Siedzę skulona w fotelu.
Klimatyzacja nadal pracuje na pełnych obrotach, bo przecież lato jeszcze się nie skończyło. Za oknem sierpień. Jeszcze ciepło. Jeszcze zielono. Jeszcze świat udaje, że do jesieni daleko.
A mnie jest zimno.
Nie tak zwyczajnie.
Jakoś od środka.
Oglądam film. Jeden z tych, które wyciskają łzy, więc może mogłabym wszystko zrzucić właśnie na niego.
Że to przez film.
Przez muzykę.
Przez scenę.
Przez czyjąś historię.
Tylko że film już dawno przestał być powodem.
Stał się tylko pozwoleniem.
Pozwoleniem, żeby wreszcie popłynęło to, co chyba siedziało we mnie od jakiegoś czasu.
I płaczę.
Cicho.
Bez wielkiego dramatu.
Łza za łzą.
Jedna pociąga drugą, jakby wszystkie stały gdzieś od dawna w kolejce i tylko czekały, aż otworzę drzwi.
Nie wiem nawet dokładnie, za czym płaczę.
I chyba to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.
Bo gdy człowiek zna powód, może próbować coś naprawić.
A co zrobić ze smutkiem, który nie ma adresu?
Gdzie go odesłać?
Komu oddać?
Jak wytłumaczyć samej sobie, że przecież wszystko jest dobrze, kiedy w środku jakoś dobrze nie jest?
Dzisiaj ugrzęzłam w smutku.
Tak po prostu.
Jak but grzęźnie w mokrej, jesiennej ziemi i im bardziej próbujesz go wyrwać, tym głębiej zapadasz się w błoto.
Więc już nawet nie próbuję.
Siedzę.
Płaczę.
I jest mi cholernie ciężko.
Czuję się dzisiaj jak jesienny liść, który jeszcze przez chwilę trzyma się gałęzi, ale już wie, że za moment spadnie.
Jeszcze jest częścią drzewa.
Jeszcze porusza nim wiatr.
Jeszcze pada na niego światło.
Ale jego czas na tej gałęzi się kończy.
Za chwilę poleci w dół.
A potem ktoś po nim przejdzie.
Wiatr przesunie go pod krawężnik.
Deszcz przyklei do ziemi.
W końcu zniknie gdzieś pod stosem innych liści – mokrych, brunatnych, przegniłych.
I chyba właśnie tak się dzisiaj czuję.
Jakbym chciała wejść pod taki stos liści.
Nie znikać na zawsze.
Nie uciekać od życia.
Po prostu schować się na chwilę przed światem.
Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał.
Żebym nie musiała być silna.
Wesoła.
Rozgadana.
Potrzebna.
Żebym nie musiała niczego ogarniać, planować, pamiętać ani udowadniać.
Żebym mogła przez chwilę być tylko smutna.
Bez tłumaczenia się z tego smutku.
Bo przecież jak powiedzieć komuś:
Jest mi źle
I odpowiedzieć na pytanie:
Ale dlaczego?
Nie wiem.
Naprawdę nie wiem.
Dzisiaj smutek po prostu zagościł w moim sercu.
Rozsiadł się bez pytania.
Zasłonił okna.
Pogasił światła.
I zrobiło się we mnie buro.
Szaro.
Cicho.
Pusto.
A przecież jestem.
Żyję.
Oddycham.
Kocham.
Mam ludzi, których kocham.
Mam życie, którego nie zamieniłabym na inne.
A jednak dzisiaj czuję się samotna.
I chyba istnieje taki rodzaj samotności, którego nie leczy obecność drugiego człowieka.
Bo można siedzieć obok kogoś i nadal być samemu ze swoimi myślami.
Można mieć pełny dom i przez chwilę czuć pustkę.
Można być kochanym i nie potrafić w danym momencie ogrzać się tym ciepłem.
Można być szczęśliwym człowiekiem i mieć cholernie smutny wieczór.
Jedno nie przekreśla drugiego.
Może właśnie tego ciągle się uczę.
Że nie każda łza oznacza nieszczęście.
Nie każdy smutek trzeba natychmiast naprawić.
Nie każdą ciemność trzeba rozpędzać światłem.
Czasami trzeba w niej chwilę posiedzieć.
Posłuchać.
Może coś próbuje powiedzieć.
Może płaczemy nie tylko nad tym, co wydarzyło się dzisiaj.
Może czasami płaczemy nad wszystkim naraz.
Nad tym, czego nie zrobiliśmy.
Nad tym, czego już nie zrobimy.
Nad ludźmi, których nie ma.
Nad słowami, których nie powiedzieliśmy.
Nad sobą sprzed wielu lat.
Nad marzeniami, które gdzieś odłożyliśmy.
Nad czasem, który przeleciał przez palce tak cicho, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy z mam jeszcze czas zrobiło się kiedy to wszystko minęło?
Może każda z tych rzeczy dokłada po jednym liściu.
Jeden.
Drugi.
Dziesiąty.
Setny.
Aż któregoś wieczoru siedzisz skulona w fotelu i nagle orientujesz się, że leżysz pod całym ich stosem.
I nie masz siły spod niego wychodzić.
Dzisiaj chyba nie chcę.
Dzisiaj pozwolę sobie tam zostać.
Spod tych liści świat jest cichszy.
Nie muszę niczego udawać.
Mogę płakać.
Mogę być słaba.
Mogę być nijaka.
Szara.
Bez koloru.
Mogę nie mieć odpowiedzi.
Bo może człowiek nie musi każdego dnia kwitnąć.
Może czasem naprawdę wolno mu zwiędnąć.
Opuścić głowę.
Zamilknąć.
Popłakać.
A potem poczekać.
Bo przecież nawet pod stosem przegniłych jesiennych liści ziemia nie umiera.
Ona odpoczywa.
W ciemności.
W ciszy.
Niewidoczna dla nikogo.
I może ja dzisiaj też potrzebuję tylko tego.
Nie wielkich słów.
Nie pocieszania.
Nie zapewnień, że jutro będzie pięknie.
Tylko ciszy.
Fotela.
Filmu, którego już właściwie nie oglądam.
I tych łez, które najwyraźniej muszą dzisiaj wypłynąć.
Niech płyną.
Może zabiorą ze sobą trochę tego ciężaru.
A jutro?
Nie wiem.
Może nadal będzie mi smutno.
A może spod tego stosu liści wystawię kawałek siebie.
Najpierw tylko dłoń.
Potem twarz.
I sprawdzę, czy gdzieś tam jeszcze świeci słońce.
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj jeszcze chwilę tutaj zostanę.
Spod stosu liści.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.