To nasz ostatni tydzień wspólnej beztroski. Bez pośpiechu, bez zegarka, tylko my i natura. Wybraliśmy się na farmę – dzieci biegały z koszami i zbierały jabłka, a my szliśmy powoli między drzewami, łapiąc promienie słońca i rozmawiając o marzeniu, które właśnie w nas kiełkuje. Jeszcze nie wiemy, jak je spełnić, ale czujemy, że jest nasze i każdego dnia powierzamy je Bogu.

A jabłka? Prawdziwa poezja smaku. Świeże, soczyste, chrupiące. Niektóre słodkie, inne jeszcze cierpkie, ale wszystkie tak pachnące, że wystarczyło ugryźć jedno, by poczuć całą moc sadu. Mogłabym dodać tylko kubek kawy i już miałabym idealny obiad pod jabłonią.

Na farmie unosił się zapach drewna z pieca, w którym przygotowywano jedzenie. Kiedy podali nam hamburgery, świat na chwilę się zatrzymał. Mięso przesycone aromatem jabłek i dymu, świeże warzywa – chrupiąca sałata, soczysty pomidor, ogórek prosto z beczki. A do tego wędzony boczek, który dopełniał całość. Każdy kęs pachniał sadem, drewnem i wolnością. Nie potrzebował żadnych sosów – bo połączenie smaków było doskonałe.

To był dzień, który zostaje w sercu – cudowny czas z mężem, z dziećmi, razem, blisko natury. Czego chcieć więcej? Tylko wracać, smakować, zatrzymywać te chwile i marzyć dalej.

A Wy? Macie takie swoje miejsca, gdzie czas zwalnia, a każdy kęs jedzenia i każdy oddech powietrza smakuje inaczej? 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź