Wczoraj. Piątek. Godzina 6 pm
Normalni ludzie po całym tygodniu myślą już o odpoczynku…
A u nas?
Narada.
Bo w sobotę wielkie święto. Zesłanie Ducha Świętego. A wiadomo po mszy zawsze robimy agape i trzeba coś przygotować.
Siedzimy i dumamy co zrobić.
Mówię:
— No… sałatkę zrobimy jak zawsze…
I wtedy dziewczyny:
— A co jeszcze?
Patrzę na nie.
— Nie wiem… może ciasto?
Starsza prychnęła od razu:
— Gdzie tam ciasto! Zrobimy pierogi! Szybko pójdzie i będzie dużo!
Spojrzałam na zegarek.
6 pm
PIĄTEK.
Po całym tygodniu.
I już wiedziałam…
Odpoczynek oficjalnie został odwołany.
— Pomożecie? — pytam.
— Jasne! — wołają obie.
No bo pierogi u nas to nie jedzenie.
To tradycja.
To wydarzenie rodzinne.
I tak zaangażowałam cały dom.
Mąż dostał misję specjalną: ziemniaki, ser, cebula.
Gotować.
Mielić.
Doprawiać.
Mieszać.
Ja z dziewczynami ciasto.
Ola gotowała i pilnowała, żeby gotowe pierogi nie sklejały się bardziej niż ludzie przy świątecznym stole.
Ale…
Do akcji musiał wkroczyć ON.
Najmłodszy.
Bez niego nie ma współpracy.
Patrzy na mnie i mówi:
— Mamo… idź wypij kawę. Ja zrobię lepiej. Daj wałek.
Ludzie kochani…
GOŚCIU MA 6 LAT.
Zabiera mi wałek i wałkuje z takim rozmachem, jakby prowadził własny program kulinarny.
Mąka wszędzie.
Ja tylko wołam:
— Nie dosypuj za dużo…
A on nawet nie podnosi wzroku:
— Mamo. Ja wiem lepiej. Idź odpocznij.
No to śmiejemy się z Olą.
Łapię telefon, bo takie chwile trzeba uwieczniać.
A ten…
Jak zawodowy influencer opowiada do kamery co robi.
Normalnie szok.
Odstawiam telefon nagrywać, a on całkiem niewzruszony woła:
— Alexa! Play Girl On Fire Alicia Keys!
I się zaczęło.
Wałkuje ciasto.
Tańczy.
Śpiewa.
Cały tekst zna na pamięć.
Wykrawa szklanką kółka, nakłada farsz małą łyżeczką i próbuje sklejać.
Ze sklejaniem trochę gorzej, ale Ola czuwa.
Powstało ze 20 pięknych pierogów.
POTEM MIAŁ DOŚĆ.
Bo przecież trzeba było wrócić do ważniejszych spraw…
Do choreografii.
Ten chłopak ma muzykę we krwi.
Sześć lat.
A tworzy układy, przy których my zbieramy szczęki z podłogi.
Nie ma znaczenia gdzie jest.
Usłyszy muzykę…
I jego ciało już wie.
Tańczy.
Czuje.
Żyje tym.
A my patrzymy i myślimy:
Skąd to dziecko się wzięło?
No ale dobra.
Uciekł tańczyć.
A my z Olą dalej:
Lepić.
Gotować.
Montować.
Żeby do kościoła przyjść z poczęstunkiem.
I wtedy młody wpada do kuchni.
W ręce kilka czereśni.
— Kto chce? — pyta.
— Ja! — wołam.
I wkłada mi kilka do buzi.
Przegryzam.
Soczyste.
Mięsiste.
I NAGLE…
DRĘ SIĘ JAK OPARZONA.
Wypluwam wszystko do zlewu.
Płuczę usta.
Gardło pali jakbym połknęła ogień.
Ola patrzy przerażona.
Młody stoi.
Patrzy.
I DOSKONALE WIE CO ZROBIŁ.
— Co żeś zrobił?! — pytam.
Milczy.
— Co zrobiłeś?!
Nic.
Idę do salonu…
A tam…
ODKRĘCONY POJEMNIK OSTREJ PAPRYKI.
I wszystkie czereśnie pięknie obtoczone.
NO PIĘKNIE.
— Po co to zrobiłeś? — pytam.
Patrzy i mówi całkiem poważnie:
— Bo chciałem zrobić czereśnie w papryce…
Chwila ciszy.
I dodaje:
— Pamiętasz chipsy paprykowe? Były dobre… To myślałem, że czereśnie też będą.
Ludzie.
PRZYSIĘGAM.
Ja już nie wiedziałam czy płakać czy się śmiać.
— Ale… nie smakowały ci? — dopytuje jeszcze z troską.
I wtedy wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem.
Bo ja wiem.
On chciał dobrze.
On eksperymentuje.
Wszystko go ciekawi.
Ale przy takim sześciolatku trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Bo dziś papryka i czereśnie…
A jutro nie wiadomo.
Może wynajdzie nową kuchnię świata
No nic.
Lecę kończyć pierogi .
Bo jutro wielkie święto.
I mam tylko nadzieję…
Że młody nie wywinie żadnego numeru jutro .
Bo z nim?
Nudy nie mamy nigdy.
Dobrego weekendu kochani…
I oby wasze czereśnie były bez ostrej papryki

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.