Siedzę dziś nad słowami Nosowskiej i przegryzam je powoli. Przegryzam każde zdanie jak twardy chleb.

Bo to nie jest tekst, który się czyta i odkłada. On zostawia ślad.

To jej wyznanie jest mocne. Jak zwykle zresztą. W piosenkach też wali po bębnach i dlatego ją lubię. Ale ten tekst… to już w ogóle.

Dużo w nim o złości. O tym poczuciu, że jest się nie dość. Że nie ma się prawa, że się nie zasługuje. I ja to znam. Bardzo dobrze.

Tylko że ja już siebie trochę ogarnęłam.

Zaakceptowałam taką, jaka jestem.

Da się ze mną żyć. Naprawdę. Nie jest tak źle, jak kiedyś widziałam.

Pomogli mi ludzie. Zwykli ludzie. Rozmowy, obecność, czasem jedno zdanie w dobrym momencie. Nie żadna wielka terapia, tylko życie i ludzie. Ludzie ze wspólnoty i Bóg, bo bez Niego to bym chyba żyła w ciągłym poczuciu bycia tą gorszą. A tak, dzięki Niemu idę. Codziennie. Lepiej, gorzej  ale idę. Bo z Nim.

Chociaż w oczach mojej matki i tak nigdy nie będę dość.

Zawsze jestem winna.

Teraz młody ma zapalenie uszu. I co? I oczywiście ktoś musi być winny. A jak jest sytuacja, to musi być winny. I jak zwykle wychodzi, że to ja. Bo przecież nie może być tak, że coś się po prostu wydarzyło. Zawsze trzeba kogoś obwinić.

Pogodziłam się z tym.

W ich oczach zawsze będę tą złą. Trudno.

Ale jedno zdanie z tekstu Nosowskiej mnie zatrzymało:

„nie mam szans”.

I tu mnie naprawdę trafiło.

Bo ja to zdanie czuję. W wielu sytuacjach naprawdę nie mam szans. I ciężko mi się z tym pogodzić. Płaczę. Łzy lecą mi jak groch. Bo chciałam pracować w szpitalu. Wiem pracuję. Ale nie robię tego, co było moim marzeniem. Bycie położną. I wiecie co? Byłabym pewnie za kilka lat oddziałową. A co. Mam charyzmę, siłę i taki power, że faceci mówią, że brygadą chłopa mogłabym zarządzać. Bozszz… jak ja sobie o tym pomyślę, aż mnie ściska za serducho. Taki żal. Taka niemoc. Straciłam to. I nie mam szans. Nie mam.

Jolka, pogódź się wreszcie z tym, że nie masz szans na zmianę. Nie masz. No i tyle.

Ale nie mogę. Bo ja taka baba jak chłop jestem. Ech.

Patrzę czasem na te wszystkie lalki Barbie. Chodzą jak damy, myślą tylko o zakupach i kolejnym serwisie kosmetycznym. Pogadaj z taką o książce albo jakimś wydarzeniu nie ma pojęcia, o czym mówisz. Ale siedzi u męża w kieszeni i to jej wystarczy. Po co więcej.

A ja zawsze chciałam więcej.

Miałam marzenia, plany, jakieś wyobrażenie życia.

I najtrudniejsze jest to poczucie, że mój czas minął. Że jest za późno. Że nie zdążyłam. Z tym naprawdę ciężko mi się pogodzić. Czasem czuję się jak ryba bez wody.

Bo prawda jest taka, że nie mamy równych szans.

I to boli.

Dlatego dziś siedzę nad słowami Nosowskiej i próbuję to wszystko jakoś poukładać w głowie. Bez wielkich słów. Po prostu po swojemu.

Boże, przyjdź. Dotknij tego kawałka mojego serca i uzdrów je tak, żeby nie bolało. Żebym mogła się z tym wreszcie pogodzić. No kurka wodna… uzdrowisz mi tę część, Boże?

A jak jest u was?

Też nosicie w sobie zdanie „nie mam szans”?

Czy udało wam się je kiedyś zagłuszyć?

Cały tekst Katarzyny Nosowskiej :

„Żyłam zanurzona w złości po szyję.

Przez wiele lat. Zazdrościłam wszystkim, którzy mieli odwagę cieszyć się, żyć. Wkurwiało mnie wiele osób, ale też sytuacji, zjawisk – z pogodą włącznie.

Aż przyszedł moment, ten trudny, lecz szczególny moment, gdy dostrzegłam cały zestaw jątrzących się ran.

Jestem nie dość dobra.

Nie zasługuję na miłość, na przyjaźń.

Nie mam prawa.

Nie mam szans.

Jestem głupia, słaba, tchórzliwa.

Siedziałam bez ruchu w gównie, trzymając głowę jedynie nad powierzchnią, i krzyczałam do świata, by nie robił fal.

Do latryny wrzucono mnie w dzieciństwie.

Tam dowiedziałam się tych wszystkich okropnych rzeczy na swój temat, to tam wytresowano mnie do posłuszeństwa, które uniemożliwia wzięcie odpowiedzialności za to, w jakich okolicznościach się znajduję.

Tam odebrano mi wszelką sprawczość.

To wtedy odpuściłam światu. Wylazłam z gówna, opłukałam ciało, by zobaczyć wyraźnie każdą z ran, i od dłuższego czasu robię wszystko, by się wygoiły. Jest dobrze, oddycham, żyję, cieszę się, lubię ludzi. Wszystkim, którzy brzmią jak znani mi dorośli i każą usiąść na karnego jeża za to, że żyję, jak chcę, mówię serdecznie: „bez jaj”.

W bogactwie i biedzie, w zdrowiu i chorobie ślubuję sobie miłość, wierność i uczciwość własną.

Dołączajcie.”

Katarzyna Nosowska


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź