Poniedziałek zaczął się jeszcze w nocy, takiej prawdziwej, czarnej, kiedy człowiek dopiero co przytulił poduszkę i marzy o kilku godzinach snu. Była 3:30 nad ranem, kiedy młody obudził mnie z krzykiem:
— Mamo, ucho mnie boli…
No i po spaniu. Podałam mu Motrin, próbowałam go uspokoić, ale ciężko mu było zasnąć. Wiercił się, marudził, a ja razem z nim. Noc była jedną z tych, które ciągną się w nieskończoność, kiedy co chwilę patrzysz na zegarek i liczysz, ile jeszcze do rana.
I jakby tego było mało, nagle złapał mnie taki ból żołądka, że przez moment myślałam, że naprawdę skończy się to wizytą w szpitalu. Ostry, ściskający, taki, że człowiek zaczyna się bać. Wzięłam dwa Advile i leżeliśmy razem z młodym, każde z nas jęczące z bólu. On z uchem, ja z żołądkiem. Noc matki i syna, w wersji zdecydowanie nie do pozazdroszczenia.
Rano jakoś się ogarnęliśmy i udało mi się dostać do pediatry. No i diagnoza: zapalenie uszu z obu stron. Pierwszy raz w życiu młody będzie brał antybiotyk. Nigdy wcześniej nie było takiej potrzeby, więc trochę mnie to ukłuło, ale wiadomo jak trzeba, to trzeba.
Przy okazji postanowiłam zapisać się do internisty. Termin? Koniec maja. Czyli klasyka. Dlatego ustaliłam sama ze sobą: jeśli taki ból złapie mnie znowu, jadę prosto do szpitala. Bez zastanawiania się i bez męczenia się w domu. Bo w nocy głowa zaczyna pracować na najwyższych obrotach i tworzy najczarniejsze scenariusze. A pracując na oddziale, gdzie widzi się różne rzeczy, człowiek naprawdę zaczyna się bać. Tej nocy, przy tym bólu, pierwszy raz poczułam prawdziwy strach przed chorobą, jaką wiadomo …
A młody? Leży w domu, z nosa cieknie, kaszle i taki jakiś osłabiony. Łapie wszystko, co tylko możliwe w tej szkole. I możemy go ubierać ciepło, podawać witaminy, dawać dobre rzeczy do jedzenia a on przecież lubi chrupać i seler, i marchewkę, i brokuły ale jak coś się przyczepi, to tragedia. No ale szkoła ma swoje prawa. Jedno z nich to takie, że wirusy i bakterie krążą jak na karuzeli. I nie ma na to rady.
Na szczęście pediatra okazał się bardzo sympatyczny. Też ma synka, pięć i pół roku, i mówi, że u nich w domu to samo przedszkole, a z nim wszystkie możliwe infekcje. Pogadaliśmy chwilę i zeszło na Polskę. Okazało się, że był u nas i widział Łódź, Warszawę i Zakopane. Zapytałam, czy nie widział Krakowa. A on mówi, że widział, tylko zapomniał nazwy.
Polskie jedzenie też mu smakowało, szczególnie pierogi. I śmiał się, że Polska jest piękna, ale można tam szybko utyć, bo jedzenie strasznie ciężkie. No cóż, coś w tym jest. Nasze tradycyjne potrawy są nie tylko pracochłonne, ale i solidnie kaloryczne.
I tak nam minął poniedziałkowy poranek. Młody w domu, zaopiekowany przez ojca i siostry, a matka jak to matka do pracy. Bo dziś wolnego nie ma i obowiązki same się nie zrobią.
Taki zwyczajny, niezwyczajny poniedziałek. Z bólem ucha, bólem żołądka, antybiotykiem, rozmową o pierogach i szybkim powrotem do codzienności.A u was jak minął dzień ?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Trzymaj się Jolu,młodemu i Tobie zdrówka i pogody ducha.
Dziękujemy z całego serca za dobre słowo . Dziś było już trochę lepiej. Mój żołądek co prawda wciąż o sobie przypomina i czuję, że coś mnie tam gniecie, ale młody na szczęście już bez gorączki. Oby tak dalej.Pozdrawiam