Są w życiu zdania, które na pozór wydają się zwykłymi słowami. Powtarzamy je, nie zastanawiając się nad ich prawdziwym sensem. „Dobro zawsze wraca.” „Karma zawsze wróci.” Ile razy to słyszeliśmy? A jednak, gdy zaczynasz żyć naprawdę w zgodzie z tymi słowami, odkrywasz, że kryje się w nich głęboka prawda o nas samych i o całym świecie.

Wierzę, że nie ma przypadków. Wierzę, że życie układa nam drogi tak, abyśmy mogli dawać i przyjmować dobro. I że każdy gest, nawet najmniejszy, ma znaczenie. Że każde „dzień dobry”, każdy uśmiech, każda wyciągnięta dłoń stają się cegiełkami, z których buduje się most między sercami. Czasem mam poczucie, że to sam Bóg tak układa sytuacje, żebym mogła zrobić coś dobrego – i że On się uśmiecha, kiedy my się uśmiechamy.

Staram się żyć według zasady: traktować innych tak, jak sama chciałabym być traktowana. Oczywiście, jak każdy, mam gorsze dni i zdarza mi się być opryskliwą. Ale w głębi duszy zawsze wracam do tego, co w człowieku najpiękniejsze – do uśmiechu, życzliwości, ciepła.

Dla mnie radością jest dawać siebie innym. Jadąc w windzie, słyszę, jak moja starsza sąsiadka narzeka, że nie ma nikogo, kto odebrałby jej leki z apteki. Nie czekam – od razu mówię: „Ja ci odbiorę!” I zanim wjadę na swoje piętro, wysiadam razem z nią, pytam co powiedzieć w aptece i lecę pomóc. Ile radości mi to daje!

Tak samo, kiedy pomagam sąsiadowi wnieść zakupy. Posprzątać komuś mieszkanie, bo ktoś jest w szpitalu i potrzebuje wsparcia. Raz dwa, bez chwili namysłu, zadaję pytanie: „Powiedz tylko kiedy i o której, a będę.” Nie ważne, że pociąg jedzie ponad godzinę w jedną stronę. To bez znaczenia, bo w tej podróży jadę nie po to, by tracić czas, lecz po to, by go wypełniać miłością. A kiedy wchodzę do tego mieszkania, w którym trzeba posłać łóżko, umyć okna, poukładać rzeczy – wiem, że każde dotknięcie dłonią jest jak modlitwa sercem.

Albo robię naleśniki takie polskie z serem, nie z dżemem. Wiem, że moja sąsiadka biega do bezdomnych, pomaga im i nie ma czasu gotować. Lecę, pukam, otwiera – wręczam jej talerz z gorącymi naleśnikami. Albo kiedy wraca z Polski, wiem, że jej lodówka świeci pustkami – pukam, otwiera jeszcze zmęczona, a ja wciskam jej miskę pełną gorącego bigosu. Słyszę tylko: „Jola…” i gardło jej się zaciska.

Sobota rano. Dzwonek do drzwi. „Jola, sorry, ale kawa mi się skończyła.” Lecę do szafki, sprawdzam – stoi cały słoik kawy, której nie używam, nie potrzebuję. Wyciągam i wręczam jej cały. Ona skorzysta, a ja mam radość, że mogłam się podzielić.

Albo dziadek, nasz sąsiad z jednego piętra. Woda święcona mu się skończyła. Mówi, że zawsze jego kropielnica była pełna, a teraz pusta. Ja mam i już lecę w odmęty mojego mieszkania, podaję buteleczkę święconej wody. Sama radość!

We wspólnocie też robimy różne imprezy i lubię tak poświęcić swój czas, by zaangażować się w coś większego. Dziewczyny zmobilizowały się do zorganizowania brunchu, który będzie 9 listopada, w niedzielę, po każdej Mszy Świętej w naszej wspólnocie St. Stanislaus B & M (101 E 7th St, New York, NY 10009). Ja będę piekła na miejscu świeże, chrupiące gofry z bitą śmietaną – więc jeśli chcecie, to serdecznie zapraszam! Możecie wesprzeć naszą wspólnotę, a przy okazji czeka Was przepyszne śniadanko. Warto już dziś zarezerwować sobie czas i zrobić tyle dobra razem z nami. 😁

Albo Święto Dziękczynienia. Sąsiadka ma raka, wiem, że używa tlenu. Piekę jabłeczniki, by podzielić się z innymi – i jeden wręczam jej świeży, pachnący. Ile w niej było radości, a to przecież tylko ciasto. A ja czuję w sercu, że takie chwile są błogosławieństwem, że Bóg przez te drobiazgi pokazuje, jak piękne jest dzielenie się sobą.

To właśnie są te drobiazgi, które nie kosztują nic poza odrobiną czasu i serca, a mają moc odmieniać czyjeś życie.

Nawet jazda windą w bloku może stać się momentem pełnym sensu. Poczekać na kogoś, kto idzie wolniej. Zapytać: „Jak minął dzień?” Pochwalić czyjeś uczesanie. Takie małe gesty, które mogą sprawić, że ktoś poczuje się dostrzeżony, ważny, piękny.

Ile razy zdarzyło Ci się rozpromienić po prostym komplemencie? Czasem jedno zdanie ma w sobie więcej światła niż tysiąc lampek choinkowych. To są właśnie chwile, które nadają codzienności blasku – iskry, które rozświetlają zwykłe dni i czynią je niezwykłymi.

Nie robię tego dla zasług, pochwał czy wdzięczności. Nie czekam, aż ktoś się odwdzięczy. Daję, bo w dawaniu odkrywam radość życia. A gdzieś w sercu wierzę, że to sam Pan Bóg daje tę radość, że On wypełnia ją swoim światłem.

Bo kiedy widzę uśmiech na twarzy człowieka, któremu pomogłam, czuję, że w tym jednym momencie jestem najbogatszą osobą na świecie. Wtedy rozumiem, że miłość nie jest teorią, a praktyką. Że życie w obfitości to nie posiadanie coraz więcej rzeczy, ale dzielenie się tym, co niewidzialne – sercem, czasem, dobrym słowem.

Bo prawdziwe bogactwo zaczyna się wtedy, gdy nic nie mając, potrafisz dawać tak wiele.

I wiesz co? To naprawdę wraca. Może nie zawsze wprost od tej samej osoby. Może nie od razu. Ale wraca.

Czasem, kiedy jesteś smutny, gdy czujesz się samotny, nagle pojawia się ktoś, kto poda Ci rękę, kto przytuli słowem albo obecnością. Albo nagle – pyk! – dostajesz sms: „Uśmiechnij się!” I skąd ktoś wiedział, że akurat teraz potrzebujesz pocieszenia? A potem kolejny: „Jola, dawno cię nie słyszałam, co u ciebie?”

To są te momenty, w których życie mówi: „Nie jesteś sam. To, co dałeś, wraca do Ciebie.” A ja wierzę, że to też Bóg przypomina: „Jestem z tobą. Dobro, które siejesz, nie ginie.”

Zauważyłam, że im więcej daję, tym więcej mam okazji, by dawać dalej. Jakby wszechświat otwierał przede mną coraz więcej drzwi. Dobro zaczyna krążyć, tworząc spiralę, która porywa mnie coraz wyżej i wyżej.

Czyż to nie jest właśnie kwintesencja życia? Być dla innych. Dzielić się sobą. Kochać przez działanie. Każdy uśmiech, każde dobre słowo, każda pomocna dłoń to cząstka miłości, którą wpisujesz w świat.

I choć często myślimy, że to nic wielkiego, to właśnie z tych drobnych chwil składa się najpiękniejsza opowieść naszego życia. Życia, które jest utkane z niewidzialnych nici dobroci, a każda nić ma w sobie odcień miłości.

Nie ma przypadków. Wszystko dzieje się po coś. Jeśli chcesz dobra, dostajesz sytuacje, w których możesz je ofiarować. Jeśli uczysz się miłości, pojawiają się ludzie, którzy potrzebują Twojego serca. A kiedy dajesz, życie daje Ci jeszcze więcej okazji, byś wzrastał w miłości.

To jest życie pełnią. To jest życie w obfitości. To jest życie, którego sensem jest kochać i być kochanym – przez gesty, słowa, spojrzenia, obecność.

„Dobro zawsze wraca” – to nie puste zdanie. To prawo życia, którego doświadczam każdego dnia. I dlatego wierzę, że warto żyć tak, jakby każdy nasz gest był odrobiną światła od Boga. Bo świat potrzebuje uśmiechów, czułości i dobroci. A my wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem.

Bo kiedy dajesz dobro, ono nie tylko wraca – ono Cię przemienia. A przemieniając Ciebie, przemienia także świat.

A Ty? Czy doświadczyłeś już w swoim życiu powrotu dobra, które wcześniej wysłałeś w świat? Podziel się swoją historią – jestem ciekawa, jakie piękne chwile niosło Ci życie.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 uwagi do wpisu “Dobro zawsze wraca

  1. Jakie to piękne słowa.
    Życzę każdemu,aby czuł w sobie potrzebę właśnie takiego przeżywania każdego dnia.🥰💚🥰💚🥰

    1. Dziękuję Ci z całego serca za te piękne słowa 💚🥰💚 To cudowne wiedzieć, że dobro rezonuje i budzi w nas potrzebę dostrzegania piękna każdego dnia. Niech to uczucie wraca do Ciebie w podwójnej dawce 😘♥️

Zostaw odpowiedź