Ludzie kochani, ja naprawdę nie wiem, co takiego dzieje się z jedzeniem, kiedy położy się je na grillu nad prawdziwym ogniem, ale dla mnie wtedy zaczyna się magia.

I od razu zaznaczam  grill gazowy może sobie być wygodny, czysty, elegancki i nie wiem co jeszcze. Ale ja mówię o takim grillu, gdzie jest ogień, węgiel, dym, człowiek śmierdzi jak wędzarnia, a kiełbasa ma przypieczoną skórkę.

Bo ja uwielbiam wszystko, co przypieczone. Ba! Nawet lekko przypalone. 

Kiełbaska? Proszę mi ją potrzymać jeszcze chwilę.

Kaszanka? Niech skórka chrupie!

Mięsko? Jak nie ma śladu ognia, to ja pytam: czy ono w ogóle było na grillu?! 

Kukurydza z masełkiem, lekko przypieczona… ludzie świata, przecież to jest niebo w gębie!

A że na biwaku apetyt człowiekowi rośnie chyba od samego siedzenia na świeżym powietrzu, to już inna sprawa. W domu zjadłabym kawałek mięsa i powiedziała:

— Dziękuję, wystarczy.

Na biwaku?

— A została jeszcze kiełbaska?

— A te żeberka to czyje?

— Kukurydza jest?

— A może jednak jeszcze kawałeczek…

I człowiek  odkrywa, że ma drugi żołądek przeznaczony wyłącznie do jedzenia z grilla. 

No i żeberka! Takie oblepione sosem, przypieczone, miękkie, że mięso samo odchodzi od kości… Matko jedyna, uwielbiam!

Za to marshmallow?

Tutaj kompletnie nie należę do drużyny.

Moje dzieci mogą siedzieć przy ognisku, piec pianki, wkładać je między herbatniki z czekoladą i zachwycać się s’moresami, a ja patrzę na to i myślę:

Dzieci drogie, bawcie się dobrze. Matka poczeka na kaszankę. 🤣

Bo słodkie z ogniska jakoś mnie nie rusza. Ale dajcie mi przypieczoną kiełbasę, kaszankę, żeberko albo kukurydzę prosto z rusztu i jestem szczęśliwa.

I wiecie co jest jeszcze piękniejsze?

Że tym razem ja tego wszystkiego nawet nie przygotowywałam!

Mąż rozpalał, pilnował, obracał, smażył i podawał. Normalnie obsługa all inclusive, tylko zamiast opaski na rękę miałam zapach dymu we włosach. 😂

Ja siedziałam i jadłam.

Potem znowu jadłam.

A na koniec, żeby nie było, że kompletnie nic nie robię  posprzątałam. 

I powiem Wam jedno: niech już tak zostanie!

Szanowny gotuje i grilluje, ja sprzątam. Dla mnie układ idealny.

Bo ja naprawdę mogę szorować, wycierać, zbierać talerze, pakować, zamiatać i doprowadzać pobojowisko po uczcie do stanu używalności. Ale gotować?

Nie cierpię.

Za to jeść to, co ktoś mi przygotował?

Oooo, tutaj talent mam wrodzony. 🤣

I tym sposobem obżarłam się grillowym żarełkiem jak bąk. Kiełbaska, kaszanka, żeberka, kukurydza… wszystkiego po trochu, potem jeszcze troszeczkę, a na końcu ten ostatni kawałeczek, który przecież nie może się zmarnować…

Teraz siedzę tak pełna, że mam wrażenie, że wystarczy mnie dotknąć igłą i…

PUFFF! 

Ale czy żałuję?

Ani jednego żeberka!

Bo za to właśnie kocham jedzenie na biwaku.

Pachnie dymem, ręce są brudne od sosu, gdzieś obok trzaska ogień, człowiek siedzi na skladanym krześle i zwykła kiełbasa smakuje jak danie z restauracji z pięcioma gwiazdkami.

A jeśli jeszcze ktoś inny stoi przy grillu, obraca, pilnuje i podaje mi gotowe na talerzu…

No ludzie kochani.

Tak to ja mogę biwakować! 

A Wy jaką jesteście drużyną?

Kiełbaska, kaszanka, żeberka, kukurydza czy s’moresy?

I pytanie dnia: lekko przypieczone czy tak jak u mnie  jeszcze chwilkę, jeszcze troszeczkę… oooo, TERAZ jest dobre!

Czyli spalone. 😂


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź