Poniedziałek. 5:30 rano.

Budzik dzwoni.

Ja, jak zawsze, na autopilocie.

Jeszcze otulona wspomnieniami cudownego weekendu. Uśmiechnięta. Pełna energii.

Wchodzę do kuchni tanecznym krokiem, podśpiewując największe hity sobotniej nocy. Włączam Radio ZET.

Machinalnie.

Rutyna.

Najpierw opróżniam zmywarkę.

Potem przygotowuję lunch boxy.

Kanapki. Owoce. Przekąski.

Wszystko pięknie zapakowane.

Biorę pudełka i maszeruję do pokoju chłopaków.

– Max, wstawaj!

Cisza.

– Max, no już!

Mój syn powoli podnosi głowę z poduszki i patrzy na mnie, jakbym właśnie wróciła z Marsa.

– Mamo… dobrze się czujesz?

– A co?

– Mamo…

Krótka pauza.

– Wakacje.

Patrzę na niego.

On patrzy na mnie.

I wtedy do mnie dociera.

Ludzie… przecież są wakacje!

Naprawdę zapomniałam.

Nie wiem, czy to już wiek, zmęczenie, ekscytacja sobotnią nocą 🤣, czy po prostu matczyny autopilot działa nawet wtedy, kiedy szkoła już dawno powiedziała:

„Żegnaj szkoło!”

Lunch boxy gotowe.

Dziecko gotowe…

…tylko nie do szkoły. 😂

Powiedzcie, proszę, że nie tylko ja potrafię w pierwszy dzień wakacji obudzić dzieci do szkoły. Bo jeśli jestem jedyna… to chyba naprawdę potrzebuję jeszcze kawy


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź