Syn mój wrócił ze szkoły i z miną człowieka, który właśnie odkrył poważne zaniedbania w funkcjonowaniu naszego gospodarstwa domowego, zadał mi pytanie.

Mamo, a dlaczego u nas w domu nie ma obiadu na stole, jak wracam ze szkoły? No dlaczego?

LUDZIE KOCHANI!!!

Stanęłam jak wryta.

Ręce mi opadły. Szczęka również. A mózg na kilka sekund odmówił współpracy.

ZANIK MOWY!!!

Chłopie!!! Synu mój najdroższy!!! Matka twa od rana lata po Manhattanie, pracuje, gania z odkurzaczem, mopem i ścierą, a ty mi tu z pretensją, że obiad nie stoi na stole?!

A KIEDY JA MAM GO UGOTOWAĆ?!

W metrze?! Między Manhattanem a Queens?! Mam wyciągnąć garnek, obrać ziemniaki i postawić rosół na siedzeniu obok?! Może jeszcze schabowe zacznę rozbijać, żeby nie marnować czasu?!

Bo musicie wiedzieć, że moje powroty z pracy to nie są żadne spokojne spacery. To sport ekstremalny. 

Wysiadam z pociągu. Chociaż słowo wysiadam jest tutaj zdecydowanym nadużyciem.

JA WYSKAKUJĘ!!!

I lecę!

Pędzę przez ulice Queens z prędkością światła, bo młodego trzeba odebrać ze szkoły. Język mam na brodzie, płuca gdzieś za mną, nogi same biegną, a ja tylko patrzę na zegarek.

Zdążę? Nie zdążę?!

W telefonie mam już przygotowany numer szkoły, żeby w razie katastrofy zadzwonić i poinformować, że matka delikwenta jest w drodze, ale chwilowo walczy o życie na chodnikach New Yorku. Proszę syna przetrzymać w office!

Ale jakimś cudem, dzięki Bogu, zazwyczaj wpadam na szkolny plac dokładnie wtedy, kiedy mój syn wychodzi.

Syn mój wychodzi ZMĘCZONY!

Zmarnowany!

Przecież on przez cały dzień musiał MYŚLEĆ! Pisać! Czytać! Liczyć! Słuchać pani! Robić wszystko, co pani kazała!

Wyobrażacie sobie ten wysiłek?!

Sześć i pół roku na karku, a już takie obowiązki!

I broń Boże nie mówcie, że ma siedem lat! SZEŚĆ I PÓŁ! Tymon bardzo pilnuje tej matematyki i nie pozwala sobie dodawać ani jednego miesiąca!

Wychodzi więc mój mały człowiek z plecakiem, zmęczony trudami edukacji, a ja wpadam na szkolny plac, wyglądając, jakbym właśnie ukończyła maraton nowojorski.

I ten mój wykończony życiem sześciolatek z połówką ma jeszcze siłę zapytać, dlaczego obiad nie czeka na stole!

NO JA PIERDZIU!!!

Wracamy do domu i zaczyna się druga zmiana.

Bo musicie wiedzieć, że u nas reszta towarzystwa schodzi się do domu dopiero po ósmej wieczorem.

Do tego czasu jesteśmy we dwoje.

JA I MŁODY.

Żyjemy sobie w takiej pięknej symbiozie.

Matka lata, sprząta, gotuje, pierze, ogarnia, przypomina, pilnuje, organizuje i stara się nie zwariować.

A synuś?

Synuś ma potrzeby.

I to nie byle jakie!

Bo on nie chce jakichś tam mrożonek wyciągniętych z zamrażalnika!

O NIE, PROSZĘ PAŃSTWA!

On chce OBIAD!

Ciepły! Ugotowany! Najlepiej taki, który już stoi na stole, kiedy jaśnie pan przekracza próg mieszkania.

Jeszcze tylko białego obrusa brakuje, serwetki złożonej w łabędzia i kelnera, który zapyta, czy szanowny pan życzy sobie wodę gazowaną czy niegazowaną.

A może jeszcze kartę dań mam przygotować?!

Bo przecież młody klient ma swoje standardy gastronomiczne!

I niech mi ktoś powie, kiedy ja mam to wszystko zrobić?!

Potem trening, lekcje, kąpiel, książka. Jeszcze wspólna modlitwa po polsku, która mojemu synowi wychodzi coraz piękniej. I z tego akurat jestem ogromnie dumna.

Potem matka czyta książkę na dobranoc.

Czyta, czyta…

I nagle koniec filmu.

Nie wiem, kto pierwszy zasnął. Ja czy dziecko. Podejrzewam, że ja, bo młody czasem jeszcze ma coś do powiedzenia, a matka już dawno jest w objęciach Morfeusza.

A wiecie, o czym JA marzę po całym dniu tego ganiania?

Żeby ktoś wreszcie MNIE nakarmił!

Żebym weszła do domu, a tam czekał na mnie gorący obiad. Żebym mogła usiąść, wyciągnąć nogi, wypić kieliszek prosecco, a potem żeby ktoś zrobił mi porządny masaż pleców i pozwolił odpłynąć w siną dal.

Bez pytań.

Bez mamo, gdzie jest…?

Tylko ja, prosecco, masaż i święty spokój.

Bozszzz, ale się rozmarzyłam!!!

Tyle że rzeczywistość wygląda nieco inaczej.

Otwieram drzwi mieszkania, a tam zamiast masażysty czeka na mnie pranie, zamiast prosecco garnek, a zamiast relaksacyjnej muzyki słyszę:

MAMOOO  I’m so hungry!!!!

I już wiem, że moje spa właśnie zostało odwołane z przyczyn niezależnych od organizatora.

I teraz siedzę i analizuję.

Może on ma rację?

Może ja jestem po prostu źle zorganizowana?

Może powinnam wstawać o drugiej nad ranem, ugotować obiad, posprzątać, zrobić pranie, przygotować kolację, a potem z uśmiechem na ustach udać się do pracy?

A najlepiej jeszcze przed wyjściem upiec szarlotkę, żeby dziecko po szkole miało deser.

BO PRZECIEŻ MATKA POWINNA WSZYSTKO OGARNIAĆ!!!

Matka na pełnym etacie!

Chociaż właściwie na ilu tych etatach ja pracuję?!

Bo jeden mam na Manhattanie, drugi w domu, trzeci w kuchni, czwarty przy lekcjach, piąty jako organizator czasu, osobisty asystent i całodobowa infolinia sześciolatka z połówką.

A wynagrodzenie?

Uściski, buziaki i reklamacje dotyczące godzin wydawania posiłków!

No więc dzisiaj postanowiłam udowodnić synowi memu, że matka jednak nie jest przypadkiem beznadziejnym.

Zrobiłam zapiekankę!

Z cukinią, bakłażanem, szpinakiem, mięsem mielonym i ricottą. Do tego mozzarella i parmezan.

Pachniało w całym domu!

Obiad zrobiony!

TADAM!!!

Poczułam się niemal jak perfekcyjna pani domu. Jeszcze tylko fartuszek w kwiatki, piękna fryzura i mogłabym wystąpić w reklamie szczęśliwej rodziny.

Ale jest sukces!

Syn nakarmiony. Matka wykazała się kulinarnie. Rodzina uratowana przed głodem.

No i proszę! Matka jednak stanęła na wysokości zadania. Zapiekanka zrobiona, dziecko nakarmione, reputacja rodzicielki chwilowo uratowana.

Zdjęcie załączam jako DOWÓD RZECZOWY, gdyby ktoś chciał zarzucić mi zaniedbania w żywieniu małoletniego!

A teraz?

Teraz matka siedzi sobie w parku, łapie oddech i notuje relację z dnia, żeby przypadkiem nie zapomnieć, co ją dzisiaj spotkało.

Ot, RELAKS!

Inni siedzą na ławkach, podziwiają drzewa, słuchają ptaków, a ja dokumentuję skargi i zażalenia własnego dziecka.

Bo przecież takie historie trzeba zapisywać na bieżąco! Jeszcze kilka lat i młody mi powie, że nic takiego nigdy nie miało miejsca!

I wiecie, co jest najgorsze?

Że jutro znowu będzie obiad!!!

A przynajmniej powinien być.

Tylko CO JA MAM JUTRO UGOTOWAĆ?!

Bo pomysłów brak, sił coraz mniej, a wymagania młodego obywatela rosną.

Chyba muszę mu wyjaśnić, że w naszym domu obowiązuje pewna zasada.

Jak matka wraca z pracy, to obiad nie wyskakuje z garnka na powitanie.

Najpierw musi wrócić kucharka.

A kucharka, synu mój, też jest człowiekiem!

I też chciałaby czasem wrócić do domu, rzucić torbę w kąt, usiąść przy nakrytym stole i usłyszeć:

Mamusiu, obiad gotowy! Może jeszcze kieliszek prosecco? A po obiedzie masaż?

No dobra, poniosło mnie.

Takie rzeczy to chyba tylko w filmach science fiction.

A Wy jak to ogarniacie? Bo może ja naprawdę robię coś nie tak?

Może macie jakiś tajny system, dzięki któremu obiad sam się gotuje, pranie samo składa, a dzieci po szkole nie zgłaszają pretensji do obsługi?

I błagam, podrzućcie jakiś pomysł na jutrzejszy obiad, zanim mój sześciolatek zgłosi oficjalną reklamację na usługi gastronomiczne świadczone przez własną matkę!

Zapiekanka matki

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz