No i poszliśmy. Weszliśmy do kościoła, usiedliśmy w ławce. Wygodnie. Ten kościół… jego mury dają takie ukojenie i spokój, że chce się tam być — z tymi wszystkimi świętymi, w tej cichej obecności. A we mnie buzowała ekscytacja tak silna, że aż rozsadzało od środka. Czułam, że coś się wydarzy. Że Bóg będzie mówił od samego początku — do mnie.

Zespół Effatha zaczął grać. Ich głosy i dźwięki powoli wygładzały myśli, koiły serce. Pieśń za pieśnią. Cisza między dźwiękami była jak dotyk Boga — subtelny, a jednocześnie przenikający do samego środka.

I wtedy wyszedł ojciec Rafał.

Nie musiał nic robić. Wystarczyło, że stanął. Powietrze się zmieniło. I w tej samej chwili — zaczęło się.

Wiatr. Wiatr w środku świątyni wiał, jak chciał! Czujecie to? Zamknięta świątynia, a wiatr dotyka cię po policzku, smaga gołe łydki, przechadza się między ławkami. Wiał, jak mu się podobało — jakby sam Duch poruszał się między nami.

Pierwsze słowa spadły jak piorun. Nie zdążyłam złapać oddechu, a on już walił prosto w serce: „Po co tu przyszliście?”

To pytanie przecięło powietrze jak ostrze. Po co? I nagle uświadomiłam sobie, jak często sama biegam — tu, tam — z modlitwy o uzdrowienie na kolejną, czekając, aż Bóg zrobi coś spektakularnego. A przecież On działa zawsze — w ciszy, w Eucharystii, w każdym spotkaniu z Nim.

Ojciec Rafał mówił o celniku i faryzeuszu. O tym, jak łatwo nam oceniać. Jak często przychodzimy do świątyni z sercem pełnym porównań, a nie wdzięczności.

„Czy my nie oceniliśmy już połowy ludzi, którzy tu przyszli? Bo ktoś ma fryzurę nie tak, makijaż się rozmazał, buty nie pasują?”

I wtedy trafił mnie prosto między oczy. Bo tak, to o mnie. Siedzę w ostatniej ławce, patrzę, obserwuję. Fryzura, kolor włosów, pasemka, świeże cięcie. Zawodowe zboczenie — wiem, kto kiedy był u fryzjera. I oceniam. A przecież potem siadam do modlitwy i mówię: „Dzięki Ci, Panie, że nie jestem jak ten człowiek.”

A on uderzył słowem: „Nie jesteś jak ten faryzeusz? A skąd wiesz, że ty właśnie nim nie jesteś?”

I poczułam, jakby ktoś zdjął ze mnie maskę. Zostałam naga — w prawdzie. I to było dobre. Bolesne, ale uwalniające.

Ojciec Rafał nie zatrzymywał się. To nie było kazanie. To była Boża ofensywa miłości — słowa, które rozsadzały mury naszych serc. Każde zdanie było jak ładunek, który trafiał prosto w to, co ukryte.

„Jezusowi nie przeszkadza, z kim współpracujesz. On patrzy, jak to robisz. Czy robisz to z miłością? Czy Jezus ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie? Czy jest dla ciebie kimś wyjątkowym, tak jak twój współmałżonek, gdy wszystko było jeszcze nowe?”

I wtedy coś we mnie pękło. Jakby Bóg wziął skalpel i dotknął dokładnie tam, gdzie bolało. Bo ojciec Rafał mówił, że większość z nas chce być kimś innym, byle nie sobą. A kto będzie tobą, jeśli ty chcesz być kimś innym? A Bóg kocha cię takim, jakim jesteś.

A ja? Ja często chciałam być kimś innym. Młodszą, ładniejszą, bardziej „ogarniętą”. Nawet z Agą przed Mszą św. rozmawiałam: „Aga, powinnam zrobić botoks, bo zobacz — jaka buzia pomarszczona, już tak źle wyglądam…”

A on powiedział: „Bóg kocha cię taką, jaka jesteś teraz. Z każdą zmarszczką, z każdym niedoskonałym miejscem. Bo to ślad Jego stworzenia.”

I wtedy się rozpłakałam. Nie z żalu. Z wdzięczności. Bo usłyszałam to, czego moje serce potrzebowało najbardziej.

Potem opowiadał o swojej mamie — 89 lat, Ślązaczka. Całe życie myła okna, sprzątała, dbała. A teraz już nie może. I to też nazwał Bożym planem. Bo starość, słabość, drżenie rąk — to wszystko część stworzenia, część historii, którą Bóg pisze w ciele.

I wtedy przyszedł moment ciszy. Ten, w którym serce drży, bo czuje, że za chwilę Bóg znów coś powie. I powiedział — przez historię dziewczyny.

18 lat. Nowotwór mózgu. Leżała w szpitalu, a wokół niej świat się zatrzymał. Lekarze, pielęgniarki, pacjenci — przychodzili do niej po pokój. Na jej Mszy pogrzebowej było ponad tysiąc osób. A w Ugandzie szkoła nosi jej imię. Bo nawet leżąc — czyniła dobro.

I wtedy ojciec Rafał powiedział słowa, które przeszły przez nas jak fala:

„Bóg nie daje choroby. Czasem ją dopuszcza, bo w tej chorobie chce pokazać, jak bardzo cię kocha. On dalej działa, nawet w cierpieniu.”

I dodał: „Nie poddawaj się! Bo obok ciebie jest ktoś, kto w tobie pokłada nadzieję. Jeśli się poddasz — jaką dasz mu nadzieję?”

„Tonący chwyta się brzytwy, a ty masz Jezusa, który po wodzie chodzi!”

I wtedy z całą mocą: „Powiedz swojemu wrogowi: W Imię Jezusa, ucisz się! Bo w tym Imieniu zegnie się każde kolano.”

To nie była teoria. To była moc, która pachniała życiem. Czułam, że szyby w kościele drżą. Czułam, że Bóg naprawdę jest — tu i teraz.

A potem przyszło świadectwo, które zgięło mnie w pół. Pielęgniarka z problemem serca. Ojciec Rafał powiedział, że Bóg pokazuje mu osobę, która ma chore serce, i że ma się za nią modlić. Modlił się. A po czasie kobieta przyszła i powiedziała, że to o niej — ale że to nie jej serce było chore, tylko serce dziecka, które nosiła pod sercem. Lekarze nie dawali temu maleństwu żadnych szans.

Po czasie wróciła — z historią, która nie mieści się w głowie. Diagnoza się potwierdziła. Serce, które było chore, nie było jej sercem. To było serce dziecka. Dziecka, któremu nie dawano szans. A jednak — Bóg uzdrowił. Narodziło się. I przyszła, żeby o tym zaświadczyć.

Wtedy już nie dałam rady. Łzy popłynęły jak rzeka. Nie mogłam patrzeć. Bo tylko matka rozumie, jak to jest — bać się o życie dziecka i widzieć, jak Bóg czyni cud.

Ojciec Rafał powiedział coś, co wryło się w duszę: „Nie bądź cykorem! Sprawdź, jak Pan Bóg cię uzdrowił! Powiedz Mu konkretnie o tym, z czym się zmagasz. Bóg chce mieć nas zdrowych i szczęśliwych. On nie musi uzdrawiać od razu. On wie, kiedy. Ale potrzebuje twojego ‘tak’. Potrzebuje twojego przebaczenia.”

I wtedy przeszedł do tego, co najgłębsze — do Bożej obfitości. Mówił: „Bóg chce nam dawać życie w obfitości, ale obfitość Boża nie dotyczy materializmu. Ona dotyczy relacji — Jego z nami. Obfitość to dar obecności Boga w sercu człowieka. Bo kiedy On przychodzi, niczego nam nie brakuje.”

I wtedy zacytował słowa z Psalmu 23: „Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie braknie.”

Wyjaśnił: „Z Panem Bogiem niczego nie braknie. Bo Boża obfitość to nie domy, pieniądze, rzeczy. To Jego bliskość. To pokój, którego świat dać nie może. To serce przemienione przez miłość. Bóg nie zabiera — Bóg daje. Daje w obfitości, kiedy człowiek się otwiera. Kiedy się dzielisz wiarą, uśmiechem, nadzieją — nie ubywa ci, wręcz przeciwnie, przybywa.”

I dodał: „Zaufanie to zgoda na to, że nie będę miał nad wszystkim kontroli. Ale to właśnie wtedy Bóg działa najpiękniej.”

A potem przyszedł finał — pełen mocy, prawdy i ognia:

„Bóg daje w obfitości. Nie tylko trochę. Na maksa. Ty prosisz o pięć dolarów, a On daje pięćset! Kiedy otworzysz ręce — wypełni je po brzegi. Nie bój się mówić Bogu prawdy. Powiedz Mu, jak jest. Wygarnij, tak jak mężowi czy żonie. On to przyjmie.”

I w tym momencie w kościele czuć było tylko jedno: Obecność. Gęstą, namacalną, prawdziwą. Jakby Bóg przyszedł, usiadł obok, położył dłoń na ramieniu i powiedział: „Jestem. Kocham. Idź z tym dalej.”

Nasz zespół Effatha grał z taką mocą i delikatnością, że ukajał każdy ból. Nawet w tej muzyce, w słowach pieśni, był Jezus, który działał i dotykał. Boże, ile się działo…

Po Mszy rozmawiałam z ojcem Rafałem. Pobłogosławił mnie. Powiedział, co mam robić. I w tym błogosławieństwie było coś, co zostaje w sercu na zawsze.

W nocy nie mogłam spać. W głowie przewijały się każde zdania, każdy gest, każda chwila. Dziękowałam. Za to, że Bóg mnie przytulił. Że wylał na mnie swojego Ducha. Że dał mi power, ale nie taki ludzki — tylko święty.

Dziś jestem pełna wdzięczności. Nie jestem kaznodzieją ani mówcą — jestem po prostu kobietą, która doświadczyła Boga. Wiem, że On żyje. Że działa. Że przychodzi, kiedy tylko Go zaprosisz.

Więc mówię Ci dziś — z serca do serca: bierz to. Nie analizuj. Nie odkładaj. Bo On chce Ciebie. Takiego, jaka jesteś. I przez Ciebie chce uzdrawiać świat.

Duchu Święty, przyjdź. Rozpal nasze serca. W Imię Jezusa — niech dzieje się obfitość.

Kochani, bierzcie i dzielcie się z każdym. Nawet przytulenie, uśmiech, każdy dobry gest jest od Boga! A gdy przyjdzie pokusa, by patrzeć na brak — przypomnij sobie Psalm 23: „Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie braknie.” Bo Boża obfitość to Jego obecność i serce przemienione miłością.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź