Jak niewiele potrzeba do szczęścia ❤️

Lubię takie dni.

Takie zwyczajne, ciche, niespieszne.

Kiedy nigdzie nie trzeba pędzić. Kiedy zegarek na chwilę przestaje rządzić naszym życiem. Kiedy można po prostu być. Razem.

Być z moim mężem w codzienności.

W rozmowie i w milczeniu.

We wspólnym piciu porannej kawy.

W siedzeniu obok siebie bez wielkich planów i bez potrzeby ciągłego działania.

W słuchaniu deszczu uderzającego o szyby.

W celebrowaniu leniwej niedzieli, kiedy świat za oknem zwalnia, a my możemy zatopić się w miękkich fotelach i po prostu cieszyć swoją obecnością.

Ostatni weekend właśnie taki był.

Mokry, zimny, deszczowy. Taki, który wielu pewnie uznałoby za ponury i stracony.

A dla mnie był piękny.

Siedzieliśmy większość dnia w domu i naprawdę dobrze nam z tym było.

Dzieci jak zwykle układały kolejne pudełko puzzli, śmiejąc się i kłócąc czasem o brakujące elementy, a my byliśmy obok siebie.

Rozmawialiśmy dużo. Chyba nawet więcej niż przez ostatnie tygodnie.

I zdałam sobie sprawę, jak bardzo nam tego brakowało.

Jak bardzo wspólne bycie blisko siebie jednoczy.

Jak naprawia.

Jak koi to, co zostało zmęczone codziennością.

Jak przypomina, że pod warstwą obowiązków, zmęczenia, pośpiechu i frustracji nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy kiedyś wybrali siebie nawzajem.

W ferworze codziennych spraw gdzieś trochę się zagubiłam.

W obowiązkach.

W presji czasu.

W niekończącej się liście rzeczy do zrobienia.

W zmęczeniu.

I gdzieś po drodze zaczęłam oddalać się od tego, co naprawdę ważne.

Ale mam poczucie, że ostatnio na nowo odnajduję siebie.

Powoli. Spokojnie. Krok po kroku.

I wiem, że ogromną częścią tego powrotu jest nasza wspólna modlitwa.

Wróciliśmy do niej.

Jak bardzo mi tego brakowało.

Wieczorem znajdujemy dosłownie kilka minut.

Czasem to tylko pięć minut.

Tylko albo aż.

Pięć minut wspólnego oddania tego dnia Bogu.

Pięć minut zatrzymania.

Pięć minut wdzięczności.

Pięć minut, które naprawdę zmieniają więcej, niż mogłoby się wydawać.

Bo taka modlitwa naprawdę robi swoje.

Ustawia.

Naprawia.

Uspokaja.

Daje siłę.

Przypomina, że nie wszystko musimy dźwigać sami.

Bóg naprawdę troszczy się o nas.

I wiem, że chce naszego dobra.

Chce naszej jedności.

Chce naszego małżeństwa silnego, spokojnego i opartego na Nim.

I coraz częściej myślę o tym, jak niewiele tak naprawdę potrzeba do szczęścia.

Nie wielkich podróży.

Nie idealnego życia.

Nie nieustannego „więcej”.

Czasem wystarczy ciepła kawa.

Deszcz za oknem.

Śmiech dzieci układających puzzle.

Dłoń ukochanej osoby obok.

Kilka minut modlitwy.

Spokój serca.

I obecność Boga w tym wszystkim.

Kiedy robi się dla Niego miejsce i pozwala Mu działać, wszystko zaczyna wracać na właściwe tory.

Powoli.

Łagodnie.

Bez napięcia.

Bez niepotrzebnych spięć.

I nagle znów można oddychać pełniej.

Jestem naprawdę szczęśliwa.

I ogromnie wdzięczna.

Wdzięczna Bogu za mojego męża.

Za moje dzieci.

Za rodzinę.

Za codzienność, która choć czasem trudna  jest piękna.

Wdzięczna za to, że On zawsze jest.

Nawet kiedy wydaje mi się, że jest już za późno.

On przychodzi dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Nigdy się nie spóźnia.

Dzisiaj jadę na spotkanie wspólnoty na Manhattanie.

Potrzebuję pobyć z Nim sam na sam.

Potrzebuję tej ciszy.

Potrzebuję tej obecności.

I czuję ogromną wdzięczność.

Jak dobrze, że On jest.

Jak dobrze, że prowadzi.

Jak dobrze, że podnosi.

Jak dobrze, że daje siłę wtedy, kiedy jej brakuje.

Dziękuję Ci Boże za mojego męża.

Za moje dzieci.

Za moją rodzinę.

Za każdy dzień.

Za spokój, który wraca do mojego serca.

Za miłość.

Za obecność.

Za wszystko.

Dziękuję ❤️

Pizdnęło wszystko. I dobrze

Zaczęłam to pisać w piątek rano.

Ale wszystko zaczęło się dzień wcześniej.

23 kwietnia, czwartek – późny wieczór

Pizdnęło wszystko.

Mój etat rozleciał się jak domek z kart.

Jeszcze chwilę temu była robota, grafiki, obowiązki, to całe „musisz”.

A teraz? Cisza.

Nie potrafię się tak od razu odłączyć.

To nie jest klik i po sprawie.

Zostawiłam tam kawałek siebie.

Swój czas, swoje nerwy, swoje zaangażowanie.

Bo ja naprawdę robiłam swoją robotę. Uczciwie.

Szanowałam wszystkich ludzi.

I proszę — jest odzew.

Pielęgniarki mnie widziały. Wiedziały, jaka jestem.

Byłam tam najdłużej pracującą osobą na tym oddziale.

Większość ludzi po tygodniu się przenosiła.

Nie dawali rady ani z tempem pracy, ani z pielęgniarkami, które czepiały się o wszystko.

Roboty było od cholery — jak to na chemioterapii.

A ja?

Wytrzymałam pięć miesięcy.

Telefon przed północą.

Koleżanka woła:

— Jola, telefon do ciebie!

Myślę sobie: jak do mnie, skoro ktoś dzwoni do niej? Ale dobra, lecę.

— Halo, kto mówi?

— Nie znasz mnie… pracuję na oddziale…

Trzaski, przerywa, nic nie słychać.

— Zadzwonię jutro, podasz numer?

Podałam.

— Będziesz jutro w pracy?

— Nie. Dziś ostatni dzień.

— Szkoda…

Stoję jak wryta.

Koleżanka pyta, kto to był.

Nie wiem. Serio.

Robię swoje, jestem tu, ale nawet nie zdążyłam poznać wszystkich z imienia.

I nagle słyszę:

— Jola… a może zostaniesz? Będzie mi ciebie brakować. Tak dobrze nam się pracowało…

I wtedy to naprawdę do mnie dotarło.

Wiesz, że mogłabyś zostać.

Że ktoś chce.

Że nie jesteś obojętna.

Ale ja powiedziałam tylko jedno:

To koniec.

Przytuliłyśmy się tak porządnie — jak ludzie, którzy wiedzą, że coś się właśnie zamyka.

I każda poszła w swoją stronę.

Do swoich obowiązków.

Ja do ostatnich.

24 kwietnia, piątek – rano i dalej

A teraz siedzę w domu.

I od rana nagle wszyscy sobie o mnie przypomnieli.

Telefony.

Wiadomości.

„Proszę o kontakt.”

Jakiś dyrektor działu się odezwał.

Managerka z rannej zmiany próbuje się ze mną skontaktować.

I nagle dotarło do mnie, jak szybko rozchodzą się wiadomości.

Powiedziałam tylko na swojej zmianie, że odchodzę.

Tylko tyle.

A ta informacja poszła dalej z prędkością błyskawicy.

Ten powiedział temu.

Tamten przekazał kolejnej osobie.

I nagle wie o tym pół szpitala.

Poczta pantoflowa działa tam naprawdę błyskawicznie.

I wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej niesamowite?

Jak komuś naprawdę zależy, to znajdzie sposób, żeby się skontaktować.

Zawsze.

Nagle okazuje się, że można zdobyć numer.

Można zadzwonić.

Można napisać.

Da się.

Tylko ja dalej zadaję sobie jedno pytanie:

Po co?

Złożyłam wypowiedzenie.

Oddałam wszystko.

Zamknęłam temat.

Jeśli coś jeszcze chcą — niech napiszą maila.

Nie chcę z nimi rozmawiać.

Bo o czym?

O tym, że robota była ponad siły?

Że człowiek był traktowany jak maszyna?

Więcej.

Szybciej.

Bez oddechu.

A może ktoś się boi, że mogłabym pójść do HR i powiedzieć, jak to wyglądało naprawdę?

Nie wiem.

I szczerze?

Nie chcę wiedzieć.

Zamknęłam te drzwi.

I nie zamierzam ich ponownie otwierać.

A ciało robi swoje.

Migrena.

Ból głowy, jakby ktoś rozsadzał mi czaszkę.

Może napięcie schodzi.

Może wszystko, co siedziało we mnie przez ostatnie miesiące, właśnie teraz wychodzi.

W domu?

Ciche dni.

Mąż ma focha.

Niech ma.

To, że nie mam etatu, nie przekreśla mnie jako człowieka.

Pracuję.

Działam.

Idę dalej.

Nie mam benefitów?

Trudno.

Na ten moment tak jest.

I ja się z tym dobrze czuję.

Najbardziej boli coś innego.

Brak wsparcia.

Dopóki robię tak, jak ktoś chce — jest dobrze.

Ale kiedy wybieram po swojemu…

Cisza.

Karanie milczeniem.

Kiedyś szukałabym winy w sobie.

Dziś już nie.

Nie biorę na siebie cudzych emocji.

Nie tłumaczę się z tego, że wybieram siebie.

Niech sobie będą te ciche dni.

To spływa po mnie jak po kaczce.

26 kwietnia, sobota – sentymentalnie

Dzisiaj jest sobota.

Siedzę i myślę.

Jest mi przykro, że tak to wszystko się potoczyło.

Bo mimo wszystko człowiek zawsze ma w sobie jakiś żal, kiedy coś się kończy inaczej, niż planował.

Ale z drugiej strony…

Jestem wdzięczna.

Bo widzę dziś bardzo wyraźnie, że sama nie umiałabym podjąć tej dobrej decyzji.

Trzymałabym się czegoś, co powoli mnie niszczyło.

A prawda jest taka, że to miejsce by mnie zabiło.

Psychicznie.

Fizycznie.

Emocjonalnie.

Nie dałabym rady.

I tak uważam, że pięć miesięcy to wystarczająco długo.

Dałam z siebie naprawdę dużo.

Teraz przede mną nowa droga.

Nowy etap.

Nowe możliwości.

Tylko jaki jest mój cel?

Hmm…

Siedzę i myślę.

A krople deszczu uderzają o szybę.

Taka sentymentalna sobota.

I może właśnie takich dni też potrzebuję.

Żeby pobyć ze sobą.

Usłyszeć własne myśli.

Pozwolić sobie poczuć wszystko.

Bo koniec czegoś nie zawsze jest porażką.

Czasem jest ratunkiem.

A ja chyba właśnie zostałam uratowana.

I pierwszy raz od dawna, mimo lęku przed tym, co dalej…

czuję też wolność.

Mam siebie.

Mam spokój.

Mam nowe możliwości.

I tego już nigdy więcej nie oddam.

I to już koniec …

No i stało się.

Odeszłam ze szpitala.

Wczoraj był mój ostatni dzień.

Pisząc to, czuję jednocześnie spokój i coś na kształt żalu bo to nie była dla mnie tylko praca. Kochałam ją. Kochałam kontakt z ludźmi, rozmowy, to poczucie, że jestem potrzebna. Miałam wspaniały zespół. Naprawdę. To nie ludzie sprawili, że odeszłam.

To zrobiło coś innego.

Presja.

Nadmiar obowiązków.

Brak wsparcia ze strony przełożonych.

Ciągłe „zrób więcej”, „zrób szybciej”, „powinnaś to ogarnąć w 25 minut”.

I to nie było raz. To było codziennie.

Ile można udźwignąć?

Naprawdę ile?

Przez pięć miesięcy funkcjonowałam na 4,5 godziny snu. Nocne zmiany rozwalały mnie od środka. Jestem człowiekiem, który potrzebuje rytmu wcześnie spać, wcześnie wstać. Taka jestem. A tam? Tam żyłam wbrew sobie.

I ciało zaczęło mówić.

Najpierw ból głowy. Taki, który nie chce odpuścić.

Potem ucisk z tyłu głowy.

Aż w końcu krew z nosa.

 Wczorajszy ranek Pamiętam dokładnie. Schyliłam się, żeby poprawić skarpetki i poczułam ciepłe krople spadające na podłogę. Czerwone. Wyraźne. Nie do zignorowania.

To był znak.

Nie dramat. Nie przypadek.

Znak.

Moje ciało powiedziało to, czego ja jeszcze nie miałam odwagi powiedzieć na głos:

dość.

Bo zmęczenie to jedno.

Ale życie w ciągłym niewyspaniu, frustracji, napięciu to powolne wyniszczanie siebie.

Nie miałam siły na nic. Dom przestawał istnieć. Ja przestawałam istnieć.

Zostawało tylko łóżko i próba przetrwania kolejnego dnia.

Nie chcę tak żyć.

Po prostu nie chcę.

I wczoraj powiedziałam: odchodzę.

Bez wielkich przemówień.

Bez tłumaczenia się.

Bez proszenia o zrozumienie.

Po prostu wybrałam siebie.

Wiem, że nie wszystkim się to spodoba.

Wiem, że mój mąż nie jest zachwycony cisza między nami mówi więcej niż słowa.

Ale wiesz co?

Tym razem naprawdę mam to gdzieś.

Bo jeśli ja się rozsypię to kto mnie poskłada?

Jeśli dostanę udaru, wypalenia, czegokolwiek kto poniesie za mnie to życie?

Nikt.

Dlatego tym razem wybrałam inaczej.

Wybrałam spokój.

Wybrałam zdrowie.

Wybrałam siebie.

Stoję teraz na rozdrożu.

Ale pierwszy raz od dawna nie czuję lęku. Czuję ciszę. I coś jeszcze jakby pewność, że to była dobra decyzja.

Teraz potrzebuję czasu.

Dla siebie.

Dla oddechu.

Dla mojego Przyjaciela żeby pobyć, podziękować, poukładać to, co we mnie.

A potem?

Potem życie samo się pokaże.

Nie muszę już wszystkiego wiedzieć od razu.

Wystarczy, że wiem jedno nie chcę już nigdy wracać do miejsca, w którym muszę tracić siebie, żeby sprostać czyimś oczekiwaniom.

A Ty ile jesteś w stanie jeszcze znieść, zanim w końcu wybierzesz siebie?

Screenshot

Łamańce językowe

Ostatnio czytałam artykuł i znalazłam tam takie słowo, którego nie byłam w stanie wypowiedzieć język mi się łamał. Coraz częściej widzę i słyszę formy typu „chirurżka”, „psycholożka”, „socjolożka”, „geolożka”, „naukowczyni”, „ministra” czy „premierka”.

I zanim ktoś się oburzy rozumiem, skąd to się bierze. Chodzi o widoczność kobiet w języku. Mam jednak wrażenie, że z tej chęci zmiany wszystkiego na rodzaj żeński język zaczyna nam się trochę łamać 

Bo język to nie jest coś, co można po prostu przestawić decyzją czy modą. On działa naturalnie jedne formy przyjmują się same, inne brzmią ciężko, nienaturalnie albo wręcz komicznie.

I właśnie z tym mam problem.Nie z ideą, tylko z wykonaniem.

Spróbujcie powiedzieć na głos:

chirurżka, architektka, adiunktka, marszałkini.

Niektóre z tych słów są po prostu trudne w wymowie — zbitki typu „-żk-”, „-wcz-” nie są naturalne dla ucha. Zamiast płynności mamy językowe łamańce. I to nie jest kwestia przyzwyczajenia ,tylko realnej fonetyki.

Dla porównania wiele innych form żeńskich brzmi zupełnie normalnie:

lekarka, nauczycielka, aktorka i nikt z tym nie ma problemu, bo te formy naturalnie się w języku przyjęły.

Mieszkam w USA i widzę zupełnie inne podejście.

Tutaj kobieta może być doctorsurgeonprofessor i to działa dla wszystkich. Bez kombinowania, bez tworzenia nowych końcówek, bez udowadniania czegokolwiek językowo. Liczy się zawód, nie jego forma żeńska.

Co więcej, wiele kobiet ma nazwiska zakończone na „-ski” czy „-cki”, które w języku polskim są formami męskimi. I jakoś nikt nie robi z tego problemu. Nikt nie czuje potrzeby zmieniania tego na siłę, żeby było bardziej kobieco

Wiecie co zastanawiam się nad jednym: dlaczego przy nazwiskach to nie przeszkadza, a przy zawodach nagle zaczyna robić się taka burza i bicie piany o nic?

Nie mam nic przeciwko kobietom w żadnej dziedzinie absolutnie.

Ale naprawdę nie trzeba przyczepiać się do każdego słowa i na siłę tworzyć nowych form, które brzmią nienaturalnie.

Bo język powinien służyć ludziom być wygodny, płynny i zrozumiały.

A nie sprawiać, że zaczynamy się zastanawiać, czy mówimy poprawnie, zamiast po prostu mówić.

Może zamiast zmieniać wszystko naraz, warto pozwolić językowi rozwijać się spokojnie tak jak robił to zawsze?

No dobra, a co wy o tym myślicie? Macie jakiś pogląd na ten temat? Chętnie poczytam wasze przemyślenia.

Pozdrawiam z mokrego i zimnego New Yorku 😊

Pędzące życie jak Pendolino… a jednak są przystanki, które zmieniają wszystko

Moje życie z ludźmi, których spotykam na swojej drodze, mogłabym porównać do pędzącego pociągu… takiego pendolino. Pędzi z zawrotną prędkością. Czasem aż trudno się utrzymać  trzeba się nieźle natrudzić, żeby trzymając się poręczy, nie wypaść przez uchylone okna codzienności.

Ale ten pociąg… on nie jedzie tylko przed siebie bez sensu.

On się zatrzymuje.

Na chwilę. Na moment. Na przystanek.

I wtedy wsiadają ludzie.

Każdy inny. Każdy z własną historią. Każdy coś wnosi.

Czasem ktoś dosiada się tylko na jedną stację ledwo zdążysz zapamiętać twarz, a już go nie ma.

Czasem ktoś jedzie długo śmieje się z Tobą, płacze, milczy, rozumie.

A czasem… ktoś wysiada, znika na lata… i wraca. Jakby nigdy nie wysiadł.

I właśnie w tym moim pociągu życia, we wspólnocie Lew Judy, pojawił się kiedyś On.

Człowiek żywioł.

Głowa pełna pomysłów, ręce zawsze gotowe do pracy.

Boże… jak On potrafił czarować z drewna!

Precyzja, dokładność, pasja to było coś więcej niż hobby, to był jego język.

Ale nie tylko to.

To był człowiek, z którym można było rozmawiać… i to nie byle jak.

Dysputy do 4 nad ranem.

Rozmowy o życiu, o wierze, o wszystkim i o niczym ale zawsze głęboko.

A jeszcze jak do tego była kaszaneczka z jajkiem w piątek… to już w ogóle był inny wymiar rzeczywistości.

Uwielbiałam ten czas.

Te piątkowe popołudnia, kiedy siadaliśmy razem On, inni, my…

Jedliśmy, piliśmy hektolitry coli, kawy i wody z cytryną…

I po prostu byliśmy.

Razem.

Aż pewnego dnia…

Powiedział, że wstępuje do seminarium.

I wiecie co?

Szczękę zbierałam z podłogi.

Naprawdę. Wmurowało mnie.

Bo choć każdy ma swoje powołanie jedni do małżeństwa, inni do samotności, jeszcze inni oddają życie Bogu to kiedy dotyka to kogoś tak bliskiego… to nagle wszystko staje się bardzo realne.

I wtedy…

Mój Przyjaciel wysiadł z mojego pociągu.

Niby kontakt był.

Niby rozmowy przez telefon.

Ale to już nie było to samo.

Bo nie chodzi o słowa.

Chodzi o obecność.

Aż nagle…

On wraca.

Za chwilę święcenia kapłańskie.

I wiecie co się dzieje w moim sercu?

Radość.

Ogromna. Prawdziwa. Głęboka.

Wdzięczność.

Bo moje dzieci będą mogły wzrastać blisko kogoś, kogo znają.

Kogo widziały, jak dorasta w wierze.

Jak się zmienia.

Jak podejmuje decyzje, które nie są łatwe.

One widziały proces.

Nie tylko efekt.

I teraz… ten sam człowiek… będzie kapłanem.

No powiedzcie mi jak tu nie być dumnym? No jak?!

W świecie, w którym tak mało osób wybiera życie z Bogiem…

u nas z naszej wspólnoty wyrasta ktoś, kto mówi: „Idę za Nim”.

To nie jest teoria.

To jest życie.

To jest świadectwo.

I dla moich dzieci to będzie najlepsza lekcja.

Nie kazanie. Nie książka.

Człowiek.

Człowiek, który siedział z nami przy stole, śmiał się, jadł kaszankę…

a teraz będzie dawał Jezusa.

I znów…

wsiada do mojego pociągu.

Siada w tym samym wagonie.

I znów jedziemy razem.

I wiem, że będzie z nami 

kiedy będzie dobrze,

i wtedy, kiedy będziemy upadać.

Czy to nie jest piękne?

Mieć kapłana „swojego”?

Nie w sensie posiadania ale bliskości.

Dla mnie to dar.

Prawdziwy.

I powiem Wam szczerze jaram się tym.

Naprawdę się jaram.

I nie stawiam wobec Niego żadnych oczekiwań.

Bo gdybym zaczęła stawiać je Jemu musiałabym najpierw postawić je sobie…

a wtedy… oj, działo by się 😅

Dlatego po prostu czekam.

Z radością.

Z nadzieją.

Niech będzie narzędziem w rękach Boga.

Niech będzie jak ołówek który zapisuje w życiu ludzi historię Jezusa.

Niech będzie świętym kapłanem.

Wierzę, że będzie.

A Was proszę pomódlcie się za mojego Przyjaciela.

Niech służy ludziom.

Niech będzie przedłużeniem rąk Chrystusa.

Bo takie powroty…

takie „ponowne wsiadanie do pociągu”…

to już nie jest przypadek.

To jest łaska.

Dziękuję Ci Boże …. 

sześciolatek i calculus

No i siedzę nad tym listem jak kura nad jajkiem. Departament edukacji pisze, że moje najmłodsze dziecię, mój Tymon, podobno… uwaga… przewyższa wiedzą swój wiek. Ja czytam, czytam drugi raz, trzeci raz i myślę sobie: no dobrze, ale czy oni na pewno piszą o MOIM dziecku?

Wołam dziewczyny:

– Dziewczyny, w jakiej klasie jest młody?

A one na mnie patrzą jak na eksponat muzealny:

– No jak to w jakiej… STEM.

On jest w takiej klasie, gdzie jest rozszerzona matematyka, science, komputery… No dobra, myślę, coś mi tu umyka, trzeba zrobić śledztwo.

Ale rozmowa z Tymonem to nie jest taka zwykła rozmowa. Z nim to trzeba jak z artystą stworzyć klimat. Jak nie ma stołu, farb, wody i czegoś do mieszania, to ja mogę sobie gadać do ściany.

Więc rozkładam warsztat: miseczki, kolory, przyprawy  jakbym rosół gotowała.

Młody siada, oczy mu się świecą jak lampki na choince i zaczynamy.

– Tymon, jak jest w tej twojej szkole?

– Mamo, mamy science przy komputerach. Robimy gry.

– Gry?! – ja już widzę go w jakiejś Dolinie Krzemowej 

– Tak, to wszystko takie easy.

No dobrze…

– A matematyka?

– Lubię.

– Co robicie?

– Liczymy.

– Fajnie?

– Nie.

I tu mnie wmurowało!

– Czemu?

– Bo liczymy tylko do tysiąca… a to jest easy.

Ja w tym momencie: cisza… system się zawiesił.

– To co ty byś chciał?

A on, z tym błyskiem w oku:

– Ja chcę trudniejszą matematykę. Taką jak Wiktoria ma. A wiesz co ona ma?

– Tak… calculus.

Ja… zbieram szczękę z podłogi.

Wołam Wiktorię:

– Co ty robisz na tej swojej matematyce?!

– Mamo… calculus…

Ja patrzę – wykresy, wzory, jakieś kosmiczne zawijasy. Dla mnie to wygląda jak zapis rozmowy z kosmitami.

A on stoi obok i mówi:

– Jakie to jest fajne… ja też tak chcę.

No i co teraz?

Dzięki Bogu, że to nie ja siedzę z nim nad matematyką 

Bo u nas w domu to wygląda tak: kto ma czas, ten tłumaczy. Mąż, dziewczyny rotacja jak w szpitalu na dyżurach.

Ale najbardziej kocha matematykę z dziewczynami. A szczególnie z Wiktorią.

Wiktoria mi czasem przebąkuje:

– Mamo, ja chyba chcę być nauczycielką matematyki.

A ja na to, jak matka z planem życia dla dziecka:

– Dziecko, idź na anestezjologię! Medycyna cię interesuje, kończysz biologię na Hunter, tam trzeba takich spokojnych ludzi jak ty!

A ona patrzy na mnie spokojnie i mówi:

– A co jak się ten pacjent nie obudzi…

I w tym momencie… kończymy rozmowę 

Wracamy do matematyki. Bezpieczniej dla wszystkich.

Bo prawda jest taka, że młody ma tę miłość do nauki zaszczepioną od dziewczyn. One zawsze siedziały z matematyką, a ich ojciec – spokojnie, cierpliwie – tłumaczył kolejne liczby, tabelki, równania.

Ja?

Ja się odpalałam szybciej niż czajnik elektryczny.

Homework na stole = ja już w trybie: „tyle mi wystarczy”.

Bo ja pamiętam ten czas, jak mój ojciec mi tłumaczył matematykę… Wolę o tym zapomnieć …

A teraz?

Teraz młody pozbierał wszystko od wszystkich.

Od ojca – cierpliwość.

Od dziewczyn – miłość do matematyki.

Od Oli – zaparcie i dążenie pod prąd, na przekór wszystkiemu.

Od Wiktorii – ambicję i zachwyt nad czymś trudnym.

Od Maxa – nieprzejmowanie się niczym.

A ode mnie… no cóż… charakter 

I mamy mieszankę wybuchową.

Sześciolatek, który mówi, że liczenie do tysiąca go nudzi i że on chce całki.

I ja siedzę i myślę:

co z tym zrobić?!

Czy go pchać?

Czy go hamować?

Czy pisać do szkoły?

Czy udawać, że rozumiem tę jego miłość do calculus?

I powiem tak…

Chyba tego się nie ogarnia.

Nie chcę zgasić tej iskry.

Nie chcę powiedzieć „za wcześnie”.

Nie chcę zamknąć go w ramce programu, który dla niego jest po prostu za mały.

Bo to nie jest problem dziecka.

To jest luksusowy problem rodzica 

Mieć dziecko, które jest głodne wiedzy.

Które chce więcej.

Które się nie boi trudnego.

Więc chyba jedyne, co można zrobić…

To dać mu narzędzia.

Dać mu ludzi (i tu dziewczyny robią robotę życia).

Dać mu przestrzeń.

I czasem po prostu usiąść obok…

patrzeć jak miesza kolory, liczy, myśli…

I próbować nadążyć.

A ja?

Ja chyba naprawdę zapiszę się na korki z matematyki…

Bo za chwilę mój sześciolatek zacznie mnie pytać o całki…

a ja mu na to odpowiem:

„Synu… mama umie zrobić pierogi i policzyć, ile ich zrobiła. Albo napisać pismo do departamentu edukacji – oczywiście po polsku, bo tak potrafię pisać, tworzyć z emocji, które się we mnie gotują. A potem dziewczyny mi to przetłumaczą i okroją z tego, co niepotrzebne… bo one zawsze mi wypomną: mamo, konkret pisz, a nie esej.” 😄

No i tyle… uzupełniamy się w tym naszym domu.

Co byście zrobili na moim miejscu?

Pchać go dalej i szukać mu trudniejszych rzeczy już teraz?

Czy zostawić go w tym systemie i tylko w domu dokładać mu tej matematyki, którą kocha?

Czy pisać do szkoły, rozmawiać, kombinować, żeby go gdzieś „wyżej” podciągnąć?

Jak znaleźć ten złoty środek, żeby nie zgasić tej iskry… ale też nie przegrzać silnika? 

Wracam po trzech dniach… 

Nie było mnie w pracy trzy dni. Wracam… i nie wiem, gdzie ręce włożyć. Wszystko na mnie leci, wszystko naraz, człowiek stoi i myśli: od czego zacząć? I tak sobie myślę czy ktoś, kto mnie zastępował, wie jak to wszystko robić? Czy robi to „na odwal się”, bez serca, bez zaangażowania? A może ja za bardzo przeżywam, za bardzo wkładam w to siebie?

I wiesz co… nieważne. Nie chcę oceniać.

Wiem jedno dla mnie moja praca ma znaczenie. Moje zaangażowanie ma znaczenie. Ja lubię dawać siebie innym. A tym bardziej tutaj… na oddziale chemioterapii. Tam, gdzie jest tyle bólu, tyle ciszy, tyle walki, o której nawet nie mamy pojęcia.

Ja chcę, żeby to, co robię, dawało tym ludziom choć namiastkę miłości.

Dlatego wkładam w to serce.

I staram się zawsze niezależnie od tego, ile mam roboty zobaczyć człowieka. Lekarza, pielęgniarkę, pacjenta. Uśmiechnąć się. Powiedzieć dobre słowo. Dać kawałek radości.

Bo wiecie… ja widzę tych ludzi.

Widzę lekarza, który już ledwo idzie, powłóczy nogami, zmęczony do granic. I w środku mówię: Boże, daj mu siłę. Daj mu radość. Zobacz, ile on tu niesie cierpienia na swoich barkach…

I uśmiecham się do niego. Tak zwyczajnie. Najserdeczniej jak potrafię. Mówię dzień dobry tak, żeby to było naprawdę dzień dobry 

I nagle… on podnosi głowę. Patrzy na mnie jakby Boga zobaczył. Oczy mu się rozjaśniają. Na twarzy pojawia się uśmiech taki dziecięcy, prawdziwy. Zatrzymuje się na chwilę… i odchodzi już inny.

Czy ja zrobiłam coś wielkiego? Nie.

Ale taka chwila radości… komu jej nie potrzeba?

Wiecie ile osób mnie wita? Ilu lekarzy, pielęgniarek zagaduje, tylko żeby zamienić dwa słowa? A ja się zastanawiam dlaczego?

I wtedy przychodzi odpowiedź.

Nie było mnie trzy dni.

Wracam, robię swoje monotonia dnia, sprzątanie, dezynfekcja, wszystko jak zawsze. I nagle jedna pielęgniarka mnie zatrzymuje i mówi:

– Nie było cię kilka dni, prawda?

Zamurowało mnie.

– No… nie było.

Nie tłumaczę się, nie wchodzę w szczegóły – tu nie ma na to czasu, tu się lata jak odrzutowiec.

A ona mówi:

– Dobrze, że już jesteś. Czuło się, że cię nie ma.

I poszła.

A ja stoję. Jak wmurowana.

Czuło się, że mnie nie ma…

Kilka dni później druga mówi to samo:

– Nie było cię, prawda? Jak dobrze, że wróciłaś. Jak dobrze, że TY tu jesteś.

Z naciskiem na „ty”.

A ja stoję przy tej maszynie do chemii, którą właśnie dezynfekuję… i aż mi zapiszczała, jakby też się ucieszyła.

I wtedy już wiedziałam.

To nie ja.

To nie chodzi o mnie.

Dziś siedzę i dziękuję Bogu, że mnie tam postawił. Naprawdę. Mimo że roboty jest tyle, że nie ogarniam. Codziennie proszę innych o pomoc, bo sama nie daję rady. Nowy zarząd, ciśnienie, tempo… wszystko na maksa.

A ja… jestem wdzięczna.

Bo On tam jest ze mną.

Zanim zacznę pracę, mówię:

No co, Boże gotowy jesteś do roboty ze mną? No to zaczynamy. Dawaj, ogarniamy naszą przestrzeń”.

I wchodzę tam z Nim. Otwieram drzwi i jedziemy jak Król i Królowa ze swoim ekwipunkiem .Niosąc miłosierdzie tym, którzy tam pracują i tym, którzy siedzą pod tymi maszynami.

I wiecie co?

Ja sama z siebie bym tego nie uniosła.

Naprawdę.

Już dawno bym to rzuciła tak jak wielu ludzi. Ile razy słyszałam:

Dlaczego ty jeszcze tu jesteś? Jak ty to wytrzymujesz?

I powiem wam szczerze sama bym nie wytrzymała.

Ale Bóg mnie trzyma.

On daje mi siłę. On daje mi moc. On mnie niesie, kiedy ja już nie mam siły iść.

Czasem moje emocje biorą górę. Jest ciężko. Ale kiedy opadnie kurz… widzę to wszystko. Widzę, jak On działa. Jak mnie prowadzi. Jak mnie podnosi.

Ja wiem, że dla wielu z was to może brzmieć jak abstrakcja.

Ale ja wiem, co mówię.

I zrozumieją to ci, którzy mają z Nim relację.

Bo to nie jest teoria. To jest życie.

Boże… dziękuję Ci.

Za to, że jesteś w moim życiu.

Za to, co robisz dla mnie każdego dnia.

Za siłę, za ludzi, za to miejsce.

Uwielbiam Cię.

Wywyższam Cię.

Dziękuję, że jesteś moim Panem i Zbawicielem.

I dziękuję Ci za moją wspólnotę Lew Judy. Bo tam wzrastam. Bo tam Duch Święty działa. Bo tam uczę się iść i nieść Ciebie innym.

I ja Cię niosę… tam. Na oddziale chemioterapii.

Dobrego dnia, kochani.

A wy? Czujecie czasem, że to nie wy tylko sam Ojciec Niebieski działa przez wasze ręce?

Podzielcie się tym. Bo może ktoś właśnie tego potrzebuje tej jednej historii, tego jednego znaku, że Bóg naprawdę działa… tu i teraz.

Ojcostwo, które inspiruje… naprawdę istnieje?

Wczoraj, przeglądając strony, które obserwuję, trafiłam na pytanie, które mnie wbiło w ziemię. Tak po prostu, w pół zdania:

czy spotkałaś się z inspirującym modelem ojcostwa?

I powiem Wam szczerze rozsypałam się. Naprawdę.

Ojcostwo… i inspirujące?

Dla mnie to zestawienie przez lata brzmiało jak oksymoron.

Bo kiedy próbuję sięgnąć pamięcią albo wyobraźnią co właściwie mam?

Rodzina Borejków wiadomo, Ignacy.

No i Bóg w Biblii.

I… koniec. Pustka.

A przecież ojca mam.

Biologicznie wszystko się zgadza nazwisko jest, metryka się spina.

Tylko że na tym właściwie się kończy.

Nie mam z nim relacji. Nigdy nie miałam.

Zamiast tego było coś zupełnie innego: strach, napięcie, nieprzewidywalność.

Dom, który powinien być bezpieczny, był miejscem, gdzie człowiek uczył się czujności, a nie bliskości.

Ojciec, który zamiast budować niszczył.

Zamiast chronić ranił.

Zamiast być oparciem był ciężarem.

Do dziś nie potrafi zbudować z nami żadnej relacji.

I co najtrudniejsze uważa, że to nasza wina.

Że to my „olewamy”, że to my „nie szanujemy”.

Tylko jak szanować kogoś, kto nigdy nie nauczył Cię, czym jest szacunek?

I wiecie, co mnie naprawdę zastanawia?

Czy mężczyźni nie są głodni relacji ze swoimi dziećmi?

Czy naprawdę wierzą, że to dziecko kiedyś dorosłe przyjdzie i będzie zabiegać o więź, której nigdy nie było?

Bo przecież relacja nie zaczyna się wtedy, kiedy dziecko ma 30 lat.

Ona zaczyna się wtedy, kiedy ma trzy.

Albo trzy miesiące.

To wtedy buduje się fundament.

Albo… jego brak.

Ja tego fundamentu nie miałam.

Miałam za to moment, który mnie zaintrygował.

Jeden z tych, które zostają na zawsze.

Zobaczyłam mojego męża wtedy jeszcze chłopaka z jego ojcem.

Sposób, w jaki do siebie mówią.

Szacunek. Spokój. Naturalność.

Taka zwyczajna, cicha bliskość.

I zrobiło mi się… dziwnie.

Chyba pierwszy raz zobaczyłam coś, co mogłabym nazwać zdrową relacją ojciec syn.

Bez strachu. Bez napięcia. Bez udawania.

I tak zazdrościłam im tego.

Bo ja tego nie miałam.

Do dziś, kiedy jestem przy swoim ojcu, czuję, jak coś staje mi w gardle.

Zazdrościłam im nie rzeczy.

Zazdrościłam im doświadczenia.

Bo zobaczyłam coś, czego sama nigdy nie miałam.

I czego gdzieś głęboko zawsze mi brakowało.

Paradoksalnie to mój teść stał się dla mnie jedynym realnym przykładem „dobrego ojca”, jakiego znam.

Nieidealnego bo tacy nie istnieją.

Ale obecnego.

Normalnego.

Człowieka, przy którym nie trzeba się bać.

I to już jest bardzo dużo.

Kiedy myślę o Ignacym Borejce, przypomina mi się coś bardzo prostego, a jednocześnie ogromnego jego obecność.

To ojciec, który jest.

Który słucha.

Który traktuje swoje dzieci poważnie.

Chociaż pewnie mi zarzucicie, że Borejko jako ojciec się nie wykazał, ale dla mnie był przy swoich dzieciach był w domu.

W jednej z książek mówi do swoich dzieci :że człowieka trzeba traktować serio, nawet jeśli jest mały.

Nie pamiętam w której, ale obiło mi się o uszy.

I to jest dla mnie kwintesencja ojcostwa: widzieć w dziecku człowieka, a nie problem do wychowania.

A jeśli chodzi o Boga z Biblii…

to chyba najbardziej porusza mnie zdanie:

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu? (…) A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49,15)

To jest obraz Ojca, który nie znika.

Który nie odwraca się plecami.

Który nie mówi: „to twoja wina”.

Ojca, który zostaje.

Dlatego dziś naprawdę zastanawiam się nad tym tematem.

Czy inspirujące ojcostwo to rzadkość?

Czy po prostu za mało o nim mówimy?

A może za wielu z nas dorastało w domach, gdzie ojciec był bardziej funkcją niż relacją?

Nie wiem.

Ale wiem jedno głód ojca jest realny.

I nie znika z wiekiem.

Można nauczyć się żyć bez tej relacji.

Można ją nazwać, poukładać, przepracować.

Ale gdzieś w środku zostaje pytanie:

jak to jest mieć ojca, który naprawdę jest?

A Ty?

Masz taki model ojcostwa, który Cię inspiruje?

Znasz ojca, na którego można patrzeć i myśleć: tak to powinno wyglądać?

Chętnie o tym poczytam.

Lek na COVID 35 dolarów czy 6 tysięcy złotych? Rzeczywistość, która daje do myślenia

Ostatnio odezwał się do mnie kolega z Facebooka i zapytał, ile musiałam zapłacić z własnej kieszeni za lek na COVID. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą  35 dolarów. Resztę pokryło moje ubezpieczenie.

I tak, wiem dla wielu osób to może być zaskakujące. Ale w USA to całkiem normalne. Nawet mając ubezpieczenie, często trzeba dopłacać do leków. Dopłacasz też za wizyty u lekarza. I zazwyczaj u internisty zapłacisz mniej niż u specjalisty ale to wszystko zależy od konkretnego ubezpieczenia i jego zasad.

No i wracając do rozmowy…

Znajomy odpisał mi, ile ten sam lek kosztuje w Polsce.

Ludzie… wmurowało mnie.

To nie było kilka złotych. Ani nawet kilkaset. To była kwota rzędu… prawie 6 tysięcy złotych.

Szok. Niedowierzanie. I jedno wielkie pytanie: dlaczego?

Bo serio mając ubezpieczenie, ktoś ma zapłacić tyle pieniędzy za lek? Za co dokładnie? Jak to jest możliwe?

Wiecie, życie w New York nie jest łatwe. Nie jest lekkie. Zmiana kraju, systemu, codzienności to wszystko potrafi dać w kość. I czasami naprawdę tęskni się za różnymi rzeczami, które w Polsce były prostsze albo bardziej dostępne.

Ale powiem Wam szczerze…

Gdybym miała płacić takie pieniądze za leki, to naprawdę wolę to życie tutaj. Może nie mam luksusów, może wiele rzeczy kosztuje mnie więcej nerwów i wysiłku, ale mam to, co mam i jestem za to wdzięczna.

I jednocześnie jest mi po prostu przykro.

Przykro, że są ludzie w Polsce, którzy nie mogą sobie pozwolić nawet na tak podstawową rzecz jak lek, który może realnie pomóc w chorobie.

Bo zdrowie nie powinno być luksusem.

Jak to wygląda u Was? Czy mieliście sytuację, w której cena leku albo leczenia Was zszokowała? I czy uważacie, że system w Polsce działa sprawiedliwie dla zwykłych ludzi?

Doceniam każdy oddech

Żyję. Wstałam i mam się znacznie lepiej niż wczoraj. Spałam jak niemowlak, ale od początku…

Lekarz przepisał mi lek. Wzięłam go, bo coś jakby usiadło mi na plecach… i tak się rozsiadło, że nie mogłam oddychać tak jak wcześniej. Niby człowiek oddycha całe życie i się nad tym nie zastanawia, a tu nagle każdy oddech był wysiłkiem.

Ból… cholerny ból. Dosłownie wszędzie. Całe ciało. Nawet powieki miałam tak ciężkie, że nie chciały się otwierać. Mówienie sprawiało trudność, bo zmęczenie było tak ogromne, że jedyne, czego chciałam, to spać. I spałam. Leżałam i spałam cały dzień. Może ktoś powie, że przesadzam. Niech powie. Ja naprawdę źle się czułam. Organizm po prostu walczył, jak mógł.

I powiem szczerze  gdyby nie te leki, pojechałabym do szpitala. Ta niemoc w oddychaniu, ten ciężar na płucach… tego nie da się przeskoczyć siłą woli. Bałam się. Naprawdę się bałam.

Dzisiaj wracam do żywych.

Oddycham pełną piersią. Normalnie. Bez tego ucisku. I aż trudno uwierzyć, że można się cieszyć z tak „zwykłej” rzeczy jak oddech. Idę do łazienki i nie czuję zmęczenia. Mogę zrobić kilka kroków i nie mam wrażenia, że zaraz opadnę z sił.

Głupie? Może dla kogoś. Dla mnie ogromna radość.

Widzę, że leki działają. I że czasem naprawdę trzeba im zaufać.

Nie rozumiem tylko jednego… dlaczego ludzie się śmieją, kiedy ktoś mówi o covidzie. Co w tym jest śmiesznego? Wirus to wirus tak samo jak grypa. Potrafi zniszczyć człowieka, zwłaszcza tego słabszego.

Ja widzę to codziennie. Ludzie walczą z rakiem, walczą o każdy dzień. Przychodzą na chemię, jeszcze mają siłę… a kilka dni później już ich nie ma, bo ktoś przyniósł wirusa. Tyle wystarczy. Jedno spotkanie. Jedna chwila.

Dlatego ja wierzę. Wierzę, że wirusy potrafią zrobić ogromny bałagan w życiu człowieka. Wierzę, że covid istnieje i że nie wolno go lekceważyć.

Dzisiaj jestem wdzięczna.

Dzięki Ci, Boże, za to doświadczenie… ale jeszcze bardziej dziękuję, że z tego wychodzę. Że mogę oddychać. Że mogę iść na spacer. Że wracam.

Chwilo… trwaj. Bo teraz wiem, ile jesteś warta.

Wielu z Was pisze do mnie na messengerze, pyta co brać, co stosować, żeby pozbyć się tego „dziada”. Jestem Wam ogromnie wdzięczna za tyle ciepłych myśli, dobrych porad i miłych słów to naprawdę dla mnie bardzo dużo znaczy. Do wielu z Was już odpisałam.

Dziękuję raz jeszcze ❤️

Byłam u lekarza, dostałam leki i to właśnie takie przepisał mi doktor  zamieszczam je na zdjęciu.

Pozdrawiam wszystkich i tych, którzy wierzą, i tych, którzy się śmieją. Oby nikt z Was nie musiał tego przechodzić.

Na koniec powiem tylko jedno…

Dopóki oddychasz swobodnie nawet nie wiesz, jakie to szczęście.

A Wy? Mieliście kiedyś taką sytuację, że nagle zabrakło Wam sił albo oddechu i dopiero wtedy zrozumieliście, jak kruche jest zdrowie?