Co za dzień ,ludzie kochani !😁

Serio – czuję, że eksploduję wdzięcznością i radością. To był dzień, który udowodnił mi, że kiedy idę w coś na 100%, kiedy wkładam całe serce i duszę w nawet najmniejszą rzecz, to Wszechświat, Pan Bóg i dobrzy ludzie dokładają swoją cegiełkę. I wtedy dzieje się magia, wtedy powstaje prawdziwy ogień 🔥.

Bo taka jestem – nie na pół gwizdka, nie na „może kiedyś”. Jak idę, to biegnę. Jak robię, to z pasją. Jak się angażuję, to całą sobą. Wzięłam się za te gofry niby przypadkiem – a skończyło się tym, że upiekłam całe morze dobra. I wiecie co? To dobro wróciło do mnie z taką mocą, że aż dech zapiera!

Moja wspólnota – cud, miód i miłość. Msza Święta ofiarowana za mnie i moich bliskich, modlitwa ojca Michała, słowa, które spadły na mnie jak deszcz błogosławieństwa. Tyle piękna, że aż chciałam się pod ziemię schować – bo kto by pomyślał, że można tyle dobrego o mnie powiedzieć? A jednak! Każde słowo wchłonęłam, każde przyjęłam, każde trzymam w sercu jak najcenniejszą perłę. I chcę je rozpakowywać codziennie, smakować i przeżywać od nowa, bo każde z nich niesie miłość i światło.

A potem… magia chwili. Kolega ze wspólnoty, Romek, wziął gitarę i zaczął grać „Sto lat”, a wszyscy, którzy tam byli – w tym mój mąż Sławek – wstali i odśpiewali je razem. Głosy ludzi, śmiech, muzyka, radość – to było jak hymn wspólnoty, hymn miłości. Chwilo, trwaj! Takie momenty zapisują się w sercu na zawsze.

Rodzina? Moje skarby najdroższe! Dzieciaki zaskoczyły mnie trzema nowymi książkami Musierowicz – perełkami do mojej kolekcji. Do tego bukiet słoneczników – kwiatów mojego życia, moich marzeń, mojej duszy. Stały się dziś symbolem wszystkiego, co kocham: prostoty, szczerości i światła. Patrzę na nie i wiem, że to jest moje – moje życie, moje szczęście, moja miłość.

A to jeszcze nie koniec! Bo dostałam morze cudownych życzeń – nie tylko „odklepane Happy Birthday”, ale prawdziwe słowa, które niosły moc, które poruszały serce, które sprawiały, że chciało mi się płakać ze wzruszenia i jednocześnie skakać z radości. To były życzenia, od których serce chce wyskoczyć z piersi, bo czuje, że jest kochane i ważne. I za to dziękuję – za każdą literę, za każdy znak, za każde „kocham Cię” ukryte w tych życzeniach.

I wiecie co jeszcze? Dziękuję Bogu, że wybrał mi taki cudowny dzień narodzin. Powiem Wam szczerze – ja zawsze lubiłam ten mój 20 wrzesień. A dziś jeszcze bardziej – bo dostałam wiadomość, może nic wielkiego, nic znaczącego dla innych, ale dla mnie ogromny znak. Modliłam się do Boga, prosiłam i On dziś, po 7 latach, odpowiedział. Dał mi znak, że jest wierny, że słucha, że prowadzi. Czy to nie jest piękne? Czy nie mam skakać z radości i wdzięczności? 🙏

Mam w sercu przeogromną radość, bo Bóg jest i daje mi tyle, że trudno ogarnąć. A ludzie tego dnia dziękowali mi za to, co robię. A co ja robię? Nic wielkiego. Po prostu jestem. Uśmiecham się, staram się, jeśli mogę, nieść Boga w dobrym słowie. I to wszystko. A jednak – to wraca, rośnie, przemienia.

I patrzę na to wszystko i wiem jedno: jestem szczęściarą. Tak, szczęściarą, bo mam życie, które jest moje – proste, zwyczajne, a jednocześnie tak piekielnie wyjątkowe. Kocham je. Kocham ludzi, którzy je wypełniają. Kocham to, że mogę cieszyć się drobiazgami, które wcale drobiazgami nie są. Kocham to, że mogę dawać radość innym, że mogę działać, tworzyć, angażować się i być potrzebna. Bo właśnie wtedy czuję, że żyję naprawdę.

Nie zamieniłabym tego na nic innego. To moje życie – ukochane, jedyne, prawdziwe. I idę z nim do przodu z sercem rozpalonym i wdzięcznym, gotowa brać wszystko, co przynosi dzień.

„W życiu piękne są tylko chwile…” – Rysiek Riedel 🎶

I niech tak zostanie! Niech to życie mnie pali, niech daje vibe, niech mi się zawsze chce działać, kochać, pomagać i czuć. Bo to jest piękne – kiedy człowiek robi coś nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce. Bo kocha. Bo czuje. Bo pragnie dzielić się tym, co ma najcenniejsze – sercem. ♥️

46 lat i dalej na pełnej petardzie 🎢🔥

A ja dziś świętuję – nie hucznie, nie z pompą, tylko spokojnie, rodzinnie, bez fanfarów 🎂. Jutro będę na farmie z moją rodziną i dziećmi, będę świętować tak, jak lubię – zbierając jabłka 🍎, oddychając spokojem i prostą radością. A dziś? Zupełnie zapomniałam, że to 20 września, i zdeklarowałam się, że przywiozę gofry 🫣. No to robię! I to aż z dwóch różnych przepisów, żebyśmy mogli wybrać ten najlepszy na brunch 9 listopada. Zapomniałam o swoich urodzinach – jak zwykle! No cóż, tyle się dzieje, że czasem sama siebie nie ogarniam. Ale trudno – dziś są gofry, a teraz spacer z psem i takie oto moje urodzinowe przemyślenia mnie naszły.

No i bach – stuknęło 46! Wjechało jak pendolino bez hamulców i teraz już wiem, że moje życie to nie był żaden spokojny spacerek po parku. To był rollercoaster – taki, że nie ma barierki, a ja lecę jak matka bez trzymanki. Raz na szczycie, raz w dołku, czasem do góry nogami – ale zawsze z wrzaskiem i śmiechem jednocześnie.

Jestem trochę jak ta Matka Polka Siatkarka – ciągle z siatami w rękach, objuczona jak wielbłąd, ciągle w ruchu, ciągle coś trzeba ogarnąć. Niby naprawiam, niby ogarniam, ale piłki życia lecą w różne strony i nie zawsze trafiam w pole. Ale gram dalej, bo mam w sobie energię, której nie da się zatrzymać. No bo nie ma zmiłuj – kocham cię życie! 💥

46 lat to nie koniec sezonu – to bonus level! I plan jest taki:

• wywalić się ze strefy komfortu, ruszyć te swoje cztery litery z wygodnego fotela i zamiast ciap-ciap-ciap po domu – trochę się powyginać, a może nawet pobiegać… albo chociaż sprintem do lodówki 🫣😎

• wzlecieć balonem i machać ludziom z góry jakbym była królową Manhattanu – z uśmiechem, luzem i własnym soundtrackiem w tle .

• w końcu ruszyć do Hiszpanii, do Santiago de Compostela – krok, kawa, tapas, krok, sangria, krok, siesta. Dojdę… tylko nie pytajcie kiedy! 😂

• a przy okazji… zacząć rozglądać się za kosmetykami „50+”, bo za rogiem nowy etap. Ale spokojnie – jeszcze mam zapasy kremów 30+ i zamierzam je zużyć do końca!

Zmarszczki? Niech są – każda to linia scenariusza mojego życia. Botox? Nie, dziękuję – wolę wyglądać jak ja, niż jak klon 90% lalek z Instagrama. Farba do włosów? Jasne, ale bardziej kręci mnie farbowanie życia na kolorowo niż tylko zakrywanie siwych. A włosy? Może i zapuszczę – zobaczymy, czy wyjdą mi loki afro i będę wyglądać jak Beyoncé po przejściach. 🤣

Dzisiaj robię toast za moje 46 – za wszystkie jazdy bez trzymanki, za sny, marzenia i plany, które jeszcze chcę spełnić. Za to, że choć moje pendolino nie ma hamulców, to ja siedzę w kabinie i trzymam stery.

Tak że świat – uważaj, bo ja dopiero się rozkręcam! 💃🥂

Życzcie mi, żebym dalej żyła na pełnej petardzie, brała życie za rogi i szła do przodu… nawet z zamkniętymi oczami. Bo jak się potknę, to przynajmniej upadnę z fasonem i głośnym śmiechem! 😁

A jutro? Jutro znów wzejdzie słońce. A dzień będzie piękny, będzie zapraszał: „hej, bierz ze mnie pełnymi garściami!” – i dokładnie taki mam zamiar. A wy? 

Spacer do szkoły z moim Małym Wielkim Człowiekiem

Spacer do szkoły z moim Małym Wielkim Człowiekiem

Wychodzimy z domu. Poranek taki zwyczajny, a jednak inny niż wszystkie. Powoli, spokojnie, każde w swoim rytmie, a jednak razem. Drepczemy niespiesznie, jakbyśmy mieli przed sobą całą wieczność. Słońce muska nasze twarze, otula delikatnym ciepłem, jakby lato przyszło wcześniej. Zero wiatru, zero deszczu – nic tylko delektować się chwilą.

I wtedy pada to pytanie, które wbija mnie w chodnik:

– Mamo, a czy ty już jesteś stara?

Zatrzymuję się w myślach, bo w jego oczach świat jest prosty: ktoś jest młody, albo stary. Żadnych odcieni szarości. – Nie synku, nie jestem stara. Czuję się dobrze. Nie czuję się staro.

– Ale jesteś, mamo, jesteś jak babcia. Tylko ona bardziej, a ty zaraz za nią. Patrz, jak wolno idziesz, jak babcia. I masz linijki na twarzy, takie jak ona.

I w środku mnie ukłucie. Bo przecież nie czuję się staro, nie czuję się zmęczona życiem, a twarz? Owszem, ma linie, ale czy aż tak? Zaczynam w myślach rozważać – botox, zabiegi, może coś poprawić… Ale zanim zdążyłam wejść w te zakamarki własnych kompleksów, mój syn już był trzy kilometry dalej – w swojej dziecięcej radości.

– Mamo! Betoniarka! O, będą lać cement z tej wielkiej rury! Chodź, zostańmy i popatrzmy!

No i jak tu nie kochać dzieciństwa? Przed chwilą postawił mi pieczątkę „stara”, a teraz zachwyca się betoniarką jak największym widowiskiem na świecie. – Patrzę, patrzę! – wołam, a on już biegnie oczami za kolejnym zjawiskiem.

I nagle zaczyna śpiewać:

– I have a dream!

– A jaki to sen miałeś, synku? – pytam z uśmiechem.

– Nie, mamo! To piosenka! Uczymy się jej na muzyce. Pani wczoraj śpiewała. Wiesz, jakie to fajne?

I ja znów widzę tę pasję, tę radość – zwykła lekcja muzyki, a on świeci oczami, jakby opowiadał o koncercie życia.

I wtedy przechodzi do kolejnej fascynacji:

– Mamo, patrz! Mamy vovels! Krótkie i długie. O, o, o – octopus! – mówi, przykładając rękę do brody i demonstrując, jak to się wymawia. – A teraz long vowels! Powtórz za mną: old. Widzisz, mamo, sond long vowels, słyszysz to?

Stoję, patrzę na niego i powtarzam – trochę nieudolnie, trochę śmiejąc się pod nosem, bo on jest tak poważny w tym swoim uczeniu, jakby właśnie odkrywał tajemnicę wszechświata. A może naprawdę ją odkrywa? Bo w jego oczach każda literka, każdy dźwięk to wielkie WOW!

I tu wracamy do tematu:

– Widzisz, mamo? Octopus – short. Old – long. No i ty też old. Jesteś old, mamo.

No pięknie. Najpierw „stara jak babcia”, teraz jeszcze „old” w wersji angielskiej. Dostaję pieczątkę w dwóch językach, jakby jednej mu było mało. A ja? Ja nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Więc śmieję się, bo jego szczerość jest tak rozbrajająca, że nie da się inaczej.

Idziemy więc dalej – on, zapatrzony w świat, ja – zapatrzona w niego. I wiem, że w tej zwykłej drodze do szkoły jest ukryta największa magia. Magia życia, które ma smak i sens, bo idziemy przez nie razem.

I myślę sobie: nie jestem stara. Mam w sobie młodość, bo mam jego. Każda „linijka” na mojej twarzy to zapis naszych dni, naszych rozmów, naszych śmiechów. Nie zamieniłabym ich na żadną gładką maskę.

Bo ten mój Mały Wielki Człowiek daje mi więcej niż jakikolwiek eliksir młodości – daje mi inne spojrzenie na świat, uczy mnie cieszyć się betoniarką, piosenką na muzyce i literką „o”. A ja kocham w nim ten głód życia, tę ciekawość, tę radość. I wiem, że właśnie w tym tkwi prawdziwa młodość.

A Wy?

Czy Wasze dzieci (albo wnuki, albo cudze maluchy wokół Was) też powiedziały Wam kiedyś coś takiego, że jednocześnie rozbraja szczerością i wbija w ziemię? 😅

Dlaczego wracam do “Jeżycjady”

Lubię moje książki. Kocham moje regały pełne historii, które stały się częścią mojego życia. Staram się, by w domu były tylko te (no, prawie 😉), które naprawdę mnie wciągnęły, coś mi dały, coś zostawiły w mojej duszy. To nie są przypadkowe tytuły – to moje skarby, moje drogowskazy.

Wiecie, że książek Williama Whartona już nie drukują? Nie można ich kupić, a ja je mam – i całym sercem je kocham: „Spóźnieni kochankowie”, „Ptasiek”, „W księżycową jasną noc”. Takie książki zostają w człowieku na zawsze.

Ale obok nich stoją inne – równie ważne. Książki Małgorzaty Musierowicz. „Jeżycjada” – seria o rodzinie Borejków, której życie toczy się na ulicy Roosevelta w Poznaniu. Mam je, choć nie wszystkie. I wracam do nich zawsze wtedy, kiedy jest mi ciężko, kiedy potrzebuję normalności i spokoju. 

  “Ile razy można czytać jedną książkę?” – mówi mój mąż.

No i co z tego? Ja tam uwielbiam wracać do Borejków! Siadam z nimi przy stole, piję herbatę, słucham rozmów, śmieję się i wzruszam. To jak spotkanie z przyjaciółmi, których zna się od lat, a każde spotkanie smakuje tak samo dobrze.

Bo czy życie człowieka mierzy się tym, ile razy spróbował czegoś nowego, czy raczej tym, ile razy pozwolił sobie poczuć magię na nowo ? Książki mają swoje życie. One rosną razem z nami, dojrzewają, inaczej pachną, gdy wracamy do nich po latach. Czytam i stapiając się z bohaterami – żyję ich życiem. Ile razy zdarzyło mi się, że jadąc pociągiem powinnam wysiąść na Union Square, a ocknęłam się dopiero na Bronxie! Kurka wodna, strofuję się wtedy w myślach, ale w głębi serca wiem: to piękna cena za podróż w cudze życie.

I kto choć raz czytał Musierowicz, ten wie – jej książki są ponadczasowe.

Byłam w tym roku w Poznaniu. Stanęłam pod muralem Musierowicz, przeszłam się ulicą Roosevelta, zajrzałam pod adres Borejków. To było jak powrót do lat młodości. Marzę, by kupić całą nową serię „Jeżycjady” – teraz z dodatkowymi słowami autorki. Wiem, że jak tylko będę w Polsce, zafunduję sobie ten komplet, bo to mój top one.

Bo ten świat – Borejkowie, ich dom, ten klimat – daje mi spokój. To prostota, ciepło, normalność. A przecież właśnie tego najbardziej nam teraz potrzeba.

I właśnie dlatego tak mocno uderza we mnie przesłanie z „Dziecka piątku”. To nie jest tylko kolejny tom „Jeżycjady”. To opowieść o tym, że odgradzanie się od ludzi to tak, jakby zniknąć. Że bogactwo nie polega na tym, ile masz, tylko ile potrafisz dać.

Tam padają słowa, które chciałoby się wytatuować na sercu:

„Nie wyciągaj ręki — podawaj rękę. Nie czekaj, aż inni ci coś dadzą. Ty zacznij. Ty zrób krok. Ty rozpal iskrę. Nie ten jest bogaty, kto dużo ma, tylko ten, kto dużo daje.”

Czy to nie jest piękne? Czy to nie jest dokładnie to, czego dzisiaj nam trzeba?

Kiedy jestem z Borejkami, naprawdę tam jestem. Razem z Gabrysią przeżywam jej ciążę z Ignacym Grzegorzem, razem z nią wącham bukiecik świeżego koperku. Zatracam się w tych zwyczajnych obrazkach i czuję się częścią rodziny.

A moje córki? Są takie podobne do Pyzy i Tygryska – jakby same wyskoczyły z kart „Jeżycjady”!

I wtedy wiem, że książki Musierowicz to nie tylko lektura. To lekcja życia, której nie da się zamknąć w jednym wieczorze. One są jak herbatka na jesień – lekkie, ciepłe, kojące.

Dlatego właśnie wracam. Dlatego mogę czytać je w kółko. Bo Borejkowie uczą, że człowiek jest potrzebny innym ludziom. Że im więcej siebie dajemy, tym bardziej naprawdę żyjemy.

A ja chcę żyć. Chcę dawać. I chcę wciąż na nowo przeżywać tę magię, którą Musierowicz wplotła w swoje książki.

A Ty? Czytałaś „Jeżycjadę”? Która z postaci została w Twoim sercu na zawsze – Gabrysia, Pulpecja, Ida, Patrycja, Róża, czy może sama Mila Borejko? Podziel się swoimi przeżyciami. Bo przecież człowiek potrzebuje człowieka – a książki są najpiękniejszym mostem, który nas łączy.

Jak przeżyć lekcje domowe i nie zwariować …?

Padam dziś na pysk. Normalnie — jakby mnie walcem przejechano, a potem jeszcze cofnęli dla pewności. Ale zmiłuj się nie ma — kuchnia wzywa! Ruszyłam więc piec moje ukochane słodkie ziemniaki: karmelizowane, chrupiące, takie, że człowiek mógłby nimi poprawiać sobie humor zamiast czekolady.

Do tego dorzuciłam gwiazdę dnia — SAŁATĘ. Nie byle jaką, tylko tę z ryneczku, która przeleżała w lodówce dwa tygodnie i wyszła z tego starcia piękniejsza niż w dniu zakupu. Twarda, zielona, jędrna — normalnie marzenie. Szczypior poległ jak bohater na froncie, ale trudno — przynajmniej sałata przetrwała. Zrobiłam z niej sałatkę: liście porwałam, śmietanka, sól, trochę octu jabłkowego — i już gotowa do obiadu.

I oto wchodzi ON. Mąż. Król ryb, cesarz przypraw, specjalista od… Salomona. On nie przyprawia ryby — on ją głaszcze, masuje i kąpie w kąpieli z ziół. Ja niby też: musztarda, czosnek, miód — i co? Dzieci: „Mamo, ale to nie ma smaku…” Jak to nie ma?! Ja tu się pocę nad tą rybą, a ona zostaje na talerzu prawie nietknięta. A jak mąż robi? Nic nie zostaje. Zero. Nic. 

Więc tak — ja robię połowę obiadu, on drugą. Zjadamy, siadamy… i wtedy zaczyna się PRAWDZIWY HORROR 🎬: proszę państwa, HOMEWORK!

Mój system jest prosty: jedno westchnięcie dziecka i już bym spakowała zeszyty do plecaka, napisała „zmęczone, proszę o litość” do nauczyciela i koniec. Dla mnie te lekcje to pole bitwy — ja zawsze pierwsza dezerteruję.

Mój mąż? On traktuje to jak negocjacje pokojowe w ONZ. „Siadaj, zrobimy tylko jedno zdanie.” „Ale tatooo, ja nie chcęęę!” „Jedno zdanie i koniec.” Pisze. Kręci się na krześle. Chrząka. Gada. Ale pisze. Done. Wola uradowany: „Brawo! A teraz może pokolorujemy? Jakim kolorem?” „Niebieski!” — z radością woła Tymon. „No to szukaj niebieskiego, pokaż, jak pięknie malujesz kwiatki.” I bach — już maluje. „O, a to jaka literka? To twoje imię! Napiszesz?” — z entuzjazmem oznajmia mój mąż. I już pisze. Tadamm — homework skończony. Dzieciak dumny, mąż szczęśliwy, a ja? Patrzę jak na iluzjonistę, co wyciągnął królika z kapelusza.

Mój mąż ma taktykę. To już nasze czwarte dziecko, które zaczyna szkołę, i każdego dnia brnie przez prace domowe. Dzisiaj poszło bez poślizgów, ale bywają dni, kiedy siedzimy ponad dwie godziny nad dwiema kartkami. Jest kładzenie, płacz, marudzenie, rozciąganie ćwiczeń, jest siku i kupa i wszystko, co tylko można wymyślić, byleby nie siedzieć nad książkami. I ja to rozumiem. Ja bym się poddała przed pierwszym „nie chce mi się”.

Mój mąż patrzy inaczej: jest zadanie — trzeba rozbroić bombę i ją zneutralizować. Czyli mój mąż to saper w jednej osobie; codziennie rozbraja homework i ma w tym najlepszą wprawę. Trafił mi się prawdziwy fachowiec.

A ja w tym czasie wolę robić pranie, wyszorować podłogę szczoteczką do zębów albo przygotować kolację — cokolwiek, byle nie siedzieć nad lekcjami. Homework to moja pięta Achillesowa, mój dynamit w zamkniętym pomieszczeniu: rozwala mnie każde „nie chce mi się” rozległe niczym symfonia wymówek.

I tak sobie myślę — Boże, jak Ci dziękuję, że dałeś mi tego męża-czarodzieja, który siada z dzieciakami i robi z lekcji komedię zamiast horroru. Obiady przygotowuje tak, że dzieci je jedzą ze smakiem. Bez niego dawno bym wylądowała w jakimś psychiatryku, bo on z całą czwórką siadał i pomagał i dalej pomaga odrobić. A ja? Mam święty spokój: zaszywam się w kuchni, robię, pracuję, czytam — i z homeworkami nie walczę. Czy nie jestem szczęściara? Oceńcie sami 😁

Misja: IKEA

Plan prosty jak zawsze: kawa i frytki na start, bo przecież nie wchodzi się głodnym do tego gigantycznego labiryntu. Inaczej człowiek w połowie drogi padłby gdzieś między regałem KALLAX a sofą EKTORP.

Idę, idę, strzałki prowadzą, a ja czuję się jak w escape roomie. Różnica tylko taka, że zamiast rozwiązywać zagadki – rozwiązuję dylematy: „Potrzebuję tej lampki czy nie?”.

Nowa pościel? Obowiązkowo – każdy ma swoje ulubione kolory, więc hop, ląduje w koszyku. A potem to już lawina: „to”, „tamto” i „siamto”. No bo przecież wszystko się przyda.

Syn – pełen zachwytu – testuje wszystko: piętrowe łóżka, kręcone fotele, labirynty z aranżacji. Największe marzenie? Lampa astronauta i pokój rodem z kosmosu: rakieta zamiast łóżka, gwiazdy na suficie, planety na dywanie. Ja, twardo stąpając po ziemi: „Jedna rzecz, synku. Lotto jeszcze nie wygrałam.” Po długim namyśle – lampa wygrywa. Uff!

Córki? Jedna rzuciła się od razu na dział z roślinami doniczkowymi – bo jak wiadomo, parapet bez nowych kwiatów to dramat. Druga z kolei przepadła przy dekoracjach i obrazach. A tam… słoneczniki van Gogha. Ciężko było przejść obojętnie, bo ten obraz to dla mnie absolutna miłość. Uwielbiam słoneczniki – i w wazonie, i na płótnie. Do tego oczywiście świeczki – bo przecież z IKEA nie wychodzi się bez świeczek.

Bilans końcowy

• Ja: pościel i kilka „przydasiów”.

• Syn: lampa astronauta i marzenia o kosmosie.

• Córki: kwiaty doniczkowe i dekoracje, którym nie sposób się oprzeć.

A mąż? On tradycyjnie dopiero przy kasie przeżył swój własny dramat, patrząc na paragon i robiąc oczy jak pięciozłotówki.

– „Kobieto?! Ile?! Sumienia nie masz?!”

Ja spokojnie: „Ale przecież do IKEA nie jeździmy co tydzień…”

Na co on tylko przewrócił oczami – bo doskonale wie, że chyba jednak częściej, niż mu się wydaje.

A wszystko zaczęło się od kawy i frytek… ☕🍟

Macie też swoje ikejowe tradycje? Frytki na wejściu, obowiązkowa świeczka do koszyka czy może kończy się tak, że wracacie z czymś, czego wcale nie planowaliście kupić? 😅

Misja Niemożliwa: Prezent dla Mamy 🎁

Macie wśród znajomych albo w rodzinie kogoś, kogo naprawdę ciężko jest obdarować czymkolwiek? A może nie byle czym, tylko czymś, co zrobi to prawdziwe „WOW”, co zostanie w serduchu jak pieczęć? Bo ja mam! I ludzie, ratujcie, bo stoję nad największym życiowym wyzwaniem!

Mam mamę. Ale… totalnie nie do obdarowania.

16 września ma urodziny – a ja już mam stres po wcześniejszych próbach.

✔️ Był masaż i spa (myślałam, że się rozluźni – wyszła jeszcze bardziej spięta 🤷‍♀️).

✔️ Był fryzjer (ładniej, ale bez „ochów i achów”).

✔️ Były kubeczki (piła z nich, ale bez banana na twarzy).

✔️ Były perfumy, biżuteria i cała reszta klasyków (meh, meh i jeszcze raz meh).

✔️ A nawet wycieczka – i co? I dalej brak efektu „WOW, daliście czadu!”.

A ja tylko marzę, żeby przez chwilę zobaczyć ten uśmiech od ucha do ucha, taki banan 🍌 na buzi, i żeby powiedziała: „No, to mi się podoba!”.

I teraz pytanie:

Czy powinnam olać temat i udawać, że zapomniałam – bo może wtedy sama się ucieszy, że ma w końcu święty spokój?

Czy mam zamówić alpaki do ogródka, żeby robiły show i chrupały marchewki prosto z ręki?

A może wynająć kwartet smyczkowy, który zagra jej „Sto lat”… ale w wersji rockowej, żeby aż szyby drżały?

Albo posłać do niej striptizera w stroju hydraulika – bo kto by się nie ucieszył, że wreszcie ktoś naprawi wannę? 😅

Ludzie, ratujcie, bo pomysłów mam coraz mniej, a stresu coraz więcej. Chcę tylko raz w życiu zobaczyć ten banan od ucha do ucha i usłyszeć: „No, to mi się podoba!”.

Sobota

Sobota.

Plan dnia: pranie, sprzątanie, zakupy, park z młodym (bo koledzy już się ustawili), no i oczywiście ogarnianie wszystkiego, co się da.

Rzeczywistość? Siedzę przyklejona do okna z kawą jak kot na parapecie. Głowa boli od rana, a tempo mam takie, że żółwie mogłyby spokojnie robić za moich trenerów personalnych 🐢🙃.

Czasami naprawdę się zastanawiam, czy nie dopada mnie jakaś migrena weekendowa. W tygodniu – stres, ręce pełne roboty, zero chwili dla siebie. A gdy tylko przychodzi sobota czy niedziela i niby mogę zwolnić, to ból głowy rozsadza mi czaszkę jakby na złość.

Do tego wszystkiego – balkon zamknięty na dwa lata (TAK, całe dwa lata!) z powodu renowacji. Koniec z moim ukochanym rytuałem: zero kwiatków, zero krzesełek, zero stolika. Jakby ktoś mi ukradł kawałek wolności. Kawa smakuje inaczej, gdy nie można jej sączyć na balkonie, patrząc na świat, tylko trzeba gapić się przez szybę.

A żeby nie było za różowo – w tym tygodniu padła maszyna do kawy, kawiarka i zmywarka. Jednym słowem: masowy bunt sprzętów AGD. Jakby się umówiły: „Ej, nie było jej miesiąc, to uciekamy na emeryturę!”. No i zostałam sama – ja i młynek. Teraz parzę kawę po turecku, a że fusy zostają w kubku, to mam od razu śniadanie w gratisie – kawa + crunchy fusy. Taka promocja życia 😂☕

Na szczęście wczoraj przyjechała nowa zmywarka. Radość taka, jakby ktoś mi Mercedesa pod dom podstawił! 🚗💨 Teraz czekam, aż mój prywatny hydraulik (czytaj: mąż) ją zamontuje. Jest też szansa, że podejmie się reanimacji kawiarki. Jeśli się uda – cud. Jeśli nie – cóż, chyba będę musiała rozważyć drugi etat, żeby uzbierać na nową maszynę do kawy 🙃

A ja? Ja dziś po prostu zwolniłam. Niby tyle do zrobienia, a ja czuję się jak mucha w smole. To dziwne uczucie, ale może właśnie potrzebne. Bo świat i tak oszalał – wszędzie tyle zła, ludzie potrafią być dla siebie bezlitośnie okrutni. Więc ja dziś robię bunt – wybieram kawę (z fusami), okno i chwilę ciszy dla siebie. A potem pójdę do parku, bo uśmiech mojego młodego i jego banda kumpli mają większą moc niż najczystsze mieszkanie.

Także jeśli i Wy dziś jedziecie na zwolnionych obrotach – witajcie w klubie. Zróbcie kawę, usiądźcie, popatrzcie w niebo i miejcie to w nosie, że pranie czeka. Ono i tak nie ucieknie 😉

Dobrego dnia, Kochani! ♥️☕

STOP NIENAWIŚCI – WOJNA, KTÓRĄ MUSIMY ZATRZYMAĆ!!!!

Ludzie… co się z nami stało?

Codziennie patrzymy na ten świat, który miał być światem wolności, światem pokoju, światem dla naszych dzieci – a staje się polem wojny. Wojny, która nie ma frontów i czołgów, ale ma coś gorszego: serca pełne nienawiści.

Wczoraj wydarzyło się coś, co rozrywa serce na kawałki. Człowiek – ojciec, syn, mąż – został zabity z zimną krwią. Strzał w głowę. Koniec. Tak po prostu. I nie chodzi tu o poglądy polityczne. Nie chodzi o to, czy ktoś go lubił, czy nie. Tu chodzi o człowieka. O życie, które zostało brutalnie przerwane. O dzieci, które już nigdy nie usłyszą: „jak było w szkole?”, o żonę, która już nigdy nie zobaczy uśmiechu swojego męża, o rodziców, którzy będą musieli chować własne dziecko.

To nie jest polityka. To jest wojna nienawiści.I ta wojna trwa. Ona nie zaczęła się wczoraj i niestety nie skończy się jutro. To wojna, w której każdy z nas może być celem – tylko dlatego, że powie coś, co komuś się nie spodoba, że uwierzy w coś, w co inny nie wierzy, że spojrzy na świat inaczej.

Zastanówmy się: co musi się stać w sercu człowieka, żeby przestał widzieć drugiego jako osobę, a zaczął widzieć w nim tylko wroga? Co musi się złamać, żeby ktoś potrafił spojrzeć w oczy drugiemu i pociągnąć za spust?

To nie jest tylko decyzja jednego człowieka. To efekt atmosfery, jaką tworzymy. Atmosfery pogardy, wyzwisk, demonizowania „tych drugich”. Atmosfery, w której słowo nie służy do dialogu, ale do ataku. Atmosfery, w której publiczna debata nie jest wymianą poglądów, tylko areną gladiatorów, gdzie każdy ma zostać zniszczony.

Czy naprawdę chcemy żyć w świecie, w którym człowiek staje się tarczą strzelniczą tylko dlatego, że mówi inaczej? Czy naprawdę chcemy, żeby nasze dzieci rosły w przekonaniu, że kula jest argumentem mocniejszym niż słowo?

W takich chwilach jedno pytanie wraca jak echo: gdzie jest Bóg w życiu tych ludzi? Gdzie jest sumienie? Gdzie jest ta granica, która miała powstrzymać człowieka przed najgorszym?

Każdy z nas czasem się wścieka, kłóci, ma żal. Ale normalny człowiek, zanim zabije nawet pająka, wyniesie go przez okno. A tutaj ktoś odebrał życie człowiekowi. Zimno. Bezwzględnie. Jakby to była rzecz, a nie istota stworzona z krwi i kości, z marzeń, z uczuć.

To jest największa tragedia naszych czasów – że nienawiść potrafi tak zatruć serce, że człowiek gubi Boga, gubi empatię, gubi człowieczeństwo.

Dlaczego? To jedno słowo nie daje spokoju.

Dlaczego on się tego dopuścił?

Dlaczego człowiek zrezygnował z miłości, zrozumienia, z cierpliwości – i wybrał nienawiść, przemoc, śmierć?

Czy naprawdę świat stał się tak zimny, że łatwiej jest zabić niż porozmawiać? Łatwiej odebrać życie niż wysłuchać? Łatwiej wycelować pistolet niż podać rękę?

Ludzie, obudźmy się. To, co się wydarzyło, to nie tylko tragedia jednej rodziny. To ostrzeżenie dla nas wszystkich. Dziś zginął on. Jutro może zginąć ktoś inny. Każdy. Ty, ja, twoje dziecko, twój sąsiad. Bo kiedy raz pozwolimy, by nienawiść rządziła światem, ona nie zatrzyma się na jednej ofierze.

To rak, który rozprzestrzenia się coraz szerzej. Rak, który niszczy wspólnoty, rodziny, narody. I jeśli nie zaczniemy go leczyć – on pożre nas wszystkich.

Niech ta śmierć nie pójdzie na marne. Niech stanie się krzykiem, który przebije się przez mury obojętności. Nie możemy dalej żyć w świecie, gdzie normalne jest, że ktoś z zimną krwią odbiera życie drugiemu.

Musimy przestać karmić nienawiść. Musimy odzyskać dialog, szacunek, empatię. Nie ma „nas” i „ich”. Jest tylko człowiek. Każdy z nas ma serce, rodzinę, marzenia. I każdy zasługuje, żeby żyć.

Bo inaczej… inaczej jutro obudzimy się w świecie, gdzie nikt już nie będzie bezpieczny.

Nienawiść zabija. Miłość ocala.

Pytanie, które zostaje, brzmi: którą drogą pójdziemy?

Halo, życie – ja nie zamawiałam wnerwu!

Mam świetne życie i mogę to ująć w jednym zdaniu – czwórka dzieci, które potrafią zrobić z dnia rollercoaster bez biletu, rodzina, na której mogę polegać, przyjaciele, którzy nigdy się nie spóźniają i zawsze są obok. Ja nie muszę szukać dramy – bo moje życie i tak jest pełne emocji, niespodzianek i zamieszania. Tylko że… czasem mam wrażenie, że świat prowadzi jakąś dziwną loterię: codziennie dorzuca nam powód do wnerwu w gratisie.

Weźmy traffic. Wsiadasz do auta, niby masz zapas 15 minut, bo przecież jesteś rozsądna i wiesz, że w tym mieście wszystko może się wydarzyć. Ale nagle – bach! – przed tobą żółty autobus szkolny. I kiedy on staje, to staje całe miasto. STOP wyciągnięty, dzieci idą, nie ma litości, nie ma wyjątków, nie ma przebacz. Możesz gasić silnik, zrobić kawę w termosie, przeanalizować sens życia – bo dopóki ten autobus nie ruszy, ty też jesteś przykuta do asfaltu. Autobus w tym momencie staje się królem szosy, cesarzem drogi, a wszyscy za nim – tylko pokornymi poddanymi.

Albo śmieciarka. O tak, śmieciarka to dopiero mistrzyni chaosu. Jedzie powolutku, zatrzymuje się co dwa metry, zgarnia kolejne worki – a ty za nią. Korek taki, że w tym czasie zdążysz przesłuchać cały podcast, odrobić z dzieckiem lekcje i jeszcze przeżyć kryzys egzystencjalny. Do tyłu nie zawrócisz, bo już pięćdziesiąt aut utknęło za tobą. Ludzie trąbią jak na festiwalu klaksonów, klną na siebie nawzajem, na los, na pogodę, na burmistrza i na to, że w ogóle zdecydowali się dziś wyjść z domu. I powiedzcie mi – kto tu szuka powodu do nerwów? To nie ja. To śmieciarka trzyma nas wszystkich jako zakładników codzienności.

A metro? To już czysta rosyjska ruletka. Raz jedzie express i czujesz się zwycięzcą, raz local i zastanawiasz się, czy kiedykolwiek dojedziesz. A czasem w ogóle nie przyjedzie, bo sygnalizacja ma zły dzień. Ty stoisz na peronie, gapisz się w tunel i masz wrażenie, że to ukryta transmisja na żywo: „Obywatel kontra system – kto pierwszy pęknie?”.

Do tego dochodzą urzędy i lekarze – klasyka gatunku. Ty spóźnij się pięć minut, a jesteś traktowana jak sabotażystka. Ale oni mogą kazać ci czekać godzinę i jeszcze spojrzą na ciebie z wyrzutem, że się nie uśmiechasz. Równość? Nie. To teatr absurdu, w którym widz ma siedzieć cicho, a aktor na scenie może robić, co mu się podoba.

I teraz najlepsze. Ludzie powtarzają, że „wszyscy jesteśmy wiecznie głodni powodów do wnerwu”. Nie, proszę państwa. Nie wszyscy. Ja nie jestem. Ja mam życie pełne emocji i naprawdę nie muszę wymyślać sobie dodatkowych dramatów. To świat codziennie robi casting na nowy powód do frustracji, a ja – chcąc nie chcąc – dostaję w tym serialu rolę statystki.

Bo wiecie, ja nie muszę polować na złość. Mam czwórkę dzieci, dom, obowiązki, codzienny chaos. U mnie zawsze się coś dzieje. To raczej świat zachowuje się jak złośliwy kelner – zamiast podać normalne danie, podaje ci talerz frustracji i mówi: „Na koszt firmy. Smacznego!”.

Więc pozwólcie, że powiem to jasno: to nie my zamieniliśmy życie w polowanie na powody do wnerwu – to życie samo rozdaje bilety na tę karuzelę. I czy chcesz, czy nie, wsiadasz i jedziesz. Czasem z uśmiechem, czasem z ironią, czasem z przekleństwem na ustach – ale zawsze w tej samej kolejce.

A teraz pytam się was: jak myślicie? To my naprawdę polujemy na dramę, czy to świat codziennie wciska nam ją w kieszeń jak ulotkę, której nikt nie chciał, a i tak trzeba ją zabrać?