Dzisiaj poszłam z młodym do mail roomu po pocztę. W skrzynce czekał na niego jego magazyn LEGO, na który wyczekuje każdego miesiąca, bo młody uwielbia kolorowe gazety.

Wziął go do ręki, zadowolony, jakby co najmniej dostał przesyłkę od samego Świętego Mikołaja, po czym nagle pyta:

Mamo, ale dlaczego ja tak mało listów dostaję? Dlaczego listonosz nie przynosi nic do mnie? Ja bym chciał dostać taki prawdziwy list od kogoś.

Wsadziłam młodego do windy, nacisnęłam osiemnastkę i odpłynęłam.

LISTY.

Boże, ile ja kiedyś pisałam listów!

Od cholery!

Moja matka chyba myślała, że przeze mnie zbankrutuje na znaczkach.

Poznawało się ludzi na koloniach, obozach, wakacjach, wyjazdach, czasem nawet w pociągu. Wymieniało się adresami i potem się pisało.

I to jak!

Po kilka stron. O wszystkim.

Kto się w kim zakochał. Kto kogo wkurzył. Co wydarzyło się w szkole. Co w domu. Jakie były plany, marzenia, smutki i te wszystkie nasze wielkie dramaty, które wtedy naprawdę były WIELKIE.

Nie było: hej, co tam? wysłanego w trzy sekundy.

Trzeba było usiąść, wziąć kartkę, długopis i napisać.

Potem koperta. Znaczek. Skrzynka pocztowa.

I czekanie.

Matko, jak się czekało na tego listonosza!

A kiedy list wreszcie przychodził, czytało się go po stokroć. Składało, rozkładało, wracało do jednego zdania. Niektóre kartki były na zgięciach tak wymęczone, że prawie się rozpadały.

Wróciliśmy do mieszkania, a pytanie młodego nie dawało mi spokoju.

Wyciągnęłam pudła.

Mam takie pudła, w których trzymam zdjęcia, ważne dla mnie kartki, karteczki, listy i różne inne pierdoły, których z jakiegoś powodu przez lata nie potrafiłam wyrzucić.

Nie jestem zbieraczem. Naprawdę.

Ale jestem cholernie sentymentalna.

Zaczęłam grzebać.

I nagle z pudełka wypadło kilka starych, pożółkłych kopert.

Listy.

Kartki zapisane drobnym pismem.

Stemple pocztowe.

Skreślenia.

Dopiski na marginesach.

Patrzę na jeden z tych listów i nawet nie pamiętam już każdego zdania. Ale pamiętam emocje. Rozpoznaję charakter pisma. I wtedy  człowiek przypomina sobie nie tylko to, co ktoś napisał, ale też kim sam wtedy był.

A między tym wszystkim moje stare magazyny.

I wtedy dopiero mnie walnęło.

1996 rok.

TRZYDZIEŚCI LAT TEMU!

Boże, kiedy to się wydarzyło?! Przecież ja pamiętam to wszystko, jakby to było wczoraj.

I znalazłam LUZ.

Miesięcznik Młodych.

Nie żadne Bravo.

Ja kochałam LUZ!

Miałam wszystkie numery. Czytałam od pierwszej do ostatniej strony. Wracałam do tekstów, zaznaczałam, wycinałam, zostawiałam sobie artykuły. Z całej kolekcji zostały mi tylko dwa egzemplarze, ale SĄ!

I spójrzcie, w jakim stanie!

Po trzydziestu latach!

Przekładam strony i nagle wraca wszystko. Tematy, teksty, zdjęcia, listy do redakcji, porady. Nawet sposób, w jaki pachniał papier.

I wiecie, co jest niesamowite?

Na okładce numeru z września 1996 roku wielkimi literami:

stresy, lęki, depresje

TRZYDZIEŚCI LAT TEMU.

Czyli jednak rozmawialiśmy o tym również wtedy. Tylko bez Instagrama, TikToka i miliona specjalistów przemawiających do nas z telefonu.

Siedziałam nad tym pudłem i przepadłam.

Młody chciał tylko dostać prawdziwy list, a wyciągnął ze mnie kawał życia, o którym na chwilę zapomniałam.

Bo te stare kartki mają coś, czego żadna wiadomość na Messengerze mieć nie będzie.

Czyjś charakter pisma.

Skreślone słowo.

Dopisane zdanie.

Zagięty róg.

Plamę po herbacie.

Datę.

Stempel pocztowy.

I świadomość, że ktoś trzydzieści lat temu usiadł specjalnie dla ciebie. Wziął kartkę i długopis. Pisał. Potem złożył kartkę, włożył ją do koperty, nakleił znaczek i wysłał.

A ty czekałaś.

Może dlatego tak dobrze zrozumiałam dzisiaj mojego syna.

On nie powiedział:

Mamo, chciałbym dostać wiadomość 

Powiedział:

Ja bym chciał dostać prawdziwy list

I tym jednym zdaniem sprawił, że jego matka przez jeden wieczór znowu miała kilkanaście lat.

A teraz przyznawać się.

Kto pamięta LUZ?

I kto ma jeszcze gdzieś swoje stare listy? Takie prawdziwe. Pisane ręką. Schowane od trzydziestu lat w pudełku, którego człowiek niby nigdy nie potrzebuje, ale za cholerę nie potrafi wyrzucić?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź