Codziennie rano, idąc do metra, mam całe 15 minut. PIĘTNAŚCIE!

I ktoś powie: „Phi, co to za czas?”.

A ja mówię – to jest wieczność, moi drodzy. Prawdziwe bogactwo czasu!

Wiecie, ile można w tym czasie zrobić?

Justyna i Ania – moje koleżanki – one biegają.

To one potrafią w 15 minut przebiec pół miasta!

Tak, Justyna i Ania, można w 15 minut przebiec pół świata? Powiedzcie, dziewczyny – można?

Jak je widzę na Facebooku, kiedy dodają posta o bieganiu:

– „A ja dziś tylko szybka piątka z rana, żeby rozruszać nogi…”

To ja patrzę i myślę sobie: Serio? Ja bym po pierwszym kilometrze leżała na chodniku i błagała o defibrylator!

Ale wiecie co? Podziwiam je całym sercem.

Bo one mają w sobie siłę, dyscyplinę, zacięcie.

Ich poranne bieganie to nie tylko sport – to styl życia.

A ja? Ja też mam swój rytuał.

Tylko trochę inny.

Nie biegam jak Justyna i Ania, ale ja też biegnę – tyle że duchowo.

Biegnę przez swoje myśli, emocje, wdzięczność i strachy.

Rozmawiam z Bogiem – tak zwyczajnie, po ludzku.

Opowiadam Mu, co u mnie gra, co nie gra.

Za co jestem wdzięczna, gdzie zawaliłam, gdzie się śmieję, a gdzie płaczę.

Narzekam, marudzę, czasem nawet strzelam fochy (bo przecież jestem tylko człowiekiem).

Ale On… On się nie obraża.

On słucha.

I wie lepiej niż ja sama, co mi w duszy gra.

I teraz uwaga – historia jak z filmu.

Ogarniam dom, sprzątam, latam po kątach i nagle… spada mi różaniec.

Nie wiem skąd. Serio. Jakby niebo samo postanowiło rzucić mi prezent.

Podnoszę go i myślę: „Aha! Dostałam SMS z nieba!”.

Wrzucam do torebki – niech będzie.

Rano, jak zawsze, wychodzę z domu.

Patrzę na zegarek – mam swoje 15 minut do metra.

I nagle coś mnie tknęło:

A może spróbuję? Może zdążę odmówić choć cząstkę różańca?

Wyciągam go, przesuwam pierwsze paciorki i… coś się dzieje.

Nie tylko zdążam, ale modlitwa płynie jak potok.

Rozmawiam z Jezusem o wszystkim – o planie dnia, o moich sprawach, o tym, że wczoraj przypaliłam kotlety i że chyba powinnam bardziej się uśmiechać i ufać.

To nie jest modlitwa z książki.

To rozmowa przyjaciół.

Tak prawdziwa, że aż czuję, że On idzie obok mnie – w tych moich trampkach, po tych schodkach do metra.

Kto mnie zna, ten wie – ja się po prostu nie zamykam.

Jak już zaczynam gadać, to koniec.

Mój mąż biedny – czasem widzę, jak próbuje coś powiedzieć, otwiera usta, ale zaraz macha ręką i tylko pyta:

– „Skończyłaś już?”

A ja na to:

– „Jeszcze nie, ale poczekaj, zaraz skończę… może!” 😄

I wiesz co? Bóg ma do mnie dokładnie taką samą cierpliwość jak mój mąż.

Pozwala mi się wygadać.

Nie przerywa.

Nie ocenia.

Tylko słucha – jak najlepszy Przyjaciel.

Rano, gdy idę do metra, widzę ludzi, którzy pędzą, jakby świat się kończył.

Jedni biegną, inni sprintują, jeszcze inni patrzą w telefon.

A ja idę swoim tempem. Ani wolno, ani szybko – tak, jak mnie nogi niosą.

I właśnie wtedy czuję, że mam czas.

Że nic nie muszę.

Że te 15 minut to dar, a nie obowiązek.

Odkąd modlę się w drodze – spokój.

Pomysły same się rodzą, głowa jaśniejsza, serce lżejsze.

Nie spinam się, nie szarpię. Po prostu – żyję.

Mam power, mam radość, mam pokój w sercu.

I wiecie co? To działa.

Jakby Bóg odpalał rano we mnie silnik turbo miłości i sensu.

Więc jeśli też masz 15 minut – idziesz gdzieś, stoisz w kolejce, siedzisz w tramwaju –

spróbuj.

Zatrzymaj się w sobie. Porozmawiaj z Nim.

Nie musisz od razu biec maratonu modlitwy jak Justyna i Ania po chodniku 😉

Wystarczy Twój krok. Twoje „Zdrowaś”. Twoje „Boże, pomóż mi dziś”.

Bo On działa. Naprawdę.

I jak spadnie Ci różaniec „znikąd” – to już wiesz, że to nie przypadek.

❤️ PS.

Dziewczyny – Justyna, Ania – biegajcie dalej!

Bo wasza siła mnie inspiruje.

A ja będę biegać moim rytmem – po różańcu, po duszy, po wdzięczności.

Bo każda z nas ma swój bieg.

I każda – jak tylko da Bogu te 15 minut – może wystartować po nowe życie.

A teraz… pakuję różaniec, uśmiech i ruszam w dzień.

Bo wieczorem jadę na Manhattan na Mszę Świętą.

A nowy katalizator – cóż, kosztuje 3 tysiące dolarów, więc to kolejny punkt na mojej liście wydatków.

Ale wiecie co? Już się nie martwię.

Bo skoro Bóg potrafi zrzucić mi różaniec z nieba,

to i z tym katalizatorem na pewno coś wymyśli. 😇


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź