Ostatnio czytałam artykuł i znalazłam tam takie słowo, którego nie byłam w stanie wypowiedzieć język mi się łamał. Coraz częściej widzę i słyszę formy typu „chirurżka”, „psycholożka”, „socjolożka”, „geolożka”, „naukowczyni”, „ministra” czy „premierka”.
I zanim ktoś się oburzy rozumiem, skąd to się bierze. Chodzi o widoczność kobiet w języku. Mam jednak wrażenie, że z tej chęci zmiany wszystkiego na rodzaj żeński język zaczyna nam się trochę łamać
Bo język to nie jest coś, co można po prostu przestawić decyzją czy modą. On działa naturalnie jedne formy przyjmują się same, inne brzmią ciężko, nienaturalnie albo wręcz komicznie.
I właśnie z tym mam problem.Nie z ideą, tylko z wykonaniem.
Spróbujcie powiedzieć na głos:
chirurżka, architektka, adiunktka, marszałkini.
Niektóre z tych słów są po prostu trudne w wymowie — zbitki typu „-żk-”, „-wcz-” nie są naturalne dla ucha. Zamiast płynności mamy językowe łamańce. I to nie jest kwestia przyzwyczajenia ,tylko realnej fonetyki.
Dla porównania wiele innych form żeńskich brzmi zupełnie normalnie:
lekarka, nauczycielka, aktorka i nikt z tym nie ma problemu, bo te formy naturalnie się w języku przyjęły.
Mieszkam w USA i widzę zupełnie inne podejście.
Tutaj kobieta może być doctor, surgeon, professor i to działa dla wszystkich. Bez kombinowania, bez tworzenia nowych końcówek, bez udowadniania czegokolwiek językowo. Liczy się zawód, nie jego forma żeńska.
Co więcej, wiele kobiet ma nazwiska zakończone na „-ski” czy „-cki”, które w języku polskim są formami męskimi. I jakoś nikt nie robi z tego problemu. Nikt nie czuje potrzeby zmieniania tego na siłę, żeby było bardziej kobieco
Wiecie co zastanawiam się nad jednym: dlaczego przy nazwiskach to nie przeszkadza, a przy zawodach nagle zaczyna robić się taka burza i bicie piany o nic?
Nie mam nic przeciwko kobietom w żadnej dziedzinie absolutnie.
Ale naprawdę nie trzeba przyczepiać się do każdego słowa i na siłę tworzyć nowych form, które brzmią nienaturalnie.
Bo język powinien służyć ludziom być wygodny, płynny i zrozumiały.
A nie sprawiać, że zaczynamy się zastanawiać, czy mówimy poprawnie, zamiast po prostu mówić.
Może zamiast zmieniać wszystko naraz, warto pozwolić językowi rozwijać się spokojnie tak jak robił to zawsze?
No dobra, a co wy o tym myślicie? Macie jakiś pogląd na ten temat? Chętnie poczytam wasze przemyślenia.
Pozdrawiam z mokrego i zimnego New Yorku 😊
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.