No i pojechaliśmy.
Tata miał odrobić piknikowego minusa, Tymon miał dostać tatę w wodzie, a ja jak się bardzo szybko okazało dostałam pełny etat kierownika logistyki.
Bo moje dzieci uwielbiają jeździć z nami na wakacje, wycieczki.
Wiecie dlaczego?
Bo matka wszystko ogarnie!
I ja co roku mówię:
— To ostatni raz! Ja się więcej z wami nigdzie nie wybieram!
A potem mija trochę czasu, dostaję jakiejś wakacyjnej amnezji i historia zaczyna się od nowa.
Tym razem jedziemy pod namiot.
Niby odpoczywać.
NIBY.
Bo zanim matka odpocznie, musi przeprowadzić operację logistyczną na skalę małego państwa.
Materace, śpiwory, ręczniki, spray na komary, coś po ugryzieniu, kremy z filtrem, szczoteczki, pasta do zębów, talerze, kubki, garnki, patelnia, kuchenka turystyczna, jedzenie…
I gofrownica.
Tak.
GOFROWNICA.
Bo człowiek może spać w lesie, może walczyć z komarami, może nie mieć własnej łazienki, ale chrupiący gofr rano musi być.
Są jakieś granice barbarzyństwa.
I oczywiście od rana słyszę:
— Mamo, wzięłaś…?
— Mamo, pamiętałaś o…?
— Mamo, masz…?
A co ja jestem, generał?!
Może mam jeszcze zrobić zbiórkę przed samochodem?
— Rodzina, BACZNOŚĆ! Śpiwory?!
— Są!
— Ręczniki?!
— Są!
— Gacie?!
— Są!
— Skarpety?!
— Yyyyy…
— Kąpielówki?!
Cisza.
No właśnie.
Ja też jadę pod namiot!
Ja też mam prawo czegoś zapomnieć!
I zapomniałam.
Mokrych chusteczek do tyłka.
No i zaczęła się tragedia narodowa.
— Mamo, a mokre chusteczki?
Nie ma.
— Ale jak to nie ma?!
Normalnie.
Nie ma.
Las jest? Jest.
Liście są? Są.
To rwać!
Jak komuś natura nie odpowiada, niech gazety szuka.
Chociaż… gazet też nie wzięłam.
Matka w tym roku luksusu nie dowiozła.
Będzie survival pełną gębą.
Ale zanim w ogóle ruszyliśmy, odbyła się kontrola bagażu.
Dziewczyny jadą na DWA DNI.
Przynoszą torby wypchane po brzegi.
Patrzę na nie.
Patrzę na torby.
Znowu patrzę na nie.
— Dziewczyny… wy jedziecie pod namiot czy na Fashion Week? Rewia mody przy ognisku będzie?
— Ale mamo, ubrania będą śmierdzieć dymem!
No oczywiście, że będą!
Jedziemy pod namiot, kochane.
Po dwóch dniach wszyscy będziemy pachnieć dymem, lasem, grillem i lekką desperacją.
Zaczynam przesłuchanie.
— Ile spodni?
— Trzy pary.
— TRZY?! Na dwa dni?!
— No bo jedne do…
— Nie interesuje mnie jedne do.
Rozpakowywać!
Jedna para wystarczy.
No dobra, dwie.
Niech będzie, że matka ma serce.
Ale nas jest sześć osób!
Jak każdy weźmie po dwie pary spodni, to już mamy dwanaście!
Do tego bluzy, koszulki, piżamy, bielizna, buty…
Ludzie!
Na same ubrania trzeba przyczepkę wynająć!
A gdzie materace? Śpiwory? Garnki? Patelnia? Jedzenie? Kuchenka? Gofrownica? Kubki do kawy?
Przy naszej rodzinie dodatkowy samochód powinien być dodawany gratis przy narodzinach czwartego dziecka.
Więc zaczynam dowodzić:
— Ty bierzesz to.
— Ty tamto.
— Tego nie bierz.
— Po co ci trzy bluzy?!
— Cztery T-shirty na dwa dni?!
— Nie, przy ognisku nie będzie przebierania co godzinę!
I wtedy pojawia się Max.
Z maleńkim plecaczkiem.
Patrzę.
— To wszystko?
— Tak.
No proszę!
Myślę sobie: jedno dziecko wychowałam porządnie.
Minimalista.
Człowiek lasu.
Amisz normalnie.
Pytam:
— Kąpielówki masz?
— Mam.
— Długie spodnie?
— Mam.
— Coś do spania?
— Mam.
— Skarpety?
— Mam.
No to pięknie.
Nie sprawdzam.
Bo chłop ma prawie dwa metry.
Chyba potrafi własne skarpety spakować.
Prawda?
Nieprawda.
I w tym całym zamieszaniu nagle nachodzi mnie jedna myśl:
Zaraz…
A GDZIE JEST OJCIEC TYCHŻE DZIECI?!
No gdzie, tato, gdzie Ty jesteś?!
Przecież to przez Twojego minusa jedziemy pod namiot!
Ja tu prowadzę odprawę wojskową, dziewczyny szykują się na Fashion Week, Max udaje pustelnika, samochód za chwilę usiądzie na amortyzatorach, a człowiek, który zarządził:
— Jedziemy na camping!
…spokojnie kręci się gdzieś obok.
Cichutki.
Spokojniutki.
Jakby w ogóle nie brał udziału w tej eskapadzie.
No nie, kochany.
Ty dostałeś minusa.
Nie ja!
Ja byłam na pikniku grzeczna.
Do wody weszłam.
Obowiązki wykonałam.
Więc proszę mi tu nie znikać z radaru, tylko brać materace, namioty i śpiwory, bo jak już odrabiamy tego minusa, to odrabiamy go RODZINNIE.
Chociaż zaczynam podejrzewać, że tata dostał jednego minusa, a matka w ramach kary dostała cały camping.
W końcu ruszamy.
Dojeżdżamy.
Rozbijamy namioty.
Człowiek jeszcze dobrze śledzia od namiotu nie wbił, a już słyszy:
— Mamo, mokre chusteczki wzięłaś?
Nie.
Las ma.
Idźcie negocjować z brzozą.
Chwilę później:
— Mamo, masz jakieś skarpety?
Patrzę na Maxa.
— A gdzie są TWOJE?!
— Yyyyy… hmmmm…
No jasne.
Nie wziął.
Oddycham.
Spokojnie, Jola.
Jesteś na łonie natury.
Ptaki śpiewają.
Drzewa szumią.
Syn nie ma skarpet, ale cywilizacje przeżywały większe kryzysy.
Dobra.
Idziemy nad wodę.
Wszyscy się kąpią, a Max stoi.
— Max, czemu nie jesteś w wodzie?
I wtedy pada pytanie, po którym matce zaczyna drgać powieka:
— Mamo… a moje kąpielówki wzięłaś?
JA?!
Ja miałam wziąć TWOJE kąpielówki?!
— Przecież mówiłeś, że je spakowałeś!
— No tak…
— No to gdzie są?
— Na łóżku zostały.
I w takim momencie człowiek już nawet nie krzyczy.
Patrzy w dal.
Na wodę.
Na drzewa.
Na niebo.
I zastanawia się, czy gdzieś w okolicy jest rodzina, która przygarnęłaby prawie dwumetrowego chłopaka bez skarpet i kąpielówek.
Oddam w dobre ręce.
Plecaczek gratis.
Pusty.
Ale wiecie, co jest najlepsze?
Ja ich znam.
Dlatego mimo wszystkich moich przemówień o samodzielności i odpowiedzialności zawsze gdzieś wrzucę dodatkową bluzę, spodnie, skarpety czy zapasowe kąpielówki.
Bo w naszej rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto spakował wszystko.
Tylko wszystko zostało w domu.
Ale Nintendo przyjechało.
Książki też są.
Ubrań brak.
Ot, dzieci moje…
I oczywiście na końcu i tak winna jestem ja.
Bo poganiałam.
Bo kazałam się przepakować.
Bo powiedziałam, że za dużo.
Bo kazałam wyjąć trzecią parę spodni.
Bo tamto.
Bo sramto.
JA!
A przecież ja też kiedyś jeździłam pod namiot!
I jakoś człowiek miał gacie, skarpety i kąpielówki bez odprawy, sztabu kryzysowego i listy kontrolnej NATO.
I chyba właśnie dlatego czasami all inclusive bierze u mnie górę.
Bo wtedy nie martwię się o patelnię.
Nie martwię się o garnek.
Nie pakuję kuchenki.
Nie zastanawiam się, czy ktoś ma ręcznik, śpiwór, skarpety albo kąpielówki.
Jadę odpoczywać.
Na pełnej petardzie.
A nie zarządzać operacją logistyczną pod kryptonimem:
Rodzina jedzie na dwa dni do lasu.
Bo jedni jadą odpocząć.
A matka jedzie jako logistyk, magazynier, kontroler bagażu, kierownik transportu, pogotowie ratunkowe i dział rzeczy znalezionych w jednym.
I w końcu patrzę nad wodę.
Tymon pływa z tatą.
Razem.
I wtedy sobie myślę:
No dobra.
Po to właściwie tutaj przyjechaliśmy.
Tata odrabia swojego piknikowego minusa.
Tymon szczęśliwy.
Misja wykonana.
I nagle nawet te mokre chusteczki, skarpety, kąpielówki, torby i cały ten cyrk przestają mieć znaczenie.
Bo młody chciał tylko jednego.
Żeby tym razem jego tata też był.
Z nim.
I jest.
Tylko nikt mi wcześniej nie powiedział, że za odrobienie jednego minusa przez ojca matka będzie musiała zdać egzamin z logistyki, survivalu i zarządzania kryzysowego.
Namioty stoją.
Większość ludzi ma skarpety.
Kąpielówki się znalazły oczywiście zapasowe od matki.
Bez mokrych chusteczek też, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, ludzkość przetrwała.
A ja oficjalnie ogłaszam:
CENTRUM DOWODZENIA ZOSTAJE ZAMKNIĘTE.
Idę do wody.
I jeszcze jedno.
Kochany tato.
Skoro to Ty wymyśliłeś ten camping, to przy kolejnym wyjeździe pamiętaj:
Mokre chusteczki — TWOJE.
Papier toaletowy — TWÓJ.
A jak zapomnisz, to przynajmniej weź stos gazet.
I jeszcze synowie.
Ich plecaki też od dzisiaj są pod Twoją kontrolą.
Sprawdzasz skarpety.
Sprawdzasz kąpielówki.
Sprawdzasz gacie.
Bo ja swoją kadencję jako minister do spraw wszystkiego właśnie zakończyłam.
Następnym razem, kiedy ktoś zapyta:
— Mamo, a masz…?
odpowiadam:
— NIE MAM. PYTAJ TATY!
A jak tata też nie ma…
LAS MA!
A jak jest u Was?
Kto przed rodzinnym wyjazdem jest centrum dowodzenia?
Mama? Tata? Czy każdy pakuje siebie, a potem ponosi konsekwencje?
I powiedzcie mi, drogie matki…
Czy Wy też jedziecie na wakacje „odpocząć”, a zanim odpoczniecie, musicie najpierw spakować, przewieźć i uratować całą rodzinę przed skutkami jej własnego pakowania?
Powiedzcie mi, że nie jestem sama!
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.