Padam dziś na pysk. Normalnie — jakby mnie walcem przejechano, a potem jeszcze cofnęli dla pewności. Ale zmiłuj się nie ma — kuchnia wzywa! Ruszyłam więc piec moje ukochane słodkie ziemniaki: karmelizowane, chrupiące, takie, że człowiek mógłby nimi poprawiać sobie humor zamiast czekolady.
Do tego dorzuciłam gwiazdę dnia — SAŁATĘ. Nie byle jaką, tylko tę z ryneczku, która przeleżała w lodówce dwa tygodnie i wyszła z tego starcia piękniejsza niż w dniu zakupu. Twarda, zielona, jędrna — normalnie marzenie. Szczypior poległ jak bohater na froncie, ale trudno — przynajmniej sałata przetrwała. Zrobiłam z niej sałatkę: liście porwałam, śmietanka, sól, trochę octu jabłkowego — i już gotowa do obiadu.
I oto wchodzi ON. Mąż. Król ryb, cesarz przypraw, specjalista od… Salomona. On nie przyprawia ryby — on ją głaszcze, masuje i kąpie w kąpieli z ziół. Ja niby też: musztarda, czosnek, miód — i co? Dzieci: „Mamo, ale to nie ma smaku…” Jak to nie ma?! Ja tu się pocę nad tą rybą, a ona zostaje na talerzu prawie nietknięta. A jak mąż robi? Nic nie zostaje. Zero. Nic.
Więc tak — ja robię połowę obiadu, on drugą. Zjadamy, siadamy… i wtedy zaczyna się PRAWDZIWY HORROR 🎬: proszę państwa, HOMEWORK!
Mój system jest prosty: jedno westchnięcie dziecka i już bym spakowała zeszyty do plecaka, napisała „zmęczone, proszę o litość” do nauczyciela i koniec. Dla mnie te lekcje to pole bitwy — ja zawsze pierwsza dezerteruję.
Mój mąż? On traktuje to jak negocjacje pokojowe w ONZ. „Siadaj, zrobimy tylko jedno zdanie.” „Ale tatooo, ja nie chcęęę!” „Jedno zdanie i koniec.” Pisze. Kręci się na krześle. Chrząka. Gada. Ale pisze. Done. Wola uradowany: „Brawo! A teraz może pokolorujemy? Jakim kolorem?” „Niebieski!” — z radością woła Tymon. „No to szukaj niebieskiego, pokaż, jak pięknie malujesz kwiatki.” I bach — już maluje. „O, a to jaka literka? To twoje imię! Napiszesz?” — z entuzjazmem oznajmia mój mąż. I już pisze. Tadamm — homework skończony. Dzieciak dumny, mąż szczęśliwy, a ja? Patrzę jak na iluzjonistę, co wyciągnął królika z kapelusza.
Mój mąż ma taktykę. To już nasze czwarte dziecko, które zaczyna szkołę, i każdego dnia brnie przez prace domowe. Dzisiaj poszło bez poślizgów, ale bywają dni, kiedy siedzimy ponad dwie godziny nad dwiema kartkami. Jest kładzenie, płacz, marudzenie, rozciąganie ćwiczeń, jest siku i kupa i wszystko, co tylko można wymyślić, byleby nie siedzieć nad książkami. I ja to rozumiem. Ja bym się poddała przed pierwszym „nie chce mi się”.
Mój mąż patrzy inaczej: jest zadanie — trzeba rozbroić bombę i ją zneutralizować. Czyli mój mąż to saper w jednej osobie; codziennie rozbraja homework i ma w tym najlepszą wprawę. Trafił mi się prawdziwy fachowiec.
A ja w tym czasie wolę robić pranie, wyszorować podłogę szczoteczką do zębów albo przygotować kolację — cokolwiek, byle nie siedzieć nad lekcjami. Homework to moja pięta Achillesowa, mój dynamit w zamkniętym pomieszczeniu: rozwala mnie każde „nie chce mi się” rozległe niczym symfonia wymówek.
I tak sobie myślę — Boże, jak Ci dziękuję, że dałeś mi tego męża-czarodzieja, który siada z dzieciakami i robi z lekcji komedię zamiast horroru. Obiady przygotowuje tak, że dzieci je jedzą ze smakiem. Bez niego dawno bym wylądowała w jakimś psychiatryku, bo on z całą czwórką siadał i pomagał i dalej pomaga odrobić. A ja? Mam święty spokój: zaszywam się w kuchni, robię, pracuję, czytam — i z homeworkami nie walczę. Czy nie jestem szczęściara? Oceńcie sami 😁
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.