Halo, Tato… kawa już gotowa

Dziś kolejny dzień moich wielkopostnych rozmów z Bogiem.

Wstałam wcześniej niż reszta domu.

Cisza była taka dobra. Taka spokojna.

Jakby świat jeszcze nie zdążył ode mnie niczego chcieć.

Nalałam wody do ekspresu , żeby zaparzyć kawę   i powiedziałam półgłosem:

— Halo, Tato… jesteś tam?

Odpowiedziała mi cisza.

Ale to nie była pusta cisza.

To była cisza, która słucha.

Usiadłam przy stole. Ja z kubkiem kawy, Ty jak zawsze naprzeciwko.

Ja piję, Ty słuchasz.

Taki mamy układ.

Zanim zaczęłam opowiadać, zatrzymałam się na chwilę.

Dziękuję Ci za ten dzień.

Za deszcz za oknem.

Za to, że dziś nie muszę lecieć na łeb na szyję i robić lunchboxów do szkoły.

Za ostatni dzień ferii dzieci.

Za mój ekspres do kawy i tę wszechogarniającą ciszę.

Wiesz, Tato… we mnie jest dziś tyle wdzięczności, że aż chce  mi się tańczyć po kuchni.

Serio.

I jeszcze coś w tym tygodniu przesłuchałam już trzy audiobooki.

Widzisz, ile mam radości?

I dzień dłuższy… zauważyłeś?

Światło wraca powoli.

I tak zaczęła się nasza poranna pogawędka przy kawie.

Opowiadałam Ci wszystko.

O sprawach ważnych i zupełnie nieważnych.

O pracy. O planach. O zmęczeniu.

Nawet o papierze toaletowym, który zaginam elegancko w toalecie, bo przecież można gadać o wszystkim.

Bo z Tobą można.

Naprawdę można mówić o wszystkim i o niczym.

A kiedy skończyłam, powiedziałam:

— Chodź ze mną do pracy. Z Tobą zrobię szybciej. Mam Ci jeszcze tyle do powiedzenia.

I poszliśmy razem.

Ty cichy.

Ja gadatliwa.

A potem piknął telefon.

Słowo na dziś:

„Ja wiem, jakie wiążę z wami plany — mówi Pan. To plany o pokoju, a nie o niedoli. Chcę dać wam przyszłość i nadzieję.”

(Jr 29,11)

Uśmiechnęłam się.

Bo widzisz, Tato…

Ty naprawdę odpowiadasz.

Czasem przez ciszę.

Czasem przez zwykły poranek.

Czasem przez jedno zdanie, które trafia dokładnie tam, gdzie trzeba.

I pomyślałam, że właśnie tak chcę przeżyć ten Wielki Post.

Nie idealnie.

Nie religijnie perfekcyjnie.

Tylko razem.

Krok po kroku.

Kawa po kawie.

Rozmowa po rozmowie.

A u Was?

Jak dziś wyglądała relacja z Tatą?

Ja umiem też słuchać 🤍piszcie  

Wielki Post. 40 dni

No i jest. Wielki Post.

40 dni.

I co roku to samo pytanie jakie postanowienie?

Nie jeść mięsa?

Odstawić słodycze?

Usunąć Facebooka?

Nie pić kawy?

I wiecie co… siedziałam z tym wszystkim i nagle przyszła taka myśl: ale co to właściwie zmienia?

Okej, pokazuje mi, że mam nad czymś kontrolę.

Że mogę sobie czegoś odmówić.

Że wytrzymam.

Tylko… czy o to chodzi w Wielkim Poście?

I dziś rano, w ciszy takiej prawdziwej ciszy dotarło do mnie coś bardzo prostego.

Ja nie potrzebuję kolejnej listy zakazów.

Ja potrzebuję relacji.

Potrzebuję codziennie spotkać się z Bogiem.

Tak zwyczajnie.

Bez patosu.

Bez idealnych słów.

Po prostu usiąść i powiedzieć:

Boże, dziś boli.

Boże, dziś się cieszę.

Boże, nie ogarniam.

Boże, zobacz, co mi w duszy gra.

I… posłuchać.

Bo może On mówi cały czas, tylko ja jestem za głośna, za zajęta, za rozpędzona.

I wtedy przyszło to moje bingo.

Moje postanowienie wielkopostne to codzienna rozmowa z Nim.

Szczera.

Prawdziwa.

Moja.

Bez udawania.

Bez religijnego perfekcjonizmu.

Po prostu bycie razem.

To będzie mój święty czas.

Mój Wielki Post.

I powiem Wam… gęba mi się sama cieszy.

Serio. Czuję radość. Taką spokojną, głęboką.

Cieszę się, że to właśnie w sercu się urodziło.

A Ty?

Jak przeżywasz ten czas?

Bierzesz na bary jakieś postanowienie?

Czy prześlizgujesz się przez Wielki Post jak przez zwykłe dni?

Podziel się.

Pogadajmy. ❤️

Nie mam szans….

Siedzę dziś nad słowami Nosowskiej i przegryzam je powoli. Przegryzam każde zdanie jak twardy chleb.

Bo to nie jest tekst, który się czyta i odkłada. On zostawia ślad.

To jej wyznanie jest mocne. Jak zwykle zresztą. W piosenkach też wali po bębnach i dlatego ją lubię. Ale ten tekst… to już w ogóle.

Dużo w nim o złości. O tym poczuciu, że jest się nie dość. Że nie ma się prawa, że się nie zasługuje. I ja to znam. Bardzo dobrze.

Tylko że ja już siebie trochę ogarnęłam.

Zaakceptowałam taką, jaka jestem.

Da się ze mną żyć. Naprawdę. Nie jest tak źle, jak kiedyś widziałam.

Pomogli mi ludzie. Zwykli ludzie. Rozmowy, obecność, czasem jedno zdanie w dobrym momencie. Nie żadna wielka terapia, tylko życie i ludzie. Ludzie ze wspólnoty i Bóg, bo bez Niego to bym chyba żyła w ciągłym poczuciu bycia tą gorszą. A tak, dzięki Niemu idę. Codziennie. Lepiej, gorzej  ale idę. Bo z Nim.

Chociaż w oczach mojej matki i tak nigdy nie będę dość.

Zawsze jestem winna.

Teraz młody ma zapalenie uszu. I co? I oczywiście ktoś musi być winny. A jak jest sytuacja, to musi być winny. I jak zwykle wychodzi, że to ja. Bo przecież nie może być tak, że coś się po prostu wydarzyło. Zawsze trzeba kogoś obwinić.

Pogodziłam się z tym.

W ich oczach zawsze będę tą złą. Trudno.

Ale jedno zdanie z tekstu Nosowskiej mnie zatrzymało:

„nie mam szans”.

I tu mnie naprawdę trafiło.

Bo ja to zdanie czuję. W wielu sytuacjach naprawdę nie mam szans. I ciężko mi się z tym pogodzić. Płaczę. Łzy lecą mi jak groch. Bo chciałam pracować w szpitalu. Wiem pracuję. Ale nie robię tego, co było moim marzeniem. Bycie położną. I wiecie co? Byłabym pewnie za kilka lat oddziałową. A co. Mam charyzmę, siłę i taki power, że faceci mówią, że brygadą chłopa mogłabym zarządzać. Bozszz… jak ja sobie o tym pomyślę, aż mnie ściska za serducho. Taki żal. Taka niemoc. Straciłam to. I nie mam szans. Nie mam.

Jolka, pogódź się wreszcie z tym, że nie masz szans na zmianę. Nie masz. No i tyle.

Ale nie mogę. Bo ja taka baba jak chłop jestem. Ech.

Patrzę czasem na te wszystkie lalki Barbie. Chodzą jak damy, myślą tylko o zakupach i kolejnym serwisie kosmetycznym. Pogadaj z taką o książce albo jakimś wydarzeniu nie ma pojęcia, o czym mówisz. Ale siedzi u męża w kieszeni i to jej wystarczy. Po co więcej.

A ja zawsze chciałam więcej.

Miałam marzenia, plany, jakieś wyobrażenie życia.

I najtrudniejsze jest to poczucie, że mój czas minął. Że jest za późno. Że nie zdążyłam. Z tym naprawdę ciężko mi się pogodzić. Czasem czuję się jak ryba bez wody.

Bo prawda jest taka, że nie mamy równych szans.

I to boli.

Dlatego dziś siedzę nad słowami Nosowskiej i próbuję to wszystko jakoś poukładać w głowie. Bez wielkich słów. Po prostu po swojemu.

Boże, przyjdź. Dotknij tego kawałka mojego serca i uzdrów je tak, żeby nie bolało. Żebym mogła się z tym wreszcie pogodzić. No kurka wodna… uzdrowisz mi tę część, Boże?

A jak jest u was?

Też nosicie w sobie zdanie „nie mam szans”?

Czy udało wam się je kiedyś zagłuszyć?

Cały tekst Katarzyny Nosowskiej :

„Żyłam zanurzona w złości po szyję.

Przez wiele lat. Zazdrościłam wszystkim, którzy mieli odwagę cieszyć się, żyć. Wkurwiało mnie wiele osób, ale też sytuacji, zjawisk – z pogodą włącznie.

Aż przyszedł moment, ten trudny, lecz szczególny moment, gdy dostrzegłam cały zestaw jątrzących się ran.

Jestem nie dość dobra.

Nie zasługuję na miłość, na przyjaźń.

Nie mam prawa.

Nie mam szans.

Jestem głupia, słaba, tchórzliwa.

Siedziałam bez ruchu w gównie, trzymając głowę jedynie nad powierzchnią, i krzyczałam do świata, by nie robił fal.

Do latryny wrzucono mnie w dzieciństwie.

Tam dowiedziałam się tych wszystkich okropnych rzeczy na swój temat, to tam wytresowano mnie do posłuszeństwa, które uniemożliwia wzięcie odpowiedzialności za to, w jakich okolicznościach się znajduję.

Tam odebrano mi wszelką sprawczość.

To wtedy odpuściłam światu. Wylazłam z gówna, opłukałam ciało, by zobaczyć wyraźnie każdą z ran, i od dłuższego czasu robię wszystko, by się wygoiły. Jest dobrze, oddycham, żyję, cieszę się, lubię ludzi. Wszystkim, którzy brzmią jak znani mi dorośli i każą usiąść na karnego jeża za to, że żyję, jak chcę, mówię serdecznie: „bez jaj”.

W bogactwie i biedzie, w zdrowiu i chorobie ślubuję sobie miłość, wierność i uczciwość własną.

Dołączajcie.”

Katarzyna Nosowska

Wtorek 17 luty

Obudziłam się o 7 rano i nie wyskoczyłam szybko z łóżka tylko otworzyłam szeroko oczy i zastanowiłam się co ja dziś będę robić? No bo dziś rano nie miałam pracy. Starsze małżeństwo, u których pracuję, wyjechało na wakacje. No więc leżę. Dotykam młodego ręką, sprawdzam czy głowa nie jest gorąca, czy nie potrzeba podać leku od gorączki, ale nie czoło zimne. Spoglądam w swoje piękne duże okna, brak słońca, pochmurno. Bożesz, co ja będę robić cały dzień? Wylegiwać się w łóżku? Sama myśl o takim spędzeniu czasu działa na mnie jak płachta na byka.

Młody się budzi, wstaje, a razem z nim ja.Zaścielam   łóżko i ubieram się. Robię kawę, jemu podaję jogurt z porcją kultur bakterii, bo o 8 rano muszę podać mu antybiotyk. Karmię go, żeby wiedzieć, że wszystko zjedzone, a wraz z pokarmem kultury bakterii to jego pierwszy antybiotyk. Nie chcę, żeby dostał biegunki ani żeby żołądek go bolał. Rozmawiam z młodym o jego samopoczuciu, o tym, co wczoraj pan doktor mówił nam podczas wizyty. Młody zadowolony i zapewnia, że wypije lekarstwo, bo nie chce być chory.

Ja smętnie ogarniam chałupę, ale tu nie ma co robić, bo wszystko jest posprzątane. Ogarniam siebie, wklepuję kremy, co by nie mieć więcej zmarszczek, a które mnie tak lubią, że robi się ich coraz więcej, ale botoxu nie zrobię. Nie chcę być taka sztuczna jak połowa kobiet z Manhattanu. Wolę być sobą.

Kręcę się, szukam roboty. Bawię się trochę z młodym, ale ten czas tak powoli mija… Włączam sobie Netflixa i oglądam film „Ołowiane dzieci” z Joanną Kulig i aż mnie wciska w fotel! Matko kochana, co za kobieta, jaki temperament, z jaką miłością i poświęceniem oddaje się swojemu zawodowi, miłości do dzieci.

Zastanawiam się, czy tak było naprawdę? Czy to się wydarzyło? Czy taka lekarka była? Jeśli tak, to szacun, bo być lekarzem w czasie PRL-u i przeciwstawiać się politykom partii to, sorry, ale trzeba było być fanatykiem, bo to groziło śmiercią!

Siedzę i napatrzeć się nie mogę na Kulig, jak świetnie gra, i na to, jak to było na Śląsku w czasach PRL-u. I nie trzeba Oświęcimia, żeby ludzie umierali. Przerywam oglądanie, bo muszę podać obiad dzieciom, nakarmić rosołem młodego i zbieram się do pracy do szpitala. I lecę tam jak na skrzydłach, bo nie wyobrażam sobie, żebym mogła funkcjonować inaczej.

I tak latam od jednej pracy do drugiej. Nie mam czasu w ciągu tygodnia, ale weekendy mi w zupełności wystarczą. Nie mogłabym tak siedzieć w domu, popadłabym w chorobę. A tak rano wstaję skoro świt, przygotowuję lunchboxy i lecę już do pierwszej roboty, potem drugiej, a na koniec do szpitala. I kocham to. Jestem wyrąbana, ale gdybym miała spędzać tak dnie jak dziś, to sorry, ale to nie dla mnie. Nie jestem smętną rybą. Lubię swój styl, lubię swoje życie, a ciężka praca daje taki power.

A ten film… czekam na weekend, wtedy obejrzę kolejny odcinek. Ale mnie wciągnął! Pokazał życie i pokazał kobietę lekarkę walczącą z PRL-em. Jestem pełna podziwu, że tak było.

Czy oglądaliście już „Ołowiane dzieci”?

Jakie macie po nim wrażenia?

Czy taka postawa lekarki was inspiruje, czy raczej przeraża, bo pokazuje, jak wyglądała tamta rzeczywistość?

A może ktoś z was pamięta tamte czasy, albo słyszał od rodziców czy dziadków, jak wyglądało życie na Śląsku w PRL-u?

Podzielcie się swoimi historiami i przemyśleniami.

Jestem bardzo ciekawa, co wy o tym wszystkim myślicie bo ten serial zostaje w głowie i nie daje spokoju.

A teraz zaczynam zmianę w szpitalu .Do usłyszenia .

Tak się zaczynają niektóre poniedziałki

Poniedziałek zaczął się jeszcze w nocy, takiej prawdziwej, czarnej, kiedy człowiek dopiero co przytulił poduszkę i marzy o kilku godzinach snu. Była 3:30 nad ranem, kiedy młody obudził mnie z krzykiem:

— Mamo, ucho mnie boli…

No i po spaniu. Podałam mu Motrin, próbowałam go uspokoić, ale ciężko mu było zasnąć. Wiercił się, marudził, a ja razem z nim. Noc była jedną z tych, które ciągną się w nieskończoność, kiedy co chwilę patrzysz na zegarek i liczysz, ile jeszcze do rana.

I jakby tego było mało, nagle złapał mnie taki ból żołądka, że przez moment myślałam, że naprawdę skończy się to wizytą w szpitalu. Ostry, ściskający, taki, że człowiek zaczyna się bać. Wzięłam dwa Advile i leżeliśmy razem z młodym, każde z nas jęczące z bólu. On z uchem, ja z żołądkiem. Noc matki i syna, w wersji zdecydowanie nie do pozazdroszczenia.

Rano jakoś się ogarnęliśmy i udało mi się dostać do pediatry. No i diagnoza: zapalenie uszu z obu stron. Pierwszy raz w życiu młody będzie brał antybiotyk. Nigdy wcześniej nie było takiej potrzeby, więc trochę mnie to ukłuło, ale wiadomo jak trzeba, to trzeba.

Przy okazji postanowiłam zapisać się do internisty. Termin? Koniec maja. Czyli klasyka. Dlatego ustaliłam sama ze sobą: jeśli taki ból złapie mnie znowu, jadę prosto do szpitala. Bez zastanawiania się i bez męczenia się w domu. Bo w nocy głowa zaczyna pracować na najwyższych obrotach i tworzy najczarniejsze scenariusze. A pracując na oddziale, gdzie widzi się różne rzeczy, człowiek naprawdę zaczyna się bać. Tej nocy, przy tym bólu, pierwszy raz poczułam prawdziwy strach przed chorobą, jaką wiadomo …

A młody? Leży w domu, z nosa cieknie, kaszle i taki jakiś osłabiony. Łapie wszystko, co tylko możliwe w tej szkole. I możemy go ubierać ciepło, podawać witaminy, dawać dobre rzeczy do jedzenia  a on przecież lubi chrupać i seler, i marchewkę, i brokuły ale jak coś się przyczepi, to tragedia. No ale szkoła ma swoje prawa. Jedno z nich to takie, że wirusy i bakterie krążą jak na karuzeli. I nie ma na to rady.

Na szczęście pediatra okazał się bardzo sympatyczny. Też ma synka, pięć i pół roku, i mówi, że u nich w domu to samo przedszkole, a z nim wszystkie możliwe infekcje. Pogadaliśmy chwilę i zeszło na Polskę. Okazało się, że był u nas i widział Łódź, Warszawę i Zakopane. Zapytałam, czy nie widział Krakowa. A on mówi, że widział, tylko zapomniał nazwy. 

Polskie jedzenie też mu smakowało, szczególnie pierogi. I śmiał się, że Polska jest piękna, ale można tam szybko utyć, bo jedzenie strasznie ciężkie. No cóż, coś w tym jest. Nasze tradycyjne potrawy są nie tylko pracochłonne, ale i solidnie kaloryczne.

I tak nam minął poniedziałkowy poranek. Młody w domu, zaopiekowany przez ojca i siostry, a matka jak to matka do pracy. Bo dziś wolnego nie ma i obowiązki same się nie zrobią.

Taki zwyczajny, niezwyczajny poniedziałek. Z bólem ucha, bólem żołądka, antybiotykiem, rozmową o pierogach i szybkim powrotem do codzienności.A u was jak minął dzień ?

Niedziela z serduszkiem

W sobotę wieczorem, już przed samym pójściem spać, syn wychodzi z pokoju i z poważną miną oznajmia:

— Nie mam się w co ubrać.

Patrzę na niego. Stoi taki wielki chłop, a mówi jakby był pięciolatkiem bez spodenek.

— Jak to nie masz? — pytam.

— No nie mam. Spodni nie ma. Nogawki za krótkie.

No tak. Klasyka. Dziecko rośnie nocą jak drożdże, a rano spodnie wyglądają jak po młodszym bracie.

Zwołałam więc całą rodzinę do salonu. Zebrali się jak na naradę wojenną.

— Słuchajcie. Jutro rano, o ósmej, wyjazd do Riverhead. Najpierw do kościoła, potem zakupy.

Cisza. Kiwanie głowami. Nikt nie protestuje. Widocznie wszyscy czuli, że spodnie syna wołają o pomstę do nieba.

— Dobra — mówią dziewczyny.

— Okej — mówi mój mąż.

— Jeśli muszę… ale co mi kupisz? — oznajmia Tymon, najmłodszy z drużyny.

— Niespodziankę — odpowiadam. Bo jak zwykle coś dostanie.

Cała załoga zatwierdziła plan. Rozeszli się z powrotem na swoje miejsca, a niedziela została oficjalnie zaplanowana.

Rano pakujemy się do auta i jedziemy do Riverhead. Najpierw na Mszę świętą do św. Izydora na 10:30, na polską Mszę.

Uwielbiam ten kościół. Nie jest duży, nie ma wielkich marmurów i złotych ozdób, ale jest taki przyjemny, kameralny. Taki, gdzie człowiek wchodzi i od razu czuje spokój.

I ma jedną rzecz, którą bardzo w nim cenię: pokój dla rodzin z małymi dziećmi.

Matki mogą tam spokojnie siedzieć podczas Mszy. Dzieci mogą śpiewać, podskakiwać, gadać, a nikt nie patrzy na nie jak na małych terrorystów modlitwy. Nikt nie przewraca oczami, że dziecko oddycha za głośno.

Bardzo mi się to podoba. Szkoda tylko, że w innych kościołach takich pokoi nie ma. Bo matki z małymi dziećmi też chcą się modlić, a nie walczyć o przetrwanie w ławce.

Ale nie narzekam. Cieszę się tym, co mamy. Wiernych jest tyle, że można ich policzyć na palcach obu rąk, a i tak mamy swój kościół i miejsce, gdzie możemy się modlić. A wiadomo, że teraz kościoły się zamyka — brak wiernych.

Dzieci jadą z nami i też lubią ten kościół. Stoimy razem, modlimy się razem. I wiem, że taka modlitwa dużo nam daje.

Bo kiedy coś się dzieje, słyszę:

— Mamo, pomódl się za mnie. Pobłogosław mnie.

I wiem, że zaraz będę pisała do wspólnoty Lew Judy:

„Pomódlcie się za moje dziecko”.

I oni się modlą. I to działa.

Po Mszy świętej ksiądz wychodzi przed ołtarz i mówi:

— Ministranci będą rozdawać serduszka z okazji wczorajszego święta zakochanych.

Stoimy i czekamy, a tu podchodzą ministranci z koszykiem i każdy dostaje po jednym. A my… dostajemy aż trzy.

Zaraz zaczęliśmy je oglądać. Jedno, drugie, trzecie. Takie proste serduszka, a w środku słowa, które trafiają prosto do serca.

„We love, because He first loved us.”

,My miłujemy, ponieważ On pierwszy nas umiłował.”

(1 John 4:19 / 1 List św. Jana 4,19)

,A new commandment I give to you, that you love one another, even as I have loved you, that you also love one another.”

,Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem, tak żebyście i wy się wzajemnie miłowali.”

(John 13:34 / Ewangelia św. Jana 13,34)

,Beloved, if God so loved us, we also ought to love one another.”

,Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my powinniśmy miłować się nawzajem.”

(1 John 4:11 / 1 List św. Jana 4,11)

I aż się człowiekowi robi cieplej w środku. Bo takie małe karteczki, a tyle w nich dobra. Człowiek patrzy i czuje, jak serce się raduje, a dusza skacze.

Pomyślałam sobie, że to taki piękny początek dnia.

Po Mszy zaczyna się druga część dnia: zakupy.

Bo oczywiście Max wyrósł ze spodni. Nogawki za krótkie, buty przetarte, kosmetyków brak. Czyli klasyka: dziecko rośnie, portfel chudnie.

Dziewczyny też postanowiły jechać z nami. One pracują, więc same się ubierają. My, dzięki Bogu, ubieramy tylko chłopaków.

Tylko że ubrać starszego to jak szukać jednorożca w galerii.

Spodnie 32/36.

Nie istnieją.

32/34 — już cud.

A jak znajdziemy 32/36, to cena jak z kosmosu.

A on stoi i mówi:

— Nogawki za krótkie.

No krótkie, bo chłop ma nogi jak bocian, a sklepy najwyraźniej ubierają ludzi do kolan.

I chodzimy od sklepu do sklepu, jakbyśmy igły w stogu siana szukali. Wieszaki, metki, przymierzalnie, oczy już bolą.

Kończy się jak zawsze:

Bierzemy te trochę za krótkie, bo dłuższych nigdzie nie ma.

Potem przerwa na kawę. Starbucks. Frytki, precle. Siedzimy razem przy stoliku, każdy coś je, ktoś się śmieje, ktoś opowiada.

Nikt się nie kłóci.

Nikt nie trzaska drzwiami.

Nikt nie ma focha.

Chwila spokoju.

Zachaczamy jeszcze o Costco. Wózek pełny rzeczy: warzywa, owoce, ser, mleko, jogurty, kawa w ziarenkach, mięso, kurczak z rożna i takie tam codzienne rzeczy potrzebne do przetrwania tygodnia.

A ja oczywiście zapominam kupić trzy zgrzewki jajek. Bo jak zwykle to ja pakuję do wózka, czyli czegoś nie wezmę. Mój mąż zawsze przygotowany, zawsze ze spisaną listą, tylko tym razem gdzieś się zapodziała — no i proszę, efekt jest: jajek brak.

Czyli mój szanowny mąż będzie musiał jechać do BJ’s po jajka, bo u nas bez jajek dom nie funkcjonuje.

Wracamy do domu objuczeni torbami jak wielbłądy. Każdy coś niesie, ktoś coś gubi, komuś torba papierowa pęka i musi zbierać zakupy z mokrego śniegu.

Ale razem.

Bez kłótni.

Bez humorów.

Bez dąsów.

I myślę sobie:

Chwilo, trwaj.

Bo jutro poniedziałek.

Budzik.

Ferie zimowe nareszcie.

Praca.

Obowiązki.

I znów cotygodniowy kołowrotek.

Ale ta niedziela była nasza.

Trochę modlitwy.

Trochę zakupów.

Trochę frytek i kawy.

I dużo bycia razem.

I jeszcze te serduszka z kościoła, które przypomniały nam o tym, co najważniejsze.

I dzień pełen radości.

Sobotni kabaret domowy

Sobota rano. Ósma. Budzimy się powoli, bez pośpiechu. Sześć różnych charakterów otwiera oczy i zaczyna swoje sobotnie życie. Sielsko, anielsko, jak z obrazka. Cisza, spokój, każdy w swoim łóżku. Nikt nie zamierza wstawać — bo po co? Przecież tak jest bardzo dobrze.

No i wtedy wchodzi codzienność. Cała na czarno: getry, T-shirt. Czyli ja, z kubkiem kawy.

Młody już rozłożony z książką, dziewczyny przy nim. Czytają razem, podsyłają mu kolejne tytuły, bo złapał bakcyla. On pożera rozdziały, one dumne jak pawie. Scena jak z reklamy szczęśliwej rodziny.

A ja w drzwiach:

— Rodzino! Czas sprzątać!

Cisza.

— Wstawać! Ścielić łóżka! Pościel do prania! Ruszać się, nie ma leżenia!

Głowy wystają spod kołder.

— Ale po co sprzątać, jak nikt nie przyjdzie? To po co się ruszać, mamo?

No tak. Bałagan bez świadków nie istnieje. Syf bez publiczności to nie syf.

— Wyskakiwać z piżam i do roboty!

Idę do starszego. Otwieram drzwi, a synuś już gra na konsoli. Paluszki ćwiczy, sobotni dzień gier — bo jakżeby inaczej.

— Mamo, przestań. U nas jest czysto. Z babcią powinnaś mieszkać i muzeum prowadzić.

— Taa… wanna, ubikacja i kuchnia same się posprzątają? — wołam.

— My mamy wolną sobotę. Chcemy odpocząć. W tygodniu sprzątamy.

Patrzę na nich. Trzy nosy w książkach, jeden przy konsoli, ja jedyna z planem dnia i płynem do szyb w ręce.

No dobra. Zakasałam rękawy. Sobota jak zawsze: sprzątanie, pranie, jakieś jedzenie trzeba zrobić, choć gotować mi się nie uśmiecha.

Młody przybiega:

— Mamo, co ci pomóc?

Złote dziecko. Daję mu płyn i papier.

— Lustra wycieraj.

On to uwielbia. Psik. Psik. Psik.

Gdyby mógł, to by wszystko spryskał, i telewizor, i starszego brata dla zasady.

Potem wraca do czytania, ale nudzi mu się. Idzie do starszego. I zaczyna się.

— Zostaw mnie w spokoju! — wrzeszczy szesnastolatek, czyli chodząca burza hormonów w dresie.

Po chwili młody wraca z płaczem.

— Mamo! On mnie pchnął!

Wołam do męża:

— Ty ogarnij chłopaków, ja sprzątam!

— Niech to sami załatwią, po co będę się w ich sprawy wtrącał — odpowiada spokojnie, jakby komentował prognozę pogody.

Krążę między łazienką, kuchnią i salonem jak wściekły robot sprzątający.

Nagle huk, ryk i dramat.

— Mamo! On mi palce drzwiami przyciął!

Serce mi staje. W głowie już czarne wizje: krew, palce, szpital, dramat, reportaż w telewizji.

Lecę.

Palce całe.

Dziecko wyje.

Ja w środku wyję razem z nim.

— Co żeś mu zrobił?! — drę się na starszego.

— Bo ja chcę spokoju! Chcę być sam!

— A jak ci przeszkadzał?

— Patrzył się na mnie.

No tak. Patrzenie. Najcięższe przestępstwo XXI wieku.

Zabieram młodego. Wycieram nos, łzy, całuję palce.

— Chodź, pomożesz mi.

On bierze ściereczkę i zaczyna:

— Mamo, mieliśmy test z matematyki. Easy. Sto procent. Dziesięć minus pięć to pięć. Easy. A dziesięć podzielić przez pięć to dwa.

Patrzę na niego jak na cud natury.

— Skąd ty to wiesz?

— Bo dziewczyny mówią, że liczby są fajne.

I nagle mnie trafia. Kiedy ten sześciolatek zrobił się taki mądry?

— A ty lubisz liczby, mamo?

— Ja wolę literki… czytać, pisać…

— Ja też lubię literki. Tam w książkach piszą ciekawe rzeczy.

Opowiada mi o książce, o szkole, o zadaniach. A ja siedzę ze ścierką w ręku i patrzę na niego jak na dorosłego człowieka zamkniętego w małym ciele.

Wołam starszego do sprzątania.

— Zaraz!

Wchodzę do pokoju.

Tornado.

Ubrania, książki, jedzenie.

Jakby ktoś tu mieszkał, ale tylko przejazdem.

— Sprzątaj to!

— A czy ci to przeszkadza?

— A tobie nie przeszkadza ten syf?

— Tu nie ma syfu.

— Książkę poczytaj! — drę się.

— Nie lubię czytać. Ale też mam mózg. Przy grach strategię układam. O, patrz!

I pokazuje ekran: coś leci, coś zbija, coś pyka, świeci się. Totalny rozgardiasz. Nic nie rozumiem, co on tam wyczynia.

Filozof. Minimalista. Gracz.

Wychodzę.

Trzask drzwi.

We mnie już wrze.

— Matko Boska, zrób coś z tym chłopakiem!

— Matka Boska ci w tym nie pomoże — słyszę.

No i jak z nim rozmawiać?

— Sprzątam łazienki! — oznajmiam. — Pół godziny nikt nie wchodzi!

Trzy osoby słyszały. Czwarta nagle ogłuchła.

Po chwili syn:

— Muszę do toalety.

— Zamknięte. Mówiłam: pół godziny!

— Ale ja muszę!

I co?

I znowu wygrał.

Kończę sprzątanie. Siadam w fotelu. Cisza. Każdy w swoim świecie.

I wtedy od stołu z papierami odzywa się mój mąż, nawet głowy dobrze nie podnosząc:

— Daj im spokój. Sama odpocznij. Tyle codziennie pracujesz, to zrób sobie wolne od sprzątania. Zamknij oczy i nie patrz do wanny. Nie zerkaj na lustra. W poniedziałek posprzątamy. Jak zawsze zresztą, toż wiesz.

I wraca do swoich rachunków, papierów, opłat i całej tej dorosłej buchalterii. Ja się tym nie zajmuję, bo głowy do tego nie mam. On jest od liczb, ja od liter i od tej całej domowej logistyki.

Siedzę w fotelu, patrzę na to moje towarzystwo i myślę, że każdy ma swoją rację. Dzieci chcą odpocząć, mąż chce spokoju, a ja chcę czystą łazienkę.

Sześć osób.

Sześć charakterów.

Sześć różnych sobót pod jednym dachem.

I to mieszkanie to taka mieszanka wybuchowa.

Bo jak to wszystko wybuchnie naraz…

to będzie taka rozpierducha, że rachunki same uciekną z domu, mąż schowa się pod stół, dzieci pod kołdry, a ja nawet nie zdążę złapać za płyn do szyb.

I tak wygląda nasza sobota.

Sześć charakterów i jeden wielki domowy kabaret.

Sens życia

Jutro piątek. Piątunio. Początek weekendu. I taka refleksja mnie naszła. Coraz częściej spotykam ludzi, którzy mają wszystko, a mimo to wyglądają, jakby dźwigali na plecach niewidzialne ciężary. Mają pieniądze, wygodne mieszkania, pomoc w domu, wolne weekendy. A jednak, gdy przychodzi poniedziałek, słyszę: Boże, jaka jestem zmęczona

Zastanawia mnie jedno pytanie: czym właściwie jesteś zmęczona?

Bo to nie jest zmęczenie po ciężkiej pracy w polu, po całym dniu noszenia cegieł czy opiekowania się dziećmi bez chwili przerwy. To zmęczenie po weekendzie spędzonym na kanapie z kieliszkiem prosecco. Po dwóch dniach bez ruchu, bez słońca, bez spotkań, bez życia.

Sprzątaczka posprząta.

Kucharz ugotuje.

Ogrodnik zajmie się ogrodem.

Niania dziećmi.

A właścicielka tego życia w poniedziałek, kiedy do niej przychodzę, mówi: Jestem wykończona

I ja naprawdę tego nie rozumiem. No czym, kurka wodna, można być tak zmęczonym?

Przecież życie jest piękne. Pełne smaków, kolorów, zapachów i dźwięków. Nie trzeba tysięcy dolarów, żeby zobaczyć zachód słońca, iść na spacer, ugotować coś prostego, spotkać się z kimś bliskim, poczuć wiatr na twarzy.

Problem polega na tym, że wielu ludzi przestało żyć, a zaczęło tylko funkcjonować. Czekają na weekend, żeby odpocząć od pracy. A kiedy weekend przychodzi, nie mają już siły ani pomysłu na życie. Więc leżą. Przewijają telefon. Patrzą w sufit. I w poniedziałek są jeszcze bardziej zmęczeni.

Nie sądzę, żeby to zmęczenie brało się z ciała.

Ono bierze się z pustki.

Wyobraź sobie dwie osoby.

Pierwsza ma wolną sobotę. Wstaje późno, włącza telewizor, przegląda media społecznościowe. Zamawia jedzenie, bo nie chce się gotować. Pół dnia mija nie wiadomo kiedy. Wieczorem czuje ciężar, senność i brak energii. Nic się nie wydarzyło.

Druga osoba też ma wolną sobotę. Wstaje rano, robi kawę, otwiera okno. Idzie na spacer z młodym, nawet krótki. W drodze kupuje świeże pieczywo. W domu robi śniadanie, włącza ulubioną muzykę. Później spotyka się z kimś bliskim albo robi coś rękami: porządkuje balkon, mieszkanie, sadzi kwiaty, gotuje obiad, idzie do kościoła.

Wieczorem jest zmęczona.

Ale to dobre zmęczenie. Takie, które mówi: to był dzień, który przeżyłam

Różnica między tymi osobami nie polega na pieniądzach. Polega na podejściu do życia. Jedna je przeczekuje. Druga je przeżywa.

Spójrzmy na rolnika.

Nie tego z reklam, z wielkim nowoczesnym sprzętem i pracownikami. Tylko na zwykłego, średniego, czasem biednego rolnika. Tego, który wstaje o świcie, bo zwierzęta czekają. Który nie ma wolnych weekendów, długich urlopów ani świąt bez obowiązków.

To ciężki kawałek chleba. A jednak wielu takich ludzi mówi: gdybym mógł, wróciłbym na wieś i robił to dalej. Bo tam praca ma sens. Widać jej efekty. Wstajesz rano i wiesz, po co wstajesz.

Albo stary szewc z małego miasteczka. Nie zarabia fortuny. Ręce ma spracowane, warsztat skromny. Ale kiedy klient odbiera naprawione buty i mówi: Dziękuję, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Bo widzi sens w tym, co robi.

I może właśnie tego brakuje wielu ludziom: poczucia, że to, co robią, ma znaczenie.

Gdy ktoś robi za nas wszystko, zostaje wygoda.

Ale często znika poczucie sensu.

Ja wolę życie, które się przegryza , a nie połyka w całości bez smaku. Lubię czuć, że dzień ma zapach, kolor i dźwięk. Lubię iść do pracy z myślą: dobrze, że ją mam.

Praca to nie tylko obowiązek.

To narzędzie.

To część życia.

Może więc problem nie polega na tym, że ludzie są naprawdę zmęczeni. Może są po prostu zmęczeni życiem bez smaku.

Życie nie zaczyna się w piątek wieczorem.

Ono dzieje się codziennie.

A ty jak to widzisz?

Czy czujesz sens w swoim życiu, czy raczej tylko przeczekujesz dni do kolejnego weekendu?

O dobru, które się nie wypala

Czy też tak macie . Ze pomagacie nie licząc na nic w zamian i sprawia wam to radość ? I im więcej dajecie tym bardziej jesteście szczęśliwi ?W Internecie krąży dziś wiele „mądrych” tekstów o tym, że dobry człowiek w końcu się zmienia, bo świat go wykorzystał, bo dawał za dużo, bo nie dostał nic w zamian. Czytam je i myślę, jak bardzo są one zakorzenione w ludzkim myśleniu, a jak mało w perspektywie Boga.

Bo człowiek, który żyje naprawdę z Bogiem, nie czerpie dobra z siebie. On nie rozdaje tego, co własne, ograniczone i kruche. On pozwala, by Bóg wlewał w jego serce miłość, pokój, radość, cierpliwość i miłosierdzie. I właśnie tym się dzieli  nie dlatego, że walczy o relacje, nie dlatego, że chce coś dostać w zamian, ale dlatego, że miłość Boża w nim jest żywa i chce Go dawać bo w  każdym geście który robi wobec drugiego jest sam dotyk Boga ! Bo wierzy że : cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili ( Mt 25,40 ).Wierzycie w to kierujecie się tym w życiu ? Bo ja staram się naprawdę leżą mi te słowa na sercu . 

Świat uczy: dawaj tyle, ile dostaniesz. Broń się. Licz. Odmierzaj.

Bóg uczy: kochaj, ale nie naiwnie. Dawaj, ale z Nim. Trwaj w prawdzie, a nie w rozczarowaniu.

Mądrość Boga jest zupełnie inna niż mądrość tego świata. Nie prowadzi do zgorzknienia, lecz do rozeznania. Nie zamyka serca, ale uczy granic. Granice nie są zaprzeczeniem miłości są jej ochroną. Dzięki nim serce nie twardnieje, tylko pozostaje czyste.

Człowiek zakorzeniony w Bogu wie, że nie każdemu trzeba dawać wszystko, ale nikogo nie wolno przestać kochać. Wie też, że dobro nie zawsze zostanie przyjęte i że to nie odbiera mu sensu. Bo jego źródłem nie są ludzie. Źródłem jest Bóg.

Jeśli człowiek polega tylko na sobie, świat szybko go zmęczy, porani i wciągnie w swoje macki: w pretensje, chłód, obojętność i kalkulację. Ale ten, kto polega na Bogu, uczy się odchodzić w pokoju, bez nienawiści i bez pogardy. Nie przestaje kochać przestaje tylko łudzić się tam, gdzie nie ma wzajemności.

Bóg nie wzywa do jednostronnych relacji, ale też nie uczy wycofania się z miłości. Uczy wolności. Wolności od oczekiwań, od rozliczania ludzi, od uzależniania swojego pokoju od ich reakcji. Dobro płynące z Boga nie wypala się, bo nie zależy od wdzięczności ani dojrzałości innych.

I dlatego nie każdy dobry człowiek się zmienia. Zmienia się ten, który próbował być dobry bez Boga. Ten, który żyje z Bogiem, dojrzewa ale nie traci serca. Bo wszystko, co prawdziwie dobre, nie pochodzi z niego… lecz przez niego płynie.Dlatego ja jestem wdzięczna Bogu że postawił mi na mojej drodze wspólnotę Lew Judy w której się uczę bo tam drugi człowiek uczy  żeby nie wpadać w pychę .Drugi człowiek chroni nas od pychy .

A Ty z czego czerpiesz?

Z własnych sił czy ze Źródła, które nigdy się nie wyczerpuje?

Chwila, którą można zmienić

Muszę się z Wami czymś podzielić, bo to jakoś siedzi we mnie i nie daje spokoju.

Wczoraj robiłam swoją pracę jak zwykle. Dużo ludzi, dużo biegania, jedni przychodzą, drudzy wychodzą, każdy ze swoją historią, ze swoim bólem, ale na co dzień już się trochę się od tego odcięłam ,bo inaczej nie dałoby się pracować. Trzeba robić swoje, wykonywać obowiązki, nie zaglądać ludziom w oczy, nie wchodzić w ich cierpienie, bo wtedy serce by tego nie uniosło.

W jednym z pokoi był młody chłopak. Naprawdę młody. Brał chemię. Ale ta chemia go wyniszczała. Źle się czuł, wyglądał bardzo słabo. Jęczał z bólu. Każda kropla, która wlewała się do jego żył, sprawiała mu ogromne cierpienie. To nie był zwykły dyskomfort. To był ból, który przechodził przez całe ciało i duszę.

Staram się nie patrzeć na pacjentów. Sami rozumiecie  nikt nie chce być oglądany w chorobie. Człowiek chce zachować resztki godności, prywatności. Ale jakoś tak spojrzałam na niego. I zobaczyłam jego oczy.

A w nich tyle bólu. Tyle cierpienia. Tyle bezradności.

Patrzył na mnie tak, jakby wołał bez słów:

„Pomóż mi”.

I w tamtej chwili pomyślałam: jak można pomóc człowiekowi w takim cierpieniu? Co można zrobić? Przecież jestem tylko człowiekiem. Nie jestem lekarzem, nie mam cudownego leku, nie potrafię zabrać mu bólu. Jak miałabym mu ulżyć? Jak?

I wtedy przyszła do mnie myśl:

my, katolicy, możemy pomóc. Naprawdę możemy.

Nie należę do osób, które dużo się modlą. Długie modlitwy mnie męczą, nudzą, gubię się w nich. I często nad tym ubolewam. Chciałabym się modlić więcej, głębiej, piękniej, a jednak jestem jaka jestem.

Ale patrząc na niego, poczułam, jak modlitwa sama się ze mnie wylewa z serca .

I powiedziałam w duchu:

Boże, zobacz, jak ten chłopak cierpi.

Widzisz to, Jezu? Spójrz w jego oczy.

Nie mogę przejść obok tego obojętnie.

Jezu, Synu Dawida, ulituj się nad tym młodym, cierpiącym człowiekiem.

Ty wiesz, że ja niewiele mogę zrobić, ale proszę pomóż mu w jego cierpieniu.

W Twoim imieniu jest uzdrowienie.

Jeśli taka jest Twoja wola, uzdrów go.

A teraz… ulżyj mu w tym bólu.

Proszę Cię, Boże, niech on tak nie cierpi

Stałam obok, dzieliła nas tylko kurtyna. Wiedziałam, że muszę wracać do pracy. Nie mogłam tam dłużej zostać. Obowiązki czekały. Wyszłam z pokoju, a on dalej siedział, chemia wciąż leciała.

Ale wyglądał już trochę inaczej.

Jakby spokojniej.

Jakby ból trochę zelżał.

Przestał jęczeć.

W jego oczach wciąż było cierpienie, ale pojawiła się też jakaś iskra. Coś jak wdzięczność. Jak spokój. Jakby ktoś dotknął jego serca.

I pomyślałam wtedy, że naprawdę warto modlić się za siebie nawzajem. Nawet za tych, których nie znamy. Za tych, których mijamy na ulicy, na przystankach, na peronach. Za bezdomnych. Za chorych. Za samotnych. Za tych, którzy już widzą tylko ciemność i nie mają siły iść dalej.

Bo czasem naprawdę niewiele możemy zrobić.

Ale modlitwą możemy bardzo wiele.

Wierzę, że nasza modlitwa porusza serce Boga.

Że kiedy wstawiamy się za innymi, to jest akt prawdziwego miłosierdzia.

Że taka modlitwa,  jest Bogu bardzo miła.

Może właśnie dlatego Bóg pozwala nam spotykać takich ludzi.

Nie po to, żebyśmy czuli się bezradni.

Ale po to, żebyśmy stali się dla nich mostem między ziemią a niebem.

A Ty…

czy modlisz się czasem za innych?

Nie tylko za rodzinę, za bliskich, za siebie.

Ale za obcych. Za tych, których nawet nie znasz.

Za człowieka, który stoi obok w kolejce.

Za kogoś, kto płacze w autobusie.

Za chorego, którego mijasz na korytarzu.

Może nie możesz zmienić jego życia.

Ale możesz zmienić jego chwilę.

Możesz poprosić Boga, żeby dotknął jego serca.

Czasem wystarczy jedno krótkie:

„Jezu, ulituj się nad nim”.

I to naprawdę ma znaczenie.Ja w to wierzę a Ty ?