No i stało się.
Odeszłam ze szpitala.
Wczoraj był mój ostatni dzień.
Pisząc to, czuję jednocześnie spokój i coś na kształt żalu bo to nie była dla mnie tylko praca. Kochałam ją. Kochałam kontakt z ludźmi, rozmowy, to poczucie, że jestem potrzebna. Miałam wspaniały zespół. Naprawdę. To nie ludzie sprawili, że odeszłam.
To zrobiło coś innego.
Presja.
Nadmiar obowiązków.
Brak wsparcia ze strony przełożonych.
Ciągłe „zrób więcej”, „zrób szybciej”, „powinnaś to ogarnąć w 25 minut”.
I to nie było raz. To było codziennie.
Ile można udźwignąć?
Naprawdę ile?
Przez pięć miesięcy funkcjonowałam na 4,5 godziny snu. Nocne zmiany rozwalały mnie od środka. Jestem człowiekiem, który potrzebuje rytmu wcześnie spać, wcześnie wstać. Taka jestem. A tam? Tam żyłam wbrew sobie.
I ciało zaczęło mówić.
Najpierw ból głowy. Taki, który nie chce odpuścić.
Potem ucisk z tyłu głowy.
Aż w końcu krew z nosa.
Wczorajszy ranek Pamiętam dokładnie. Schyliłam się, żeby poprawić skarpetki i poczułam ciepłe krople spadające na podłogę. Czerwone. Wyraźne. Nie do zignorowania.
To był znak.
Nie dramat. Nie przypadek.
Znak.
Moje ciało powiedziało to, czego ja jeszcze nie miałam odwagi powiedzieć na głos:
dość.
Bo zmęczenie to jedno.
Ale życie w ciągłym niewyspaniu, frustracji, napięciu to powolne wyniszczanie siebie.
Nie miałam siły na nic. Dom przestawał istnieć. Ja przestawałam istnieć.
Zostawało tylko łóżko i próba przetrwania kolejnego dnia.
Nie chcę tak żyć.
Po prostu nie chcę.
I wczoraj powiedziałam: odchodzę.
Bez wielkich przemówień.
Bez tłumaczenia się.
Bez proszenia o zrozumienie.
Po prostu wybrałam siebie.
Wiem, że nie wszystkim się to spodoba.
Wiem, że mój mąż nie jest zachwycony cisza między nami mówi więcej niż słowa.
Ale wiesz co?
Tym razem naprawdę mam to gdzieś.
Bo jeśli ja się rozsypię to kto mnie poskłada?
Jeśli dostanę udaru, wypalenia, czegokolwiek kto poniesie za mnie to życie?
Nikt.
Dlatego tym razem wybrałam inaczej.
Wybrałam spokój.
Wybrałam zdrowie.
Wybrałam siebie.
Stoję teraz na rozdrożu.
Ale pierwszy raz od dawna nie czuję lęku. Czuję ciszę. I coś jeszcze jakby pewność, że to była dobra decyzja.
Teraz potrzebuję czasu.
Dla siebie.
Dla oddechu.
Dla mojego Przyjaciela żeby pobyć, podziękować, poukładać to, co we mnie.
A potem?
Potem życie samo się pokaże.
Nie muszę już wszystkiego wiedzieć od razu.
Wystarczy, że wiem jedno nie chcę już nigdy wracać do miejsca, w którym muszę tracić siebie, żeby sprostać czyimś oczekiwaniom.
A Ty ile jesteś w stanie jeszcze znieść, zanim w końcu wybierzesz siebie?

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.