Pierwszy wirus w tym roku szkolnym złapany… i to z pełnym impetem! 🤒

Zaczęło się w sobotę. Niby zwyczajny dzień – ja w kuchni, gofry pachną, rodzinna sielanka. A młody? Niby się bawi, niby wszystko gra… ale coś mi w duszy dzwoni. Nie je, nie pije, pokłada się na łóżko. Wołam: „Chodź, pójdziemy do parku!” – a on tylko: „Nie, nie, nie…”.

I wtedy padł mój niezawodny test. Patrzę mu w oczy: „Spójrz na mnie!”. No i wiedziałam… szkliste spojrzenie. To zawsze mój alarm! Termometr – bach – 38°C.

„Tymon, co cię boli?” – pytam.

On milczy, patrzy, kalkuluje. Boi się. Wie, że lekarze to dla niego horror, więc w jego głowie jedna myśl: tylko nie doktor. W końcu półgłosem: „Gardło… i głowa”.

Sprawdzam – gardło czerwone, nos zaczyna kapać. Klasyk. Wyciągam broń nr 1 – syrop o smaku gumy balonowej. Myślę: no przecież to się pije samo! A tu? Najpierw bunt, potem łyk, a sekundę później… pluje i ryczy: „Niedobre! Nie będę pił!”.

Okej, plan B. Czopki. I tu zaczyna się wojna. On ucieka po łóżkach jak gazela, płacz, krzyk: „Nieee! Nie chcę!”. Ja wzywam ekipę wsparcia. Każdy łapie z innej strony, ja atakuję – i udaje się podać. Krokodyle łzy, pretensje: „Dlaczego? Po co?”. A serce mi pęka, bo wiem, że to dla jego dobra.

Na szczęście chwilę później tuli się do taty i zasypia. A ja patrzę i wiem – pierwszy wirus rozgościł się u nas na dobre.

Wczoraj dołączył kaszel – brzydki, męczący. Napisałam do pani w szkole: młody dziś nie przyjdzie. Bo u nas zasada jest jasna – chory siedzi w domu. Nie chcę, żeby zarażał innych i żeby złapał coś jeszcze. Ale patrzę na innych – kaszlące, zasmarkane dzieci przyprowadzane do szkoły, bo „przecież jakoś będzie”.

I tu mnie aż nosi! 😡 Takie chore dzieci, umęczone kaszlem i gilami z nosa, działają na mnie jak płachta na byka. Bo czy ten rodzic nie ma serca? Nie może go przetrzymać w domu dzień czy dwa? Ogarnąć sytuację, żeby ten młody człowiek nie męczył się w szkole? Nie rozumiem takich ludzi, nie wiem, co nimi kieruje… ale dobra, odpuszczam, bo i tak bym się tylko denerwowała.

I tak oto siedzimy. Prawdopodobnie to znów RSV – stary znajomy, którego już dwa razy gościliśmy. A na niego lekarstwa brak – tylko inhalacje i leki na gorączkę. Nic więcej.

Więc walczymy, tulimy się, wygrzewamy w ostatnich promieniach słońca. 🌞 Bo mama w takiej sytuacji jest trochę pielęgniarką, trochę generałem na polu bitwy, a trochę… przytulanką, co pogłaszcze i ukołysze. No i – wiadomo – pozwala na jedzenie niezliczonej ilości lodów, bo co innego można jeść, jak gardło boli? 🍦

I powiem Wam jedno – wirus czy nie wirus, my go pokonamy, bo jesteśmy ekipą nie do zdarcia! Walczymy, aż tego gada wyrzucimy z gardła i nosa. 💪👊

No to tyle – idziemy na inhalacje.

A Wy? Jakie macie swoje sprawdzone sposoby na smarki i kaszel u dzieci? Dajcie znać, może podłapię coś nowego!

Pozdrawiam Was mocno ❤️


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

5 uwag do wpisu “Proszę państwa! Mamy to!

  1. Można to zatrzymać. Nie chodzi tylko o shoty z Vita C w proszku – przyda się – ale nie to. Uwierzcie, wiem o czym piszę: mamy troje zawodników – gorączka pod 40st, bieganie z kompresami, sterydy w atomizerze (bo średni się dusił), najmłodszy zwracał, córka (najstarsza) nie wstawała – pełna obsługa i szpitaj w domu od września do czerwca.
    Częstość infekcji – do 3 lub 4 na miesiąc.
    A potem, piorun. Diagnoza u córki: guz mózgu. Operacja. 6 godzin takiego stresu że nie wiesz czy jeszcze żyjesz bo cię dusi… Szkoda pisać.

    Jak? Trzeba zmienić to czym się żywicie. Biały cukier zabija…

    Zajrzyjcie na YT np. do takich dwu braci, lekarzy, którzy uczą jak pięknie żyć – Bracia Rodzeń. Czysta Konferencja 2025. Polecam materiał znanego prawnika mec. A.Teteli o zmianach w prawie medycznym – przecierasz oczy i budzisz się z Matrixa bez czerwonej tabletki.
    Zapewniam, że nora królika jest w przypadku medycyny tak niewyobrażalnie pokręcona że oboje z mężem na początku nie uwierzycie…
    Ps. Polecam też tego sędziwego dżentelmena i jego książki https://skuteczniewyleczyc.pl/o-nas

    Powęszcie wokół tych ludzi na YT i w sieci. Używajcie wyszukiwarek niezależnych jak https://duckduckgo.com/ a zobaczycie jak wyniki wyszukiwania mogą się różnic w zależności od tego kto je dostarcza.

    „The Matrix is everywhere. It is all around us. […] It is the world that has been pulled over your eyes to blind you from the truth.

    A można pięknie żyć…

    1. Dziękuję, nie wiem komu, bo to anonim, ale naprawdę z całego serca dzięki! 🙏 Poczytam o tym jeszcze dziś, bo czuję, że to ważne.
      Wiem, o czym piszesz — sama mam problemy z jelitami i lekarz też kazał mi definitywnie odstawić cukier. I faktycznie, odkąd to zrobiłam, czuję różnicę — nie boli aż tak jak kiedyś, jakby ciało wreszcie zaczęło oddychać.
      Masz rację, często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo to, co jemy, wpływa na wszystko – od odporności po samopoczucie.
      Czasem człowiek musi dostać taki „kopniak od życia”, żeby się obudzić i zobaczyć, że może być inaczej, lepiej, bardziej świadomie.
      Jeszcze raz – dziękuję za ten komentarz i za to, że się podzieliłaś tak osobistą historią. Dużo zdrowia dla Ciebie i całej rodziny ❤️

      1. Doceniam otwartość i życzliwe przyjęcie! Naprawdę! Nie jest to częsta postawa, a ja nie proponuję czegoś łatwego. Tymbardziej Wielki Szacunek. U nas od ponad 2 lat trwa walka z nawykami naszymi i dzieci, oddziaływaniem grup rówieśniczych, zmęczeniem a nawet pojawieniem się misiów 🙂 Takich w stylu: 'Eeee, nie chce misie’.
        Ja tu na bloga trafiłem, zdało by się, całkiem przypadkowo. Jednak po tym co piszesz (i że z otwartością przyjęłaś moje sugestie) wydaje mi się że znów sprawdza się powiedzenie że w życiu ……. nie ma przypadków (a moga być za to niewykorzystane szanse; w miejscu kropek piszesz jak siebie postrzegasz np. os. wierząca, mama itp).
        U nas docieranie do tej wiedzy o której wspominałem wyżej to długi proces wyrzeczeń, rezygnacji z ambicji zawodowych, rezygnacji z siebie. Jednak to co udało się dowiedzieć to P.E.T.A.R.D.A. To zmienia Ciebie i zmienia życie. I zmienia na lepsze.
        Może też trochę wiąże się z tym że przestajesz chcieć zmieniać świat a skupiasz się na sobie i bliskich (którzy nie zawsze z równym tobie entuzjazmem przyjmują zmianę). To jednak zupełnie inna historia…
        Ps. Wolę pozostać anonimowy bo mamy takie pokręcone czasy że napisanie swojego zdania w pewnych sprawach wygląda jak w PRL. Sprawfrazuję tu stary joke: W PRL była wolność wypowiedzi ale nikt nie zagwarantuje co się z tobą stanie po wypowiedzi 🙂
        Ps.2. U nas „dziwne”rzeczy zaczęły się kiedy już nie dawaliśmy rady i oboje z żoną poprosiliśmy naszego ks.probosza o Mszę Św. o uzdrowienie naszych dzieci. Po roku od tego wydarzenia dotarło do nas tyle wiedzy i treści że wszystko stanęło na głowie… Przypdadek ktoś powie. Nie sądzę… Walczymy od dawna (od narodzin najstarszej córki) a jednak przełom nastąpił krótko po tej Mszy Św.

      2. Bardzo dziękuję za Twój komentarz – aż mi się cieplej zrobiło, jak to przeczytałam ❤️
        Piszesz bardzo mądrze i z serca, widać, że przeszliście długą drogę i że to, co odkryliście, naprawdę zmieniło Wasze życie.

        Mam do Ciebie pytanie – jak udało Wam się zejść z cukru?
        Jak poradziliście sobie z tym, żeby najmłodsi przestali jeść babeczki, cukierki i całe to słodkie „świństwo”? Wiem, o czym piszesz, bo ze starszym synem też prowadziłam prawdziwy bój, a syn mojej siostry miał zapalenie mózgu i dopiero po odstawieniu cukru, węgli i tego całego syfu wrócił do zdrowia.
        Niestety najmłodszego syna wciąż nie potrafię przestawić na zdrowe jedzenie i bardzo nad tym boleję 😔

        Podziel się, proszę, jak Wy to zrobiliście – może Twoje doświadczenie pomoże też innym rodzicom.
        I jeszcze raz dziękuję za Twoje słowa – naprawdę mądrze piszesz! 🙏

  2. Dziękuję. To za wiele uznania bo my jesteśmy dopiero w drodze a na każde z dzieci działa coś innego.
    Primo: trzeba uświadomić sobie skalę problemu. Cukier biały (ale niestety i miód, względnie zdrowy – gdy spożywany od święta) jedzone regularnie 'hakuja’ nasze kubki smakowe (więcej o tym na YT Braci Rodzeń w ramach Czystej Konferencji 2025). Skutek: cokolwiek bierzemy do ust a nie ma (choć odrobiny) słodkiego smaku może nas wręcz odrzucać.
    Odwrócenie zmian jest możliwe ale to proces. Min 1 miesiąc odstawienia cukrów prostych. Tylko KAIZEN – małe kroki -> herbata, każdego dnia CIUTKĘ mniej cukru, potem gorzka, potem woda, odstawienie soków owocowych. Wymagana żelazna konsekwencja. Mega trudne – protesty wybuchają na każdym etapie.
    Najstarsza (dorosła już córka) i najmłodszy syn (l.10) -> rozumowo. Czytamy etykiety, oglądamy wartościowe shorty / materiały; czytamy razem fragmenty z książek (dr. Dąbrowska, prof.Frydrychowski). Pomagają nam czasem nauczyciele biologii.
    Najtrudniej jest ze średnim synem. Miewał ataki cukrowego szału: grzebał we wszystkich szafkach próbował nawet jeść suche mleko w proszku lub z wodą (bo ma cukier mleczny). Potrafił ukryć cukierek otrzymany w szkole lub czekoladę od babci (osobna historia jak wytłumaczyć że cukier NIE krzepi) i po kryjomu podjadał gdy miał kryzys.
    Grunt to stworzyć alternatywę: pancake – z miodem; zamiast ciasta – domowa pizza; gofry i pączki – można zrobić ze szczyptą soli a oprószyć xylitolem (choć to ostatnio straszne świństwo bo pozyskują z kukurydzy przemysłowej).
    No i klucz do sukcesu: zatrzymać głód i zrozumieć różnicę między głodem ilościowym (tego w EU nie ma) i jakościowym (to jest na każdym kroku).
    Pomocne są jaja i wszelkie rodzaje potraw z jaj, różniste mięsko (dobrze się sprawdza u chłopaków) i wspólne robienie surowych warzyw / przekąsek / przetworów.
    Pomocne jest też redukowanie liczby posiłków (ale to level hard) 🙂

Zostaw odpowiedź