Kurwa mać – inaczej nie można tego powiedzieć.

Niedawno byłam w Polsce. Przechadzałam się warszawskimi ulicami, zaglądałam do sklepów i galerii handlowych. Zamiast cieszyć się wystawami, zamiast skupić się na pięknych detalach miasta, zaczęłam obserwować młodzież. Grupy nastolatków snuły się korytarzami centrów handlowych – każda wyglądała inaczej, każda chciała coś udowodnić.

Jedni byli cali na czarno, z mocnym makijażem i ciężkimi glanami – „goci”, którzy poprzez styl szukają swojej tożsamości. Inni wyglądali jak wyjęci z katalogu najdroższych marek – od skarpetek, przez pasek, bluzę, spodnie, aż po buty – wszystko musiało błyszczeć logotypem. Moschino, Valentino, Diesel, Nike, Balenciaga, Gucci… Jakby to właśnie marka, a nie osobowość, miała decydować o tym, ile kto jest wart. Obok nich przechadzały się grupki dzieciaków z dziwacznymi fryzurami i krzykliwymi stylizacjami, które zdawały się krzyczeć: „Patrzcie na mnie!”.

I wtedy naszła mnie smutna refleksja: w Polsce moda często nie jest już zabawą, nie jest niewinną formą ekspresji, tylko narzędziem oceny i wykluczenia. Zamiast pomagać młodym odnaleźć swój styl, stała się mechanizmem selekcji. Kto ma „buty za tysiaka”, jest kimś. Kto chodzi w czymś z lumpeksu – zostaje napiętnowany. Moda, zamiast bawić i inspirować, zaczyna pełnić rolę wyroku.

Ta obsesja na punkcie marek nie wzięła się znikąd. To nie jest tylko fanaberia nastolatków. To echo tego, co obserwują u dorosłych. Widać to wszędzie – w Warszawie, Krakowie, mniejszych miejscowościach. Sąsiad kupił większy telewizor? Trzeba kupić jeszcze większy. Koleżanka pojechała na urlop do Grecji? To my polecimy na Malediwy. Ktoś wstawił na Facebooka zdjęcie nowej kuchni? To ja zamówię włoskie meble i marmury, żeby wszyscy wiedzieli, że mnie stać.

To nie jest zdrowa ambicja. To nie jest pragnienie lepszego życia dla siebie. To jest wyścig szczurów, nieustanne porównywanie się, życie „na pokaz” – i choroba, która rozlewa się po całym społeczeństwie.

A co gorsza – ten wyścig widzą dzieci. I powielają go, czasem jeszcze bardziej bezlitośnie niż dorośli.

Niestety, ta chora rywalizacja nie zawsze kończy się tylko na przechwałkach. Ostatnio dotarła do nas tragiczna wiadomość z Małopolski. Odszedł z tego świata 12-letni Antoni. Chłopiec nie wytrzymał presji i hejtu, który spotykał go niemal codziennie. Wyśmiewano go, bo nie miał modnych ubrań. Bo jego rodziców nie było stać na buty za tysiąc złotych. Dla jednych to zwyczajny zakup, dla innych – koszt utrzymania całej rodziny przez dwa tygodnie.

Antoni nie chciał być gorszy. Nie chciał być „tym biedniejszym”. Chciał tylko żyć, bawić się, być częścią grupy. Został jednak odrzucony i zniszczony psychicznie. W końcu zabrakło mu sił. I zapłacił najwyższą cenę.

To nie była jego wina. To była wina nas – dorosłych. To my pokazujemy dzieciom, że pieniądz i metka są ważniejsze niż wartości, że liczy się to, co na wierzchu, a nie to, co w środku. To my, swoją pogoń za lepszym autem, większym domem, droższym zegarkiem, przenosimy także na ich świat.

I tu chcę dodać coś bardzo ważnego. Bo nie wszystkie dzieci poddają się tej presji. Spotykam też młodych, którzy – mimo że noszą rzeczy z second handów, mimo że nie mają markowych butów – potrafią z podniesioną głową powiedzieć: „Nie muszę nikomu nic udowadniać”. Oni wiedzą, że wartość człowieka nie leży w metce, ale w tym, jakim się jest człowiekiem.

Takich młodych ludzi spotykam i w Polsce, i tutaj, na Greenpoincie w Nowym Jorku. Są dojrzalsi niż niejeden dorosły, mają w sobie siłę i świadomość, że najważniejsze to być dobrym człowiekiem. I to daje nadzieję.

Ale obok nich są też ci, którzy wpadli w pułapkę – którzy, wychowani w kulcie porównywania się i popisywania, ciągną za sobą innych w przepaść. To często dzieci rodziców, którzy żyją pokazowo – w drogich autach, w marmurowych kuchniach, w markowych ciuchach od stóp do głów – ale nie potrafią dać dziecku najważniejszego: poczucia wartości i bezwarunkowej akceptacji.

Dlatego, gdy zbliża się nowy rok szkolny, warto zatrzymać się na chwilę. Zamiast kolejnych zakupów, usiądźmy z naszymi dziećmi i porozmawiajmy. Powiedzmy im, że nie muszą być nikim innym niż są. Że człowieka nie definiuje to, czy ma na sobie Nike, Gucci czy Moschino, tylko to, jakie ma serce. Że przyjaźń, szacunek i miłość nie mają ceny.

Dzieci nie potrzebują nowych butów, by czuć się wartościowe. One potrzebują rodzica, który wysłucha, przytuli i powie: „Jesteś dla mnie najważniejszy”.

Czy naprawdę chcemy, żeby polska młodzież – w kraju i na emigracji – dorastała w przekonaniu, że wartość człowieka mierzy się marką na koszulce i tym, czy przyjechał pod szkołę nowym SUV-em?

Czy chcemy, by dzieci walczyły o akceptację logiem na butach, zamiast być akceptowane za to, kim są?

A może wreszcie nauczymy je, że prawdziwy szacunek nie ma ceny, a prawdziwa wartość człowieka nie potrzebuje blichtru i pozorów?

Bo jeśli nic nie zmienimy, to ile jeszcze dzieci jak Antoni będzie musiało odejść, zanim naprawdę zrozumiemy, że ten wyścig donikąd nie ma zwycięzców?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź