Ludzie kochani… powiedzcie mi, bo może czegoś nie rozumiem. Naprawdę. Może coś jest ze mną nie tak.

Od jakiegoś czasu tylko słyszę — tragedia tu, tragedia tam. Ktoś zginął, ktoś zachorował, rodzina nie wróciła z wakacji, ktoś odszedł nagle. I serce pęka, bo człowiek nie jest z kamienia.

Są chore dzieci, są osoby niepełnosprawne, są ludzie walczący o życie. I ja rozumiem zbiórki. Sama pomagam, jeśli mogę. Sama dokładam się do WOŚP, choć był moment, że ktoś skutecznie próbował mi to obrzydzić. Ale wróciłam. Bo pomagać warto.

Ale ludzie kochani… jest coś, czego nie umiem pojąć.

Widzę profile. Drogie wakacje. Markowe ubrania. Torebki za tysiące. Samochody. Restauracje. Zdjęcia z rajskich miejsc. Życie jak z katalogu.

A potem nagle:

„Zbieramy na sprowadzenie zwłok.”

„Pomóżcie opłacić pogrzeb.”

„Wpłaćcie choć kilka złotych.”

I siedzę i myślę… jak to możliwe?

Nie chodzi mi o ocenianie tragedii, bo śmierć przychodzi nagle i nie pyta. Ale czy naprawdę żyjemy dziś tak, że nie mamy odłożone nic? Ani złotówki? Ani na czarną godzinę? Na coś, co przyjdzie niespodziewanie i rozwali świat?

Byłam na pogrzebie kolegi. Umarła mu mama. Nie robił zbiórek. Pracował, odkładał, pochował matkę z własnych pieniędzy. Bolało go mniej? Kochał mniej? Nie. Po prostu był przygotowany na to, że życie nie zawsze jest piękne.

I nie zrozumcie mnie źle. Nie mówię o ludziach biednych. Nie mówię o tych, którym naprawdę los zabrał wszystko. Mówię o tym dziwnym świecie, gdzie często jest kasa na pokazanie życia, ale nie ma jej na zabezpieczenie życia.

Może jestem starej daty. Ale zawsze uważałam, że choćby trochę trzeba odłożyć. Nie wiadomo, co przyniesie jutro. Choroba. Śmierć. Wypadek.

I coraz częściej zanim wpłacę pieniądze, sprawdzam. Patrzę. Czytam. Bo niestety  są zbiórki, które chwytają za serce… a potem człowiek przeciera oczy ze zdumienia.

Nie wiem. Może jestem zbyt surowa. Może coś ze mną nie halo.

Ale wiecie co… im dłużej patrzę na to wszystko, tym częściej mam wrażenie, że żyjemy w świecie, gdzie ważniejsze stało się pokazanie życia niż zabezpieczenie życia.

Profil za profilem. Egzotyczne wakacje. Torebki za tysiące. Markowe rzeczy. Wystawne imprezy. Zdjęcia przy drogich autach. Luksusowe hotele. Wszystko piękne. Wszystko idealne. Wszystko na pokaz.

I ja nie zazdroszczę. Niech każdy żyje jak chce i wydaje swoje pieniądze jak chce. Ale zastanawiam się… czy w tym wszystkim zostało jeszcze miejsce na rozsądek? Na myśl, że życie potrafi w sekundę przewrócić wszystko?

Bo tragedia nie sprawdza konta bankowego. Nie pyta, czy byłeś na egzotycznych wakacjach. Nie obchodzi jej, jaką masz torebkę ani ile polubień pod zdjęciem.

I może zabrzmię brutalnie, ale odpowiedzialność też jest częścią dorosłości. Tak samo jak praca, rachunki i codzienne życie. Odkładanie na czarną godzinę nie jest wstydem. Jest rozsądkiem.

Dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie:

Czy nie doszliśmy do momentu, gdzie część ludzi najpierw wydaje na życie, które dobrze wygląda… a potem oczekuje, że obcy ludzie zapłacą za skutki, kiedy życie pokaże swoją najtrudniejszą twarz?

Wiem, że są sytuacje, których nie da się przewidzieć. Są tragedie, wobec których człowiek jest bezradny. I takim ludziom pomagać trzeba.

Ale wiem też jedno…

Pomoc powinna być wsparciem w nieszczęściu, a nie planem awaryjnym zamiast własnej odpowiedzialności.

Może się mylę.

Ale coraz częściej patrzę na ten świat i zastanawiam się:

Gdzie kończy się prawdziwe współczucie… a zaczyna przerzucanie odpowiedzialności za własne życie na obcych ludzi?

Powiedzcie mi Kochani :

Czy uważacie, że każdy powinien mieć odłożone pieniądze na czarną godzinę, nawet niewielkie?

Czy zbiórki stały się czasem pomocą w tragedii… czy dla części ludzi zastąpiły zwykłe zabezpieczenie życia?

Jak Wy to widzicie?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź