Niedziela.

Byłam zaproszona na uroczystą Mszę Świętą z okazji 40-lecia Paulinów na Manhattanie, a potem na wspólny obiad. Oczywiście, że poszłam. A jakżeby mogło być inaczej?

Od rana szykowałam się spokojnie. Kawa, makijaż, włosy. Otwieram szafę, a tam jak zwykle wszechogarniająca czerń. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, ale większość moich ubrań jest czarna. Kilka białych rzeczy, jedna granatowa bluzka, jakaś fuksja, jedna sukienka w kwiaty kupiona specjalnie na graduation mojego syna w Pre-K i jeszcze czerwone spodnie za 9,99 dolarów z H&M, kupione kiedyś na Zesłanie Ducha Świętego.

Kolory niby mam, ale jak przychodzi się ubrać, to nagle nie mam nic.

No i zaczyna się odwieczny dylemat.

To za ciemne. To za smutne. To nie pasuje. Tamto nie pasuje. Normalnie bezguście jestem. Nigdzie nie chodzę na bale ani wielkie przyjęcia, więc eleganckich rzeczy na co dzień nie potrzebuję. Ale jak już potrzeba, to oczywiście nic odpowiedniego nie ma.

Wyciągnęłam więc sukienkę w kwiaty. Patrzę  trochę beżu, trochę koloru, będzie dobrze. Ubieram się, dopinam wszystko. Coś mnie uwiera, coś mnie ciśnie, ale machnęłam ręką. Obejrzałam się raz i drugi w lustrze i wyszłam.

Wsiadam do windy. Na kolejnym piętrze dosiada się sąsiad. Patrzy na mnie. Zerka. Znowu patrzy.

Myślę sobie: no pięknie, pewnie jestem gdzieś brudna albo makijaż mi się rozmazał.

A on po chwili mówi:

– Wiesz, wydaje mi się, że masz sukienkę na lewą stronę.

No jak na lewą stronę?!

Patrzę raz. Patrzę drugi raz.

I nagle mnie oświeciło.

Matko jedyna…

Dlatego mnie tak uwierało!

Sukienkę założyłam na lewą stronę.

Dobrze, że nie dojechałam tak do kościoła.

Wracam więc na osiemnaste piętro, otwieram drzwi, przewracam sukienkę na właściwą stronę, jeszcze dwa razy sprawdzam w lustrze i lecę, bo już późno.

Do kościoła wpadłam punktualnie o dwunastej.

A tam gorąco jak nie wiem. Klimatyzacja wyłączona. Usiadłam z tyłu. Ja niestety źle znoszę tłok i duchotę. Jak jest za gorąco, zaczynam mieć palpitacje serca i ciężko mi oddychać.

Msza była naprawdę piękna i bardzo uroczysta. Czterdzieści lat Paulinów na Manhattanie to kawał historii.

Ale przyznam szczerze, że zrobiło mi się trochę przykro.

Słuchałam kolejnych przemówień, podziękowań i wspomnień. Wymieniano różne grupy i wspólnoty, a o naszej Wspólnocie Lew Judy ani słowa.

A przecież jesteśmy tam od dwudziestu pięciu lat.

To nie jest miesiąc ani rok. To ćwierć wieku modlitwy, służby, obecności i zaangażowania.

Może ktoś powie:

„Jolka, daj spokój, odpuść”.

Ale ja taka jestem.

Lubię detale. Lubię, kiedy zauważa się ludzi. Lubię, kiedy docenia się tych, którzy po prostu są i od lat robią swoje.

Nie chodzi o zaszczyty. Chodzi o pamięć.

Na szczęście podczas obiadu Majka wspomniała o nas podczas wspólnego śpiewu i uwielbienia. Przedstawiła naszą wspólnotę i od razu zrobiło mi się lżej na sercu.

Bo prawda jest taka, że kocham tych ludzi.

Kocham naszą wspólnotę.

Lubię nasze spotkania, rozmowy, śmiech i zwyczajne bycie razem. To, że nie musimy niczego udawać. Że jesteśmy normalni, prości, prawdziwi. Że możemy razem modlić się, śpiewać, ale też zwyczajnie usiąść przy stole i pobyć ze sobą.

Patrzyłam tego dnia na tych wszystkich ludzi i pomyślałam sobie, jakie mam szczęście, że jestem częścią tej wspólnoty.

Ale wiecie co?

Jak tak teraz o tym myślę, to był naprawdę dobry dzień.

No i w tej sukience też nie wyglądałam najgorzej, chociaż prawdę mówiąc chyba bardziej nadaje się na spacer do parku niż na taki uroczysty bankiet. Trochę za skromna była na tę okazję.

Cóż…

Sama sobie wysoko stawiam poprzeczkę. Taka już jestem.

A Wy lubicie takie imprezy towarzyskie? Gale, bankiety, uroczyste obiady i oficjalne spotkania? A może najlepiej czujecie się przy grillu, kawie albo w gronie najbliższych?

Podzielcie się proszę, bo jestem bardzo ciekawa, jak to jest u Was. 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź