W drogę!

Godzina 8:00 rano.

Pierwszy przystanek – Starbucks i Dunkin’.

Kawa, kanapki, pączki.

Cała nasza ekipa przy jednym stoliku.

Można by pomyśleć: sielanka. Wakacyjny poranek jak z amerykańskiej reklamy.

No to nie.

To były może pierwsze trzy sekundy.

Potem rozpoczął się rodzinny blockbuster.

Film akcji.

Thriller.

Komedia.

Wszystko w jednym.

Najpierw niewinne docinki.

Później uszczypliwości.

Za chwilę argumenty zaczęły latać szybciej niż znikały kanapki i pączki.

– Ty zawsze…

– A ty nigdy…

– Sam jesteś…

– Popatrz najpierw na siebie!

Siedzę spokojnie i popijam kawę.

Mąż patrzy na mnie.

Ja patrzę na męża.

Widzę, że za chwilę będzie chciał wkroczyć do akcji niczym negocjator policyjny.

Delikatnie daję mu znak.

– Spokojnie.

Dopóki nie latają kanapki i nikt nikogo nie próbuje zrzucić z krzesła, niech rozmawiają.

Niech się ścierają.

Niech uczą się stawiać granice.

Niech wyrażają emocje.

To rodzeństwo.

Mają do tego pełne prawo.

Bo ja już doskonale znam zakończenie tego filmu.

Teraz patrzą na siebie jak dwa koguty przed walką.

Nastroszone pióra.

Bojowe pozy.

Prychanie.

Fukanie.

Przewracanie oczami.

I absolutna pewność, że to właśnie JA mam rację.

A ja już wiem, co będzie za godzinę.

Będą siedzieć obok siebie.

Śmiać się z tych samych głupot.

Podkradać sobie frytki.

Wygłupiać się.

Rozmawiać tak, jakby ta poranna bitwa nigdy się nie wydarzyła.

Tak właśnie działa rodzeństwo.

Kłócą się z ogromną pasją.

Obrażają się na całe piętnaście minut.

A później tworzą duet nie do rozdzielenia.

A my?

My z mężem spokojnie pijemy kawę.

Od czasu do czasu wymieniamy tylko spojrzenia.

– Wchodzimy?

– Nie… jeszcze nie.

Bo doświadczenie nauczyło nas jednego.

Niektórych rodzinnych burz nie trzeba zatrzymywać.

Trzeba je po prostu przeczekać.

Na stole kawa ze Starbucksa, kanapki i pączki z Dunkin’.

A gratis?

Najlepszy rodzinny spektakl na żywo.

Pełen emocji, śmiechu, fochów i miłości.

I wiecie co?

Nie zamieniłabym tego naszego zwariowanego śniadania na żadne inne.

Bo właśnie taki gwar, taki śmiech i nawet te małe wojny przypominają mi, że jesteśmy rodziną.

Rodzeństwo to chyba jedyna relacja na świecie, w której o ósmej rano można być gotowym skoczyć sobie do gardeł, a godzinę później siedzieć ramię w ramię, śmiać się do rozpuku i planować kolejne wspólne wygłupy.

Aktualizacja z trasy…

Minęła może godzina wspólnej podróży.

I co?

Dokładnie to, czego się spodziewałam.

Jeszcze przed chwilą byli gotowi udowadniać sobie, kto ma rację.

A teraz?

Złapali wspólną falę.

Siedzą obok siebie i razem grają w jakąś kompletnie niezrozumiałą dla mnie grę.

Śmieją się tak, że co chwilę zerkam  i sama zaczynam się uśmiechać.

Nawet najmłodszy próbuje dotrzymać im kroku.

Z całych sił odgaduje zagadki, próbuje nadążyć za ich tempem i pęka ze śmiechu razem z nimi.

A ja tylko patrzę i myślę…

No przecież mówiłam.

Tak właśnie wygląda rodzeństwo.

Najpierw mała wojna.

Potem pełen sojusz.

I dzięki temu my z mężem możemy wreszcie spokojnie usiąść, napić się kawy i zrelaksować podczas podróży.

Do następnej rodzinnej bitwy.

Czyli… pewnie do kolejnego stop-u.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź