Dwadzieścia cztery lata temu po raz pierwszy zostałam mamą.
I naprawdę nie wiem, kiedy to wszystko tak szybko minęło.
Kiedy wydobyli ją z głębin mojego brzucha a wiadomo, cesarka to nie byle co, kilka powłok do przecięcia moja córka nie mogła się już doczekać. Nie było żadnych delikatnych wstępów.
Nie.
Ona od razu weszła na scenę jak prawdziwa gwiazda.
Z krzykiem jak dzwon.
Takim, że pewnie pół oddziału położniczego podskoczyło na łóżkach.
Jakby chciała wszystkim ogłosić:
Uwaga, ludzie. Jestem tu! Ja wam jeszcze pokażę!
I tak właśnie zaczęła się historia mojej pierwszej Córki .
Mojej Gwiazdy.
Mojej pierwszej Latorośli.
Kiedy otworzyła oczy, były ogromne. Ciekawskie. Wielkie jak orzechy. Patrzyła nimi na świat tak, jakby już wtedy planowała go dokładnie obejrzeć, przeanalizować… a może jeszcze trochę poprawić.
A kiedy pierwszy raz się uśmiechnęła… tym swoim bezzębnym uśmiechem…
serce mi wtedy pękło ze szczęścia.
I wtedy zobaczyłam te dołeczki w policzkach. Dwa maleńkie wgłębienia, w których mieściła się cała miłość świata. Bo to przecież cały jej tata jego twarz, jego uśmiech. A gdzieś w środku… coś mojego. Coś, czego nie da się nazwać, ale co wiąże matkę z dzieckiem na zawsze.
Aleksandra od początku była jedyna w swoim rodzaju.
I taka już została.
Dziś jest wysoka, szczupła, z włosami jak piasek pustyni.
Naturalna do bólu.
Zdolna, skubana.
Uparta jak mało kto.
Jeśli coś sobie postanowi idzie. Krok po kroku. Spokojnie, ale konsekwentnie. Świat może próbować ją zatrzymać, może ją powalić, skopać, przewrócić.
Ona popłacze.
Poleży chwilę.
Ale potem wstanie, otrzepie kurz, poprawi wlosy ,przekręci koronę, która gdzieś się przekrzywiła… uśmiechnie się i pójdzie dalej.
Bo ona się nie poddaje.
Nie ona.
Idzie krok za krokiem i bierze życie za rogi.
Zawsze powtarzam, że mogłaby zostać psychiatrą. Taką z prawdziwego powołania. Jednym zdaniem potrafiłaby ustawić pół świata.
Bo jest ostra jak brzytwa.
Ale w środku ma morze miłości.
Potrafi się opiekować.
Potrafi być dla innych.
Ale też potrafi wymagać.
I to nie tylko od świata.
Od siebie.
I… ode mnie.
— Mamo, zacznij w końcu jeździć samochodem.
— Mamo, zrób coś dla siebie.
I wtedy coś we mnie drży.
Bo wiem, że ona ma rację.
Tylko czasem człowiek po całym dniu życia czuje się jak po triatlonie. Biegł, płynął, jechał… a na końcu już tylko chce oddychać.
Nie dziś.
Może jutro.
Ale ona widzi we mnie siłę, której ja sama czasem nie potrafię znaleźć.
A ja?
Ja od niej wymagam najwięcej.
Bo wiem, że uniesie.
Bo widzę w niej potencjał, który aż krzyczy.
Bo wiem, że może być kimkolwiek zechce.
Tylko że matka… to też człowiek.
I czasem, gdy w domu zapada cisza, gdy wszyscy już śpią, a ja zostaję sama ze sobą, przychodzi refleksja.
Że mogłam powiedzieć coś inaczej.
Łagodniej.
A może wcale.
Bo słowo wypowiedziane już leci. Już działa.
A ja czasem zamiast przytulić żądlę jak osa.
Kłócimy się.
Czasem ostro.
Ale kocham ją.
Do utraty tchu.
Tak, jak tylko matka potrafi.
Czasem myślę…
Gdybym wtedy przy niej była taką mamą, jaką jestem dziś dla najmłodszego… czy coś by się zmieniło?
Ale prawda jest taka, że ja wtedy też byłam jeszcze dzieckiem. Dzieckiem lat osiemdziesiątych. Z pokolenia, w którym nie mówiło się o emocjach. Nie przytulało się za często. Nie pytało dzieci o zdanie.
Dzieci się wychowywało.
Miłość była cicha.
A ja dopiero się uczyłam.
I właśnie ona była moją pierwszą lekcją.
Moja Aleksandra.
Ta, przy której popełniłam najwięcej błędów.
Ale też ta, która nauczyła mnie najwięcej o byciu mamą.
Moja Gwiazda.
Moja pierwsza Latorośl.
Świeci swoim światłem, a ja czasem patrzę na nią i myślę:
Jak to możliwe, że to moje dziecko?
I tylko jedno wiem na pewno.
Kocham ją.
Taką, jaka jest.
Z całą jej siłą.
Uporem.
Pięknem.
Bo miłość matki nie jest idealna.
Ale jest na zawsze.
A dziś minęły 24 lata od tamtego dnia.
Ola świat stoi przed Tobą otworem.
Bierz go śmiało i delektuj się życiem.
Choć ja stoję z boku i drżę, żebyś wróciła cała i zdrowa, to mówię: jedź, zwiedzaj, sprawdzaj, popełniaj mnóstwo błędów bo to Twój czas.
A ja będę stała obok i z drżeniem serca będę wspierała Cię w Twoich wyborach. Choć, cholera…..wiesz, jakie to dla mnie trudne.
Nie raz Ci to mówię.
Bo ja tego nie miałam.
Ale uczę się.
I staram się.
Choć ciągle popełniam masę błędów.
Idź śmiało przez życie.
Spełniaj swoje marzenia i cele.
Delektuj się życiem wschodami i zachodami słońca, muzyką, światem i tym pięknem, które Bóg nam dał, żebyśmy mogli nim cieszyć się każdego dnia.
I bądź tym, kim Ty chcesz być.
To Ty masz być szczęśliwa.
To Ty masz mieć pracę, która będzie dawała Ci satysfakcję i poczucie spełnienia z tego, co robisz.
Jestem dumna z Twoich wyborów.
Z celów, które sobie stawiasz.
Z drogi, którą idziesz.
Bądź zawsze sobą radosna, piękna i silna.
Niech Duch Święty Cię prowadzi i umacnia,
a Matka Najświętsza otula swoim płaszczem na każdej drodze.
Kocham Cię, Córeczko.
Twoja mama.
Ta czasem zlękniona,
czasem przestraszona życiem…
ale zawsze Twoja.