Czerwiec ,słońce , truskawki, wakacje na horyzoncie. A tu nagle – BUM! – mój kochany synek, zupełnie przypadkiem, rzuca bombę:

„Mamo, zmieniam szkołę.”

Ja prawie spadłam z krzesła i to nie dlatego, że mebel stary. Jak to? Że co? Że kiedy? Patrzę na niego, a on spokojny, jakby mi właśnie oznajmił, że zamierza wypić herbatę.

„Mamo, ja już wszystko zaplanowałem, zrobiłem i zdecydowałem.”

No pięknie! Sherlock Holmes we mnie od razu poczuł, że coś tu śmierdzi spiskiem. I oczywiście – mój szanowny małżon w to wmieszany! Bo jakże by inaczej – młody sam w departamencie edukacji załatwia papiery? Prędzej by ugotował rosół, niż cokolwiek podpisał.

Tajemnica okupiona ciszą, bo przecież jak matka się dowie, to będzie… tak, tak – gównoburza stulecia. Wiadomo: pioruny, trzęsienia ziemi, dramaty na trzy akty i epilog w łazience.

Matka – czyli ja – postawiła sprawę jasno:

„Od września, drogi tatusiu, TY budzisz młodego i masz pewność, że z łóżka zdrapany.”

Ojciec, pewny siebie jak nigdy, przyjął rozkaz. Matka odetchnęła. Wakacje minęły spokojnie – wręcz za spokojnie. Tak spokojnie, że aż podejrzanie – jak cisza przed tornadem.

Wrzesień. Pierwszy dzień: dziecko jak nowo narodzone. Samo się obudziło, wyszykowało, poszło – cud, miód, malina. Matka prawie w niebo wzięta, zastanawia się, czy to aby na pewno jej dziecko, czy może podrzucili klona.

Drugi dzień: dramat w trzech aktach i jeden kabaret w gratisie. Syn przykleił się do poduszki jak guma do chodnika w lipcu. Ojciec po pół godziny walki (i jedynej w życiu spóźnionej kawie) rzucił ręcznik na ring i ogłosił dezercję:

„Ja idę do pracy. Nie mogę się spóźnić. Mam dość, ty z nim walcz.”

No to matka – zakasała rękawy, wzięła młot pneumatyczny (czytaj: głos na najwyższych decybelach) i do boju! Gruchnęłam, huknęłam, pół bloku na nogi, a młody?

„Mamo, no co się drzesz, już wstałem!”

A on dalej leży! Zdrapałam odnóża dwumetrowej żyrafy z łóżka i BUM – zbrodnia matki na śpiącym dziecku! Jak mogłam! No jak ?!

I kiedy matka myślała, że gorzej być nie może – tydzień nie minął, a syn wraca ze szkoły z kolejną bombą:

„Wracam do starej szkoły!”

Ja tylko zamrugałam. Co? Jeszcze kanapki z pierwszego dnia nie zdążyły spleśnieć, a on już odwrót do znanych terenów?!

Ojciec – bohater pierwszej zmiany – nagle dezercja numer dwa:

„Ze mną do departamentu nie pójdziesz. Ja mam robotę.”

Matka – ciśnienie 200 na 120, wściekła, zła, gadała dużo, darła gębę – ale czy to coś pomogło? A gdzie tam! Znowu musiała iść, podpisywać, jeździć, tłumaczyć, odkręcać. A syn? Jakby nigdy nic – foch i miny, bo przecież „on chciał dobrze, tylko system go nie zrozumiał. A matka, wiadomo, nic o życiu nie wie, tylko wymaga i się drze.”

I wiesz, co jest najlepsze? Że ja się łapię na tym, że to przecież ja chciałam spokoju. Odpocząć. Nie budzić. Nie gonić.

A tu mam dokładnie to samo, tylko w podwójnym wydaniu:

• syn – alergia na szkołę, na matkę, na życie, bo „nikt go nie rozumie, tylko wymagają”,

• ojciec – alergia na odpowiedzialność.

I zostaje mi tylko ja – matka, kobieta rakieta, która rano odpala się na pełnej mocy, żeby w ogóle dom przeżył do południa. Bo co by to było, gdyby tej matki nie było? Czarna rozpacz, ruina i tragedia narodowa… nawet nie chcę myśleć.

Czasem się zastanawiam – czy Bóg, dając mi czwórkę dzieci, a w tym tego chłopaka, miał chwilę wahania? Może pomyślał:

„A dam jej syna – niech ma reality show codziennie rano. Nudno jej nie będzie. Trochę horroru, trochę kabaretu, trochę tragedii.”

I tak sobie żyję, jak matka na rollercoasterze w serialu: „Matka kontra szkoła: Sezon Nieskończony. Matka walczy z życiem.”

Każdy odcinek zaczyna się budzikiem i kończy pytaniem:

Co jeszcze ten mój syn wymyśli, zanim naprawdę zostanie prawnikiem? 👀

A Wy, macie też w domu takie żyrafy z alergią na szkołę? Jakie patenty macie na poranne wstawanie, żeby nie kończyło się horrorem w trzech aktach i egzorcyzmami nad kołdrą? 😂


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

3 uwagi do wpisu “Nowa szkoła, stare problemy. Horror? Nie, zwykły wrzesień matki…

Zostaw odpowiedź