Jutro piątek. Piątunio. Początek weekendu. I taka refleksja mnie naszła. Coraz częściej spotykam ludzi, którzy mają wszystko, a mimo to wyglądają, jakby dźwigali na plecach niewidzialne ciężary. Mają pieniądze, wygodne mieszkania, pomoc w domu, wolne weekendy. A jednak, gdy przychodzi poniedziałek, słyszę: Boże, jaka jestem zmęczona

Zastanawia mnie jedno pytanie: czym właściwie jesteś zmęczona?

Bo to nie jest zmęczenie po ciężkiej pracy w polu, po całym dniu noszenia cegieł czy opiekowania się dziećmi bez chwili przerwy. To zmęczenie po weekendzie spędzonym na kanapie z kieliszkiem prosecco. Po dwóch dniach bez ruchu, bez słońca, bez spotkań, bez życia.

Sprzątaczka posprząta.

Kucharz ugotuje.

Ogrodnik zajmie się ogrodem.

Niania dziećmi.

A właścicielka tego życia w poniedziałek, kiedy do niej przychodzę, mówi: Jestem wykończona

I ja naprawdę tego nie rozumiem. No czym, kurka wodna, można być tak zmęczonym?

Przecież życie jest piękne. Pełne smaków, kolorów, zapachów i dźwięków. Nie trzeba tysięcy dolarów, żeby zobaczyć zachód słońca, iść na spacer, ugotować coś prostego, spotkać się z kimś bliskim, poczuć wiatr na twarzy.

Problem polega na tym, że wielu ludzi przestało żyć, a zaczęło tylko funkcjonować. Czekają na weekend, żeby odpocząć od pracy. A kiedy weekend przychodzi, nie mają już siły ani pomysłu na życie. Więc leżą. Przewijają telefon. Patrzą w sufit. I w poniedziałek są jeszcze bardziej zmęczeni.

Nie sądzę, żeby to zmęczenie brało się z ciała.

Ono bierze się z pustki.

Wyobraź sobie dwie osoby.

Pierwsza ma wolną sobotę. Wstaje późno, włącza telewizor, przegląda media społecznościowe. Zamawia jedzenie, bo nie chce się gotować. Pół dnia mija nie wiadomo kiedy. Wieczorem czuje ciężar, senność i brak energii. Nic się nie wydarzyło.

Druga osoba też ma wolną sobotę. Wstaje rano, robi kawę, otwiera okno. Idzie na spacer z młodym, nawet krótki. W drodze kupuje świeże pieczywo. W domu robi śniadanie, włącza ulubioną muzykę. Później spotyka się z kimś bliskim albo robi coś rękami: porządkuje balkon, mieszkanie, sadzi kwiaty, gotuje obiad, idzie do kościoła.

Wieczorem jest zmęczona.

Ale to dobre zmęczenie. Takie, które mówi: to był dzień, który przeżyłam

Różnica między tymi osobami nie polega na pieniądzach. Polega na podejściu do życia. Jedna je przeczekuje. Druga je przeżywa.

Spójrzmy na rolnika.

Nie tego z reklam, z wielkim nowoczesnym sprzętem i pracownikami. Tylko na zwykłego, średniego, czasem biednego rolnika. Tego, który wstaje o świcie, bo zwierzęta czekają. Który nie ma wolnych weekendów, długich urlopów ani świąt bez obowiązków.

To ciężki kawałek chleba. A jednak wielu takich ludzi mówi: gdybym mógł, wróciłbym na wieś i robił to dalej. Bo tam praca ma sens. Widać jej efekty. Wstajesz rano i wiesz, po co wstajesz.

Albo stary szewc z małego miasteczka. Nie zarabia fortuny. Ręce ma spracowane, warsztat skromny. Ale kiedy klient odbiera naprawione buty i mówi: Dziękuję, na jego twarzy pojawia się uśmiech. Bo widzi sens w tym, co robi.

I może właśnie tego brakuje wielu ludziom: poczucia, że to, co robią, ma znaczenie.

Gdy ktoś robi za nas wszystko, zostaje wygoda.

Ale często znika poczucie sensu.

Ja wolę życie, które się przegryza , a nie połyka w całości bez smaku. Lubię czuć, że dzień ma zapach, kolor i dźwięk. Lubię iść do pracy z myślą: dobrze, że ją mam.

Praca to nie tylko obowiązek.

To narzędzie.

To część życia.

Może więc problem nie polega na tym, że ludzie są naprawdę zmęczeni. Może są po prostu zmęczeni życiem bez smaku.

Życie nie zaczyna się w piątek wieczorem.

Ono dzieje się codziennie.

A ty jak to widzisz?

Czy czujesz sens w swoim życiu, czy raczej tylko przeczekujesz dni do kolejnego weekendu?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź