przesiedziałam własne życie, czekając na cudze pozwolenie!

A szarlotka?

HA!

Jabłka dalej leżą!

Piekarnik zimny!

ALE JA?!

JA PŁONĘ!!!

Oglądaliście „Mniej obcego”? Bo ja naprawdę chcę wiedzieć, czy tylko mnie ten film tak cholernie rozniosł emocjonalnie!

I czy wy też macie takie marzenie, które mimo upływu lat nie daje wam spokoju?

Bo ja swoje mam.

I KURWA MAĆ, NIE ZAMIERZAM GO ZAKOPAĆ!


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz