Piątek, piąteczek, piątunio.

Piąta rano. Każdy marzy o tym dniu jak o małym cudzie zbawienia, o upragnionym końcu tygodnia, o światełku nadziei w tunelu codzienności. Bo jakżeby inaczej? Na samą myśl o piąteczku buzia się śmieje, serce bije szybciej, a człowiek jakby lżejszy, choć jeszcze ledwo przytomny.

Świat śpi. A ja — jak co dzień — wstaję. Powoli, niespiesznie ,jakby ktoś wyciągał mnie z dna snu, który nie zdążył się jeszcze skończyć.

Za oknem szaro, nijako. Nawet słońce wygląda, jakby też miało dziś ochotę wziąć wolne.

Na autopilocie łykam swoje małe, kolorowe przyjaciółki — tabletki życia. Bez nich nie funkcjonuję.

Bez nich dzień nie ruszy. Ja też nie.

Kawa.

Rytuał.

Czarna, gęsta, parująca. Zaparzam ją w moim ulubionym, litrowym kubku — pojemnym jak nadzieja, że kofeina naprawi świat.

Nie będzie dziś żadnych refillów. Jedno porządne uderzenie życia w płynie.

Na stole czeka jajko po benedyktyńsku — moje małe zwycięstwo nad chaosem świata, który za chwilę znów rozleje się po kuchni. Kawałek awokado, dwa pomidorki, plaster sera. Voilà — śniadanko jak z marzenia, hehe.

Siadam na ikeowskim stołeczku, który skrzypi pod moim ciężarem, jakby chciał powiedzieć:

„No pięknie, znowu ty…”

Cisza.

Taka, że aż dzwoni w uszach.

Cisza, która pachnie spokojem — dopóki nie zamieni się w tło do dramatu.

Mąż krząta się po mieszkaniu. Poranny rytuał: portfel, klucze, kurtka, pocałunek w przelocie.

Ten pocałunek — jak podpis pod dniem, zanim odchodzi.

„Miłego dnia” — mówi.

Nie wie jeszcze, że ten dzień już ma własny plan. I wcale nie jest miły.

Znika.

A ja zostaję z ciszą, kawą i własnymi myślami.

Łyk.

Kawa gorąca, świat spokojny, cisza kojąca.

I wtedy…

klik.

Metaliczny dźwięk. Znajomy, ale nie o tej porze.

Ktoś przekręca klucz w zamku.

Nie wstaję. Po co?

Przecież wszyscy są w domu.

Mąż wyszedł ledwie dziesięć minut temu.

Czy to on zapomniał czegoś?

Czy może… ktoś inny?

Złodziej? Duch codzienności?

Los, który postanowił wejść bez pukania?

Drzwi się otwierają.

Wchodzi on.

Mój mąż — ale nie ten sam.

W oczach nie ma poranka, tylko noc.

W ruchach nie ma spokoju, tylko złość.

— Znowu ukradli! — wypluwa słowa jak gorzki dym.

— Co ukradli? — pytam, choć już wiem, że nie chcę wiedzieć.

— Katalizator!

Kawa staje mi w gardle.

Katalizator.

Słowo, które brzmi jak coś nieważnego — dopóki go nie zabraknie.

Mała metalowa puszka, bez której auto wyje jak ranny wilk do księżyca.

Mąż biega po mieszkaniu, szuka czegoś, czegokolwiek — może sensu, może spokoju.

A ja siedzę. I patrzę.

Jak z jego barków spływa zmęczenie. Jak opadają mu ręce.

Człowiek, który zawsze się stara, zawsze dba, zawsze walczy, a świat mu ciągle podkłada nogę.

Dwa razy ukradli nam samochód.

Dwa razy. Ze strzeżonego parkingu.

Ktoś powie: przypadek.

Ja powiem: dobrze, że nam — a nie komuś, kto naprawdę potrzebuje auta.

Bo może tamten ktoś ma chore dziecko, albo starszą matkę, którą trzeba zawieźć do szpitala.

Ale jednak… boli.

Bo ile razy można się uśmiechać, gdy ktoś nocą odkręca ci kawałek życia?

A przecież on nie kradnie. Nie kombinuje. Nie oszukuje.

Codziennie rano wstaje, pracuje, wraca zmęczony, myje ten cholerny samochód, jakby to był rytuał przetrwania.

A w nocy ktoś inny — niewidzialny, bez twarzy, za to z kluczem francuskim w ręku — przychodzi, klęka pod maską i odkręca mu spokój.

I po co?

Bo łatwiej.

Bo szybciej.

Bo świat dziś nagradza spryt, nie uczciwość.

Mąż stoi przy oknie.

Zaciśnięte pięści, oczy w szkle, oddech ciężki jak ołów.

— Mam dość. Ciągle coś! — mówi.

I wiem, że to nie tylko o katalizator.

A ja myślę — ilu takich ludzi stoi teraz w swoich kuchniach?

Trzymają zimny kubek, patrzą przez okno, zadając sobie w ciszy to samo pytanie:

Po co się starać?

Jak to jest, że ci, którzy kradną, śpią spokojnie,

a ci, których okradziono, mają bezsenność w gratisie?

Jak to jest, że uczciwość dziś brzmi jak naiwność?

Że słowo „porządny” ma w sobie nutę ironii, jakby ktoś je wypowiadał przez zęby?

Bo może my wszyscy jesteśmy już trochę jak ten katalizator —

zmęczeni, wypaleni, odkręceni po cichu w nocy przez świat,

który dawno przestał działać sprawiedliwie.

Kawa stygnie.

Cisza wraca.

Za oknem słońce wschodzi jakby z przymusu.

Piątek, piąteczek, piątunio.

A ja się zastanawiam…

ile jeszcze razy trzeba coś stracić, żeby przestać wierzyć, że to tylko pech?

Ile jeszcze katalizatorów życia muszą nam odkręcić,

żebyśmy w końcu zaczęli naprawiać to, co naprawdę zepsute —

nie w samochodach, ale w ludziach?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź