Czasem mam wrażenie, że zapomnieliśmy, czym naprawdę jest wiara.
Że łatwiej nam zamknąć drzwi niż otworzyć serce.
Że szybciej mówimy, czego nie obchodzimy, niż komu okazujemy miłość.
Dziś, kiedy tyle emocji wzbudza Halloween, chciałabym podzielić się refleksją nie o święcie, ale o nas – o tym, kim naprawdę jest katolik.
Nie ten, który budzi się raz w roku, by potępić innych, ale ten, który żyje miłością każdego dnia.
Jestem katoliczką. Wierzącą, praktykującą. Kocham Boga i ludzi.
Ale nie wierzę w religię, która zamyka drzwi. Wierzę w wiarę, która otwiera serce.
Nie muszę się zgadzać ze wszystkim, co mnie otacza — ale mogę wybrać miłość zamiast sądu, dobro zamiast gniewu, błogosławieństwo zamiast złorzeczenia.
Dziś rano otworzyłam komputer, weszłam na Facebooka i jak co roku o tej porze zobaczyłam dziesiątki wpisów:
„Nie obchodzę Halloween, jestem katolikiem.”
„Zamykam drzwi, nie wpuszczam nikogo.”
„To nie moje święto.”
I wiecie co? Wcale nie zamierzałam wchodzić w dyskusje.
Ale przyszła do mnie jedna myśl – prosta, a zarazem głęboka:
kim właściwie jest katolik?
Czy katolik to ten, który przez cały rok śpi jak kot na piecu, a budzi się tylko wtedy, gdy trzeba coś potępić?
Czy katolik to ten, który bierze różaniec do ręki tylko po to, by nim wymachiwać jak mieczem, zamiast jak darem modlitwy?
Czy katolik to ten, który 31 października rygluje drzwi, by „bronić wiary”?
Nie jestem zwolenniczką Halloween.
Nie bawią mnie dekoracje rodem z horroru, cmentarze na podjazdach, krzyczące szkielety.
Ale mieszkam w Nowym Jorku, tu, gdzie świat spotyka się w tysiącu kultur i gdzie można zobaczyć nie tylko strach, ale też radość dzieci, śmiech, wspólnotę, ciepło.
Widzę domy ozdobione nie trupami, a pięknymi dyniami, kolbami kukurydzy, złotem jesieni.
I myślę sobie: czy naprawdę o to chodzi, żeby się zamknąć?
Bo jeśli naprawdę wierzę w Boga, to wiem jedno:
wiara nie polega na ucieczce, tylko na obecności.
Nie na potępieniu, lecz na miłości.
Nie na zamknięciu drzwi, lecz na otwarciu serca.
Bo miłość to nie słabość – to odwaga. A miłosierdzie to najpiękniejsza twarz Boga.
Zastanawiam się — czy Jezus, gdyby dziś był tu, z nami, zaryglowałby drzwi i powiedział:
„Dziś nie przyjmuję, dziś nie błogosławię, dziś nie uzdrawiam, bo to Halloween”?
Nie.
Jezus zawsze szedł pod prąd.
Szukał tego, kto zagubiony. Dotykał tego, kogo inni się bali.
Przyjmował tych, którzy przyszli nie z czystością, ale z potrzebą.
On łamał schematy, nie ludzi.
Więc ja, katoliczka, dziś nie zamykam drzwi.
Nie dlatego, że popieram to święto, ale dlatego, że nie chcę zabijać w dzieciach radości.
Nie chcę, żeby zapamiętały Kościół jako zimny mur z tabliczką „Nie wchodzić”.
Chcę, żeby zobaczyły w katoliku człowieka z sercem, który potrafi się uśmiechnąć, podać cukierek i powiedzieć: „Niech Cię Bóg błogosławi.”
Bo może właśnie wtedy, w tym jednym geście, Bóg zrobi coś wielkiego.
Może przez tę odrobinę ciepła zasieje ziarno wiary w sercu kogoś, kto dawno przestał wierzyć, że dobro jeszcze istnieje.
Może przez ten uśmiech pokaże, że Ewangelia to nie tylko słowa, ale życie.
Jezus potrafił z brzydoty uczynić piękno, z lęku – światło, z nienawiści – przebaczenie.
I my też możemy.
Nie musimy się bać świata – możemy go przemieniać miłością.
Dlatego dziś, zamiast się oburzać, otwieram drzwi.
Z uśmiechem, z cukierkami, z błogosławieństwem.
Bo dobro można czynić zawsze – nawet tam, gdzie inni widzą tylko powód do gniewu.
Niech moje ręce rozdają słodycz, a serce – pokój i nadzieję.
Niech każdy, kto zapuka dziś do drzwi, poczuje, że Bóg jest Miłością.
A jeśli ktoś mnie skrytykuje – trudno.
Ja wiem, w Kogo wierzę.
I wiem, że On uczył nas jednego:
„Nie bój się zła – przezwyciężaj je dobrem.” (Rz 12,21)
Niech dziś i każdego dnia nasze domy i serca będą otwarte.
Bo miłość nie potrzebuje argumentów – wystarczy, że jest.
Jezus powiedział:
„Wy jesteście światłem świata.”
Więc dziś chcę świecić.
Nie krzyczeć, nie osądzać, nie uciekać.
Świecić.
Bo światło nie boi się ciemności – ono po prostu ją rozprasza.
I dlatego jestem wdzięczna, że Bóg postawił mnie właśnie tu, w Nowym Jorku.
Bo tu nauczyłam się, że wiara żyje tylko wtedy, gdy staje się miłością.
Dziś, w ten jesienny wieczór, chcę być właśnie takim katolikiem –
nie wojownikiem gniewu, lecz człowiekiem błogosławieństwa.
Niech Bóg błogosławi wszystkim, którzy dziś zapukają –
i tym, którzy jeszcze nie wiedzą, że On czeka po drugiej stronie drzwi.
