Od kilku dni pogoda robi ze mną co chce. Sama już nie wiem pod jaką porę roku ją podciągnąć. Rano wiatr, deszcz, siąpi, szaro, smutno. Człowiek wstaje i już ma wrażenie, że dzień go przygniótł zanim jeszcze zdąży wypić pierwszą kawę. Potem nagle śnieg, zimno, ciśnienie leci w dół i cały organizm zaczyna protestować.
Ja jestem niskociśnieniowcem. Od zawsze. Każdą zmianę pogody czuję jakby ktoś w mojej głowie przekręcał pokrętła. Głowa pulsuje, migrena potrafi mnie złapać w najmniej odpowiednim momencie, ciało robi się ciężkie jak z ołowiu. Czuję się jak zombie. Serio. Żyję, oddycham, pracuję, rozmawiam z ludźmi… ale funkcjonuję jak maszyna na autopilocie.
Piję hektolitry kawy. Litry. Kubek za kubkiem. I nic. Zero efektu. Ciśnienie dalej przy ziemi, energia też. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie baterie.
Najbardziej brakuje mi słońca.
Tak zwyczajnie. Po ludzku. Chciałabym stanąć gdzieś na chwilę i poczuć ciepło na twarzy. Zamknąć oczy i ogrzać się w promieniach. Bo teraz wszystko jest zimne, szare i ciężkie. Nawet myśli.
Pracować trzeba. Nie ma opcji „dzień wolny bo źle się czuję”. Życie nie działa na takich zasadach. Człowiek zakłada uśmiech, robi swoje i jedzie dalej. Nawet kiedy w środku ma ochotę tylko położyć się pod kocem i przespać pół świata.
A jakby tego było mało… zaczynam tyć.
I to jest moment, w którym naprawdę chciało mi się wyć.
Bo ja się pilnuję. Serio. Nie jem pieczywa. Nie jem słodyczy. Nie jem ciastek z pracy, chipsów, tortów urodzinowych, bułek i całej tej cukrowo-mącznej armii, która zawsze krąży po oddziale.
Co więcej moi znajomi z pracy wzięli sobie do serca moje gadanie. Przestali żreć ciastka, przestali podjadać i teraz chodzą dumni jak pawie, bo chudną.
A ja?
Ja idę w drugą stronę.
Staje na wagę i… prawie mnie zmiotło. Prawie dziesięć kilo do przodu.
DZIESIĘĆ.
Stałam i patrzyłam na tę liczbę jakby była pomyłką systemu. Jakby ktoś źle ustawił skalę. Jakby to nie była moja waga.
A jednak.
Brzuch rośnie. Tyłek rośnie. Twarz opuchnięta jakbym była ulana wodą. Patrzę w lustro i zastanawiam się kiedy to się wydarzyło.
Może to brak snu.
Śpię cztery i pół godziny na dobę. Czasem mniej. Organizm jedzie na rezerwie. Może się buntuje. Może zatrzymuje wodę. Może hormony wariują. Może to wszystko razem.
Lunch w pracy jem o dziewiątej wieczorem. Wiem późno. Ale tak wygląda mój rytm dnia. I co ja jem? Jabłko. Cottage cheese. Czasem maliny. Czasem banana. Do tego kawa.
I teraz powiedzcie mi… od czego ja mam przytyć dziesięć kilo?
Bo ja naprawdę nie wiem.
W mojej głowie krąży tysiące niewiadomych. Może to tarczyca. W kwietniu idę do endokrynologa, może trzeba podkręcić tabletki. Może hormony się rozjechały. Może to stres. Może zmęczenie. A może po prostu starość puka do drzwi i mówi: no witaj, teraz będzie trudniej.
Nie wiem.
Wiem tylko, że kiedy stanęłam na wadze na naszym oddziale, to miałam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Bo liczba rosła jak szalona.
I dobiła mnie ta jedna myśl.
Że chyba już do końca życia będzie na mnie przyklejona kartka z napisem : GRUBA .
I wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze?
Ta bezsilność.
Bo kiedy człowiek wie, że zawalił jadł za dużo, ruszał się za mało to przynajmniej zna przyczynę. Może coś zmienić. Może zacząć od nowa.
A ja mam wrażenie, że robię wszystko jak trzeba… a ciało i tak idzie swoją drogą.
Dlatego dziś siedzę i piszę to wszystko trochę z frustracji, trochę ze smutku, trochę z nadzieją.
Bo może ktoś z was też tak ma.
Może też wstaje rano zmęczony pogodą, zmęczony brakiem słońca, zmęczony własnym organizmem który nagle przestaje współpracować.
Jeśli tak powiedzcie mi proszę, że nie jestem w tym sama.
Bo czasem naprawdę chce się wyć.
Tak zwyczajnie. Z bezsilności.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.