Obudziłam się o 7 rano i nie wyskoczyłam szybko z łóżka tylko otworzyłam szeroko oczy i zastanowiłam się co ja dziś będę robić? No bo dziś rano nie miałam pracy. Starsze małżeństwo, u których pracuję, wyjechało na wakacje. No więc leżę. Dotykam młodego ręką, sprawdzam czy głowa nie jest gorąca, czy nie potrzeba podać leku od gorączki, ale nie czoło zimne. Spoglądam w swoje piękne duże okna, brak słońca, pochmurno. Bożesz, co ja będę robić cały dzień? Wylegiwać się w łóżku? Sama myśl o takim spędzeniu czasu działa na mnie jak płachta na byka.
Młody się budzi, wstaje, a razem z nim ja.Zaścielam łóżko i ubieram się. Robię kawę, jemu podaję jogurt z porcją kultur bakterii, bo o 8 rano muszę podać mu antybiotyk. Karmię go, żeby wiedzieć, że wszystko zjedzone, a wraz z pokarmem kultury bakterii to jego pierwszy antybiotyk. Nie chcę, żeby dostał biegunki ani żeby żołądek go bolał. Rozmawiam z młodym o jego samopoczuciu, o tym, co wczoraj pan doktor mówił nam podczas wizyty. Młody zadowolony i zapewnia, że wypije lekarstwo, bo nie chce być chory.
Ja smętnie ogarniam chałupę, ale tu nie ma co robić, bo wszystko jest posprzątane. Ogarniam siebie, wklepuję kremy, co by nie mieć więcej zmarszczek, a które mnie tak lubią, że robi się ich coraz więcej, ale botoxu nie zrobię. Nie chcę być taka sztuczna jak połowa kobiet z Manhattanu. Wolę być sobą.
Kręcę się, szukam roboty. Bawię się trochę z młodym, ale ten czas tak powoli mija… Włączam sobie Netflixa i oglądam film „Ołowiane dzieci” z Joanną Kulig i aż mnie wciska w fotel! Matko kochana, co za kobieta, jaki temperament, z jaką miłością i poświęceniem oddaje się swojemu zawodowi, miłości do dzieci.
Zastanawiam się, czy tak było naprawdę? Czy to się wydarzyło? Czy taka lekarka była? Jeśli tak, to szacun, bo być lekarzem w czasie PRL-u i przeciwstawiać się politykom partii to, sorry, ale trzeba było być fanatykiem, bo to groziło śmiercią!
Siedzę i napatrzeć się nie mogę na Kulig, jak świetnie gra, i na to, jak to było na Śląsku w czasach PRL-u. I nie trzeba Oświęcimia, żeby ludzie umierali. Przerywam oglądanie, bo muszę podać obiad dzieciom, nakarmić rosołem młodego i zbieram się do pracy do szpitala. I lecę tam jak na skrzydłach, bo nie wyobrażam sobie, żebym mogła funkcjonować inaczej.
I tak latam od jednej pracy do drugiej. Nie mam czasu w ciągu tygodnia, ale weekendy mi w zupełności wystarczą. Nie mogłabym tak siedzieć w domu, popadłabym w chorobę. A tak rano wstaję skoro świt, przygotowuję lunchboxy i lecę już do pierwszej roboty, potem drugiej, a na koniec do szpitala. I kocham to. Jestem wyrąbana, ale gdybym miała spędzać tak dnie jak dziś, to sorry, ale to nie dla mnie. Nie jestem smętną rybą. Lubię swój styl, lubię swoje życie, a ciężka praca daje taki power.
A ten film… czekam na weekend, wtedy obejrzę kolejny odcinek. Ale mnie wciągnął! Pokazał życie i pokazał kobietę lekarkę walczącą z PRL-em. Jestem pełna podziwu, że tak było.
Czy oglądaliście już „Ołowiane dzieci”?
Jakie macie po nim wrażenia?
Czy taka postawa lekarki was inspiruje, czy raczej przeraża, bo pokazuje, jak wyglądała tamta rzeczywistość?
A może ktoś z was pamięta tamte czasy, albo słyszał od rodziców czy dziadków, jak wyglądało życie na Śląsku w PRL-u?
Podzielcie się swoimi historiami i przemyśleniami.
Jestem bardzo ciekawa, co wy o tym wszystkim myślicie bo ten serial zostaje w głowie i nie daje spokoju.
A teraz zaczynam zmianę w szpitalu .Do usłyszenia .
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.