Znów ucho… i znów moja wina?

Powiem Wam szczerze żesz kurde się porobiło…

Młody skończył 6 lat. Sześć. I przez te wszystkie lata tak naprawdę nigdy poważnie nam nie chorował. Wiadomo kaszel, katar, sezonowe historie jak u każdego dziecka. Inhalacje, syropek sosnowy robiony przez moją mamę, jakieś kremy rozgrzewające dla maluchów… i zawsze jakoś to przechodziliśmy bez większych dramatów. Bez antybiotyków. Bez wielkiej medycznej historii.

Do teraz.

Jakiś czas temu młody zaczął mówić, że boli go ucho. No więc wiadomo nie ma co bohaterstwa odgrywać, jedziemy do lekarza. Doktor zagląda do ucha, mówi: czerwone, w środku płyn. Antybiotyk.

Pierwszy antybiotyk w jego młodym życiu.

Nie będę ukrywać nie jestem zwolenniczką antybiotyków. Nigdy nie byłam. Ale kiedy dziecko płacze, boli je ucho, lekarz mówi że trzeba… to zaciskasz zęby i robisz co trzeba. Podawaliśmy przez 7 dni. Łatwo nie było. Oj nie było. Każda dawka to był mały dramat.

Ale jakoś przeszliśmy przez to.

I myślałam, że koniec tematu.

Aż do dzisiejszej nocy.

Obudził się z płaczem. Gorączka. I pierwsze słowa:

— Mamo, ucho…

No i powiedzcie mi co jest grane?!

Czy to tak teraz będzie wyglądało? Będziemy bazować na antybiotykach? Jedno leczenie, chwilę spokoju i zaraz od nowa?

Powiem Wam szczerze wściekła jestem. I jednocześnie przerażona.

Dziś nie poszedł do szkoły. Jedziemy do lekarza, bo muszę to sprawdzić. Muszę wiedzieć czy to znów ucho, czy coś innego. Bo zaczynam się martwić. Naprawdę martwić.

Bo on przecież nigdy tak często nie chorował.

A w międzyczasie… wchodzi jeszcze jeden temat.

Moja mama.

Bo moja mama zawsze lubi mieć winnego. Zawsze ktoś musi być odpowiedzialny za to, że coś się wydarzyło. I tym razem oczywiście padło na mnie.

Bo przecież wiosna przyszła.

Bo młody zdjął bluzę.

Bo biegał w samej koszulce.

I już słyszę ten ton:

No i widzisz. Powiało go. Trzeba było go cieplej ubrać.

Twoja wina.

Nie trzeba było go tak rozbierać.

Moja wina. Moja wina. Biję się w pierś.

Bo przecież moja mama zawsze musi mieć winnego. A kto nadaje się do tej roli lepiej niż matka dziecka?

Według tej logiki powinnam była chyba owinąć go jeszcze kocem. Najlepiej czapką przykryć i pilnować, żeby się przypadkiem nie przewietrzył. Niech się gotuje, byle tylko przypadkiem nie było chłodno.

A przecież dzieci tak mają.

Biegają. Rozbierają się. Za chwilę znów coś na siebie zakładają. Żyją.

Ale kiedy dziecko choruje… to nagle zaczynasz się zastanawiać.

Może faktycznie?

Może powinnam była kazać mu zostać w bluzie?

Może powinnam bardziej pilnować?

I choć rozum mówi mi jasno to nie tak działa to gdzieś z tyłu głowy zaczynają się pojawiać te wszystkie czarne scenariusze.

Bo kiedy choruje dziecko… ja naprawdę sobie z tym nie radzę.

Panikuje.

Serio.

Mogę być twarda w wielu sprawach, ale kiedy chodzi o moje dzieci rozsypuję się w środku. Niby wiem, że to nie moja wina. Wiem, że dzieci chorują. Wiem, że ucho nie bierze się z tego, że ktoś zdjął bluzę na dworze.

Ale i tak siedzi to gdzieś we mnie.

Ten ciężar.

Te słowa.

To poczucie, że może jednak coś zrobiłam źle.

I dlatego dziś jest mi po prostu… smutno.

Martwię się o młodego. Martwię się czy to znów ucho. Czy to coś, co będzie wracać. Czy zaraz znów usłyszę o antybiotyku.

A w głowie krąży tysiąc myśli.

Jedziemy do lekarza i mam nadzieję, że zaraz będzie trochę spokojniej w mojej głowie.

Ale zanim to nastąpi… powiedzcie mi jedno.

Jak Wy sobie radzicie, kiedy chorują Wasze dzieci?

Czy też zdarza się Wam panikować tak jak mnie?

Czy też słyszycie czasem, że to „Wasza wina”, bo coś zrobiliście nie tak?

I czy tylko ja mam wrażenie, że kiedy chodzi o dzieci… to serce rodzica zawsze bierze wszystko na siebie? 

8 marzec Dzień Kobiet

Droga Kobieto…

Zatrzymaj się na chwilę. Weź głęboki oddech.

Poczuj jak bije Twoje serce.

Żyj pełną parą.

Bierz z życia to, co najpiękniejsze i najprawdziwsze.

Bądź dla siebie najlepszym przyjacielem – takim, który nie ocenia, tylko wspiera.

Wsłuchuj się w swoje ciało, w swoje serce, w swoją duszę.

Pamiętaj…

Nic nie musisz. Wszystko możesz.

Naprawdę możesz więcej, niż myślisz.

Zrozum to wreszcie.

Kochaj siebie.

Nie tylko w dni, kiedy wszystko się udaje.

Ale szczególnie wtedy, kiedy jest trudniej – bo właśnie wtedy Twoja siła świeci najmocniej.

Ciesz się każdym dniem.

Każdą chwilą.

Każdym uśmiechem, spojrzeniem, dobrym słowem.

Wierz.

Bo kiedy kobieta zaczyna wierzyć w siebie – zaczynają dziać się cuda.

A nad tym wszystkim jest Bóg, który idzie z nami każdego dnia.

Czasem niesie nas na rękach, kiedy brakuje już sił.

Czasem prowadzi cicho, pokazując drogę.

Wiara daje siłę, a On nigdy nas nie zostawia.

I za to dziś dziękuję…

Za miłość.

Za cudowności dnia codziennego.

Za męża, który jest wsparciem.

Za dzieci, które uczą mnie miłości, cierpliwości i radości z małych rzeczy.

Bo największe cuda często dzieją się właśnie w zwykłych chwilach.

Dlatego dziś, Droga Kobieto:

Bądź szczęśliwa.

Bądź dumna z tego, kim jesteś.

Bądź odważna w marzeniach.

I pamiętaj – jesteś wyjątkowa, silna i piękna.

A jeśli czasem zwątpisz…

spójrz w niebo i przypomnij sobie:

Bóg jest z Tobą.

Zawsze.

Każdego dnia.

Z miłością.

Dla każdej Kobiety.

Jak marzec z miesiąca nijakiego stał się jednym z moich ulubionym

Lubicie marzec?

Ja przez większość życia nie byłam z nim w dobrej komitywie. Tak szczerze mówiąc nie było nam po drodze. Dla mnie miesiące bez słońca są po prostu smutne. A marzec… no cóż. Przednówek. Jeszcze śnieg, jeszcze plucha, trochę deszczu, trochę błota. Szaro, buro i ponuro.

A ja kocham słońce. Takie prawdziwe. Kiedy wiatr tańczy we włosach, muska twarz, a promienie słońca całują cię na powitanie. Wtedy od razu chce się żyć.

A marzec? Marzec był taki… nijaki.

Do czasu.

Bo kiedy spotkałam mojego męża okazało się, że urodził się właśnie w marcu. No i proszę pierwszy punkt dla marca. Musiał coś zrobić, żeby się zrehabilitować.

A potem czekaliśmy na nasze pierwsze dziecko. Plan był piękny 1 kwietnia. Ale jak wiadomo, wytyczne sobie, a dziecko sobie. I tak moja pierwsza córka wybrała sobie marzec na miesiąc narodzin.

I proszę państwa… od tego momentu marzec przejął prowadzenie.

Teraz to miesiąc radości. Miesiąc urodzin ważnych dla mnie osób. Miesiąc, który zapowiada wiosnę. No i jak tu się z nim nie zaprzyjaźnić?

Polubiliśmy się. A jakżeby miało być inaczej?

Teraz jesteśmy już całkiem dobrzy znajomi. Dekoracje urodzinowe wiszą u nas od lutego bo przecież mogą sobie powisieć kilka tygodni dłużej, prawda? Nic im się nie stanie. A klimat robią.

No i sprężam się, bo w następny weekend zaczynamy imprezy urodzinowe.

A wy? Też macie takie miesiące, których kiedyś nie lubiliście, a potem jakoś tak… życie sprawiło, że się z nimi zaprzyjaźniliście? Teraz czekacie na nie z uśmiechem? Podzielcie się. 😊

25 lat Wspólnoty Lew Judy historia, która wciąż się pisze

Ostatnio jestem bardzo zajęta. Piszę. Notuję. Układam. Tworzę.

Mam słowotok i wcale się tego nie wstydzę. Moje myśli zalewają mi głowę, budzę się z pytaniami i zasypiam z kolejnymi pomysłami. Bo kiedy serce się zapala  nie da się tego zatrzymać.

Tworzymy książkę na 25-lecie naszej wspólnoty Lew Judy. I czuję, że to coś więcej niż projekt. To podróż.

Zaczęło się od pytań. Myślałam, że wiem sporo. Ułożyłam pierwsze, potem drugie, kolejne. Aż w końcu zadzwoniłam do koleżanki, która jest z nami od samego początku. Rozmawiałyśmy trzy i pół godziny. Nawet nie wiem, kiedy ten czas minął. Ona mówiła ja notowałam.

I wtedy dotarło do mnie, jak niewiele jeszcze wiem. Jak wiele historii wciąż czeka, by je wydobyć. Zaczęłam przekształcać pytania. Drążyć głębiej. Słuchać uważniej.

Mam w sobie tyle radości, że momentami tańczę po domu. Serio.

Taką mam frajdę w tworzeniu tego projektu. W rozmowach. W odkrywaniu wspomnień. W zbieraniu okruchów historii, które razem stworzą coś większego.

Czekam jeszcze na kronikę wspólnoty. Wiem, że trzeba wrócić do początku żeby było wiadomo co i jak. A przecież wtedy działo się tyle!

Teatr. Sztuki wystawiane .Wypady do knajp.

Spotkania w prywatnych mieszkaniach uwielbienie, wspólny śpiew. Podłoga dudniła tak, że sąsiedzi przychodzili… nie żeby uciszyć, ale żeby zaprosić ich następnym razem.

Wyjazdy integracyjne z księżmi. Hiking w górach. Plaża. Urodziny.

Piękny czas.

Przewinęło się przez wspólnotę mnóstwo ludzi. Każdy zostawił cząstkę siebie. Jedni wyjechali w głąb Ameryki. Inni wrócili do Polski. Jeszcze inni poszli swoją drogą. Rodzina, obowiązki, życie. Została garstka. Zostały wspomnienia. Została wspólnota.

A ja z myślą, że zbiorę te wywiady. Że dotrę do tylu osób, ilu się da. Zadamy sobie pytania o sens, o początek, o to, co było najważniejsze. A potem porównam te historie. I wiem, że w każdej będzie wspólny mianownik.

Ale jeszcze chwilę poczekam. Na razie tworzę. Przygotowuję. Dopieszczam.

Co z tego wyjdzie?

Nie wiem.

Ale wiem jedno mam w sercu motyle. I ogromną radość. A gęba sama mi się cieszy, kiedy zapisuję kolejne zdania.

Może ta książka będzie kroniką.

Może będzie świadectwem.

Może stanie się mostem między tym, co było, a tym, co dopiero przed nami.

Czas pokaże.

Jeśli byłeś częścią Lwa Judy choć przez chwilę odezwij się.

Jeśli masz wspomnienie, które do dziś wywołuje uśmiech albo wzruszenie podziel się nim.

Jeśli pamiętasz coś, o czym nie możemy zapomnieć  napisz.

Ta historia nie jest tylko moja.

Ona jest nasza.

I właśnie teraz znowu się pisze.

Nowojorski pakiet premium

Czy zdarzyło wam się kiedyś, że jeden dzień postanowił sprawdzić całą waszą cierpliwość naraz? Bo wczoraj New York zdecydowanie postanowił przetestować moją.

Wczorajszy dzień chyba wykupił mi pakiet nowojorska adrenalina wersja premium. A co! Inaczej naprawdę nie umiem tego nazwać.

Rano zaczęło się niewinnie. Pociąg nie jeździ, bo pożar na stacji na Manhattanie. Myślę sobie: dobra, ogarniemy to, przecież w tym mieście zawsze coś się dzieje. Człowiek już przyzwyczajony.

Plan B — LIRR.

I oczywiście LIRR dorzuca swoje pięć groszy. Opóźnienie 20 minut. Niby nic, tylko że ja mam być w pracy na 8:00 rano, a docieram 9:15. Półtorej godziny w plecy. A to już boli.

Wpadam do pracy jak torpeda. Włączam turbo dopalacz i lecę. Jeden apartament ogarnięty, lecę na drugi. Tryb robot włączony. Wszystko machinalnie. Sprzątam, układam, zbieram pranie, lecę na dół do pralni, wstawiam, wracam na górę, pilnuję czasu jak w szwajcarskim zegarku.

Góra–dół.

Dół–góra.

Bieganie jak na maratonie, bo czasu mi nikt nie odda, a ja jeszcze muszę zdążyć do szpitala.

I kiedy już prawie wszystko zaczyna się układać… tadam.

Straż pożarna zamyka budynek.

Stoję i naprawdę nie rozumiem. Jak to zamyka? Przecież ja mam pranie w pralce. Przeciskam się między strażakami i lecę do pralni, bo muszę wrzucić rzeczy do suszarki.

Ale strażak spokojnie zatrzymuje mnie przy drzwiach.

Nie możesz tu być. Za dużo dwutlenku węgla. Transformator na ulicy pierdyknął. Zamykamy pralnię.

Koniec dyskusji.

Moje pranie zostaje w pralce.

Mokre.

Latam jeszcze chwilę po budynku, próbując dowiedzieć się czegokolwiek. Może zaraz otworzą? Może na chwilę wpuszczą?

I wtedy słyszę wyrok dnia: pralnia zamknięta do jutra rana.

Dwie dodatkowe godziny pracy zmarnowane. Roboty nie mogę skończyć. Będę musiała wrócić następnego dnia i dokończyć to, czego nie zrobiłam dziś. Ot rzeczywistość.

I powiedzcie mi teraz jak tu się nie wkurzyć?

Bo serio… czy to był piątek trzynastego? Czy kumulacja trudnych sytuacji się zmówiła i postanowiła zrobić mi psikusa? Rano metro, potem pociąg, a na koniec transformator wybucha i zamyka cały dzień jednym kliknięciem.

Mam wrażenie, że w New York jak coś zaczyna się sypać, to już wszystko leci lawiną. Jakby życie patrzyło rano i mówiło: dorzućmy jej jeszcze trochę atrakcji.

I tak właśnie wygląda zwykły dzień w New York.

Plan masz. Grafik masz. Wszystko rozpisane co do minuty. A potem miasto mówi: sprawdzam.

Tu nigdy nie wiesz, czy do pracy spóźni cię metro, pociąg, korek czy transformator, który nagle postanowi zakończyć swoją karierę.

New York uczy jednej rzeczy elastyczności. Masz być elastyczna jak guma od majtek. Jak cię pociągną, masz się rozciągnąć. Jak cię ścisną, masz się skurczyć. Ot nowojorska codzienność.

Wieczorem jeszcze druga zmiana. Szpital. 

Już zmęczona, na autopilocie, podpierająca się rzęsami, bo energia skończyła się gdzieś między metrem, pralnią a strażą pożarną. Nogi chodzą same, głowa próbuje nadążyć, a ja funkcjonuję już bardziej siłą rozpędu niż energią.

Oddział żyje swoim rytmem. Dzwonki, korytarze, rozmowy półszeptem, światła, które nigdy do końca nie gasną. Nocna zmiana ma swój ciężar i swoją ciszę, której nie słychać w ciągu dnia.

I wtedy człowiek już nawet nie ma siły się złościć. Chce tylko dotrwać do końca zmiany i wrócić do domu.

Bo życie w New York płynie jak żółta nowojorska taksówka z wciśniętym klaksonem głośno, nerwowo i zawsze trochę za szybko.

A jak u was?

Też macie takie dni, kiedy wszystko psuje się naraz, jakby życie specjalnie chciało sprawdzić waszą cierpliwość? 

25 lutego

Szaroburo. Ponuro. I znowu sypie.

Jakby New York  zapomniał, że kalendarz powoli zmierza w stronę wiosny, a nie świąt Bożego Narodzenia. Śnieg postanowił nadrobić zaległości nie w grudniu, nie w styczniu, tylko teraz. Pod koniec lutego. Bo czemu nie.

Płatki lecą spokojnie, prawie romantycznie. Gdyby człowiek patrzył na nie tylko przez okno z kubkiem kawy, można by powiedzieć: ładnie. Ale wystarczy wyjść na ulicę i czar pryska szybciej niż poranny optymizm nowojorczyka.

Bo New York  zimy nie lubi.

New York zimy nie ogarnia.

Zaczyna padać śnieg i nagle wielka metropolia działa jak telefon na 1% baterii niby jeszcze żyje, ale już wiadomo, że zaraz się wyłączy.

Metro oczywiście postanawia współpracować… czyli nie współpracować. Rano śnieg, więc od razu wiadomo: będzie przygoda. Myślałam  standard, pewnie sygnalizacja. Ale nie. Dzisiaj level wyżej. Pożar przy Grand Central. Metro stoi. W obie strony. Idealnie.

Tłumy ludzi. Każdy biegnie. Każdy spóźniony. Każdy patrzy w telefon z nadzieją, że aplikacja nagle pokaże cudowny komunikat: service restored. Spoiler nie pokaże.

Godzina spóźnienia.

Plan dnia rozsypany jak ten śnieg na chodnikach.

I ta świadomość, że w New York problem z metrem to nie wyjątek. To tradycja. Codzienny rytuał miasta.

Bo tu zawsze coś.

Albo sygnały.

Albo ktoś pociągnie hamulec.

Albo ktoś zasłabnie.

Albo coś się pali na torach.

Albo po prostu… bo tak.

Rollercoaster bez pasów bezpieczeństwa, serwowany każdego poranka razem z kawą na wynos i porcją adrenaliny gratis.

I człowieku bądź tu spokojny. Oddychaj głęboko. Medytuj. Uśmiechaj się do życia  kiedy metro znowu stoi, a śnieg sypie jakby chciał przykryć wszystkie nerwy świata.

Trzymajcie mnie dzisiaj mocno, bo jeszcze chwila i naprawdę zacznę ten śnieg żreć  ze złości.

New York .

Miasto, które nigdy nie śpi…

ale czasem zdecydowanie nie dojeżdża.

New York znów oszalał

Nowy Jork znów oszalał miasto sparaliżowane przez potężną śnieżycę.

Nowy Jork ponownie znalazł się w centrum zimowego chaosu. Potężna burza śnieżna uderzyła w północno-wschodnie Stany Zjednoczone, przynosząc intensywne opady śniegu, silny wiatr i zagrożenie powodziami przybrzeżnymi. Władze miasta ostrzegają mieszkańców, że najbliższe godziny mogą być wyjątkowo trudne.

Zamknięte szkoły, część firm, możliwe przerwy w dostawie prądu, a do poniedziałku obowiązuje zakaz podróżowania. Meteorolodzy mówią nawet o 45–60 centymetrach śniegu. Miasto zwolniło, ucichło, jakby na chwilę zatrzymało swój codzienny pęd.

A my? Siedzimy sobie z mężem i patrzymy na świat przez nasze zaśnieżone, oblodzone okna. Czekamy na wiadomości czy jutro metro będzie jeździć, czy damy radę dostać się do pracy, czy życie wróci do swojego nowojorskiego rytmu.

Na razie jesteśmy tu, otuleni ciepłą kołdrą, próbując zasnąć i wpaść w ramiona Morfeusza. Nie jest to jednak takie proste. Wiatr gwiżdże, uderza w szyby i tańczy z płatkami śniegu. Na naszych oknach powstają prawdziwe zimowe pejzaże najpiękniejsze lodowe witraże, jakie widziałam tej zimy.

Nowy Jork za oknem szaleje, a w domu cisza, ciepło i ten moment zatrzymania.

Zobaczcie sami… czy to nie prawdziwe zimowe cudo?

A jak u Was ?

Droga Krzyżowa między salami

Piątek, 20 lutego

Dziś w kościołach rozpoczęły się Drogi Krzyżowe.

A ja nie mogłam w niej uczestniczyć tak jak zwykle.

Trochę mnie to zabolało.

Ale wiem jedno  to, że nie mogę być w kościele, nie znaczy, że nie mogę iść z Jezusem.

Bo modlitwa zaczyna się tam, gdzie jestem.

Dziś moja Droga Krzyżowa wydarzyła się na oddziale chemioterapii.

Kiedy maszyny na chwilę zamilkły.

Kiedy korytarz opustoszał.

Kiedy wszystko się wyciszyło.

Szłam od jednego pokoju do drugiego

i modliłam się.

Po swojemu. Sercem.

Bo każdego dnia widzę ludzi, którzy niosą swoje krzyże.

Prawdziwe. Ciężkie. Ciche.

I wtedy zaczęła się moja Droga Krzyżowa.

Stacja I – Jezus na śmierć skazany

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Patrzę na twarze pełne niepokoju.

Panie… czy Ty to widzisz?

Widzisz tych cierpiących, wołających do Ciebie ze swojej drogi krzyżowej?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja II – Jezus bierze krzyż

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Każdy niesie tutaj swój ciężar.

Panie… czy widzisz tych, którzy uczą się żyć z krzyżem, którego nie wybierali?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja III – Pierwszy upadek

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Zmęczenie zapisane w oczach.

Panie… czy widzisz tych, którym dziś zabrakło sił?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja IV – Jezus spotyka swoją Matkę

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Miłość obecna w ciszy.

Panie… czy widzisz serca bliskich, które cierpią razem?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja V – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Ciche pomaganie każdego dnia.

Panie… czy widzisz wszystkich Szymonów naszych czasów?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja VI – Weronika ociera twarz Jezusowi

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Małe gesty pełne miłości.

Panie… czy widzisz dobro, które dzieje się po cichu?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja VII – Drugi upadek

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Są chwile, kiedy nadzieja słabnie.

Panie… czy widzisz tych, którzy już nie mają siły?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja VIII – Jezus pociesza płaczących

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Łzy stają się modlitwą.

Panie… czy słyszysz każde ludzkie wołanie?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja IX – Trzeci upadek

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Granica ludzkiej siły.

Panie… czy widzisz tych, którzy już nie mają siły wstać?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja X – Jezus z szat obnażony

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Kruchość człowieka.

Panie… czy widzisz ich lęk i bezradność?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja XI – Jezus przybity do krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Oddanie wszystkiego.

Panie… czy widzisz tych, którzy powierzają Ci dziś swoje życie?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja XII – Jezus umiera na krzyżu

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Najgłębsza cisza.

Panie… czy słyszysz ostatnie szeptane modlitwy?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja XIII – Jezus zdjęty z krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Miłość pozostaje.

Panie… czy widzisz łzy tych, którzy żegnają swoich bliskich?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Stacja XIV – Jezus złożony do grobu

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż i Mękę swoją świat odkupić raczył.

Cisza, w której rodzi się nadzieja.

Panie… czy widzisz wiarę ukrytą w ciemności?

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.

I Tyś, która współcierpiała, Matko Bolesna, zmiłuj się nad nami.

Dziś moja Droga Krzyżowa była inna niż te, które przeżywałam w kościele.

Wygooglowałam nazwy stacji, a resztę dopowiadałam sama.

Miała szpitalny korytarz.

Ciszę.

Ludzi niosących swoje krzyże.

I wiem jedno — Jezus był tam.

Bo On jest właśnie tam, gdzie jesteś.

A Ty… gdzie dziś jesteś?

Chodź… podajmy sobie ręce.

Przytulmy się w miłości do naszego Ojca.

I idźmy razem przez ten czas Wielkiego Postu krok po kroku, dzień po dniu, z nadzieją silniejszą niż lęk.

Pójdziesz ze mną?

W radości.

W wierze.

W nadziei.

Halo, Tato… kawa już gotowa

Dziś kolejny dzień moich wielkopostnych rozmów z Bogiem.

Wstałam wcześniej niż reszta domu.

Cisza była taka dobra. Taka spokojna.

Jakby świat jeszcze nie zdążył ode mnie niczego chcieć.

Nalałam wody do ekspresu , żeby zaparzyć kawę   i powiedziałam półgłosem:

— Halo, Tato… jesteś tam?

Odpowiedziała mi cisza.

Ale to nie była pusta cisza.

To była cisza, która słucha.

Usiadłam przy stole. Ja z kubkiem kawy, Ty jak zawsze naprzeciwko.

Ja piję, Ty słuchasz.

Taki mamy układ.

Zanim zaczęłam opowiadać, zatrzymałam się na chwilę.

Dziękuję Ci za ten dzień.

Za deszcz za oknem.

Za to, że dziś nie muszę lecieć na łeb na szyję i robić lunchboxów do szkoły.

Za ostatni dzień ferii dzieci.

Za mój ekspres do kawy i tę wszechogarniającą ciszę.

Wiesz, Tato… we mnie jest dziś tyle wdzięczności, że aż chce  mi się tańczyć po kuchni.

Serio.

I jeszcze coś w tym tygodniu przesłuchałam już trzy audiobooki.

Widzisz, ile mam radości?

I dzień dłuższy… zauważyłeś?

Światło wraca powoli.

I tak zaczęła się nasza poranna pogawędka przy kawie.

Opowiadałam Ci wszystko.

O sprawach ważnych i zupełnie nieważnych.

O pracy. O planach. O zmęczeniu.

Nawet o papierze toaletowym, który zaginam elegancko w toalecie, bo przecież można gadać o wszystkim.

Bo z Tobą można.

Naprawdę można mówić o wszystkim i o niczym.

A kiedy skończyłam, powiedziałam:

— Chodź ze mną do pracy. Z Tobą zrobię szybciej. Mam Ci jeszcze tyle do powiedzenia.

I poszliśmy razem.

Ty cichy.

Ja gadatliwa.

A potem piknął telefon.

Słowo na dziś:

„Ja wiem, jakie wiążę z wami plany — mówi Pan. To plany o pokoju, a nie o niedoli. Chcę dać wam przyszłość i nadzieję.”

(Jr 29,11)

Uśmiechnęłam się.

Bo widzisz, Tato…

Ty naprawdę odpowiadasz.

Czasem przez ciszę.

Czasem przez zwykły poranek.

Czasem przez jedno zdanie, które trafia dokładnie tam, gdzie trzeba.

I pomyślałam, że właśnie tak chcę przeżyć ten Wielki Post.

Nie idealnie.

Nie religijnie perfekcyjnie.

Tylko razem.

Krok po kroku.

Kawa po kawie.

Rozmowa po rozmowie.

A u Was?

Jak dziś wyglądała relacja z Tatą?

Ja umiem też słuchać 🤍piszcie  

Wielki Post. 40 dni

No i jest. Wielki Post.

40 dni.

I co roku to samo pytanie jakie postanowienie?

Nie jeść mięsa?

Odstawić słodycze?

Usunąć Facebooka?

Nie pić kawy?

I wiecie co… siedziałam z tym wszystkim i nagle przyszła taka myśl: ale co to właściwie zmienia?

Okej, pokazuje mi, że mam nad czymś kontrolę.

Że mogę sobie czegoś odmówić.

Że wytrzymam.

Tylko… czy o to chodzi w Wielkim Poście?

I dziś rano, w ciszy takiej prawdziwej ciszy dotarło do mnie coś bardzo prostego.

Ja nie potrzebuję kolejnej listy zakazów.

Ja potrzebuję relacji.

Potrzebuję codziennie spotkać się z Bogiem.

Tak zwyczajnie.

Bez patosu.

Bez idealnych słów.

Po prostu usiąść i powiedzieć:

Boże, dziś boli.

Boże, dziś się cieszę.

Boże, nie ogarniam.

Boże, zobacz, co mi w duszy gra.

I… posłuchać.

Bo może On mówi cały czas, tylko ja jestem za głośna, za zajęta, za rozpędzona.

I wtedy przyszło to moje bingo.

Moje postanowienie wielkopostne to codzienna rozmowa z Nim.

Szczera.

Prawdziwa.

Moja.

Bez udawania.

Bez religijnego perfekcjonizmu.

Po prostu bycie razem.

To będzie mój święty czas.

Mój Wielki Post.

I powiem Wam… gęba mi się sama cieszy.

Serio. Czuję radość. Taką spokojną, głęboką.

Cieszę się, że to właśnie w sercu się urodziło.

A Ty?

Jak przeżywasz ten czas?

Bierzesz na bary jakieś postanowienie?

Czy prześlizgujesz się przez Wielki Post jak przez zwykłe dni?

Podziel się.

Pogadajmy. ❤️