Wczoraj pisałam spod stosu liści.

Dzisiaj chyba trochę lepiej rozumiem, skąd się tam wzięłam.

Bo ten smutek nie przyszedł do mnie wczoraj. On pojawia się co roku mniej więcej o tej samej porze.

Jeszcze drzewa są zielone, a ja już czuję jesień.

Czuję już jesień.

I wcale nie dlatego, że poranki zrobiły się chłodniejsze. Nie dlatego, że wieczorem szybciej zapalam światło ani dlatego, że słońce jakby wcześniej zaczynało zbierać się do odejścia.

Ja czuję jesień gdzieś głęboko w środku.

Co roku przychodzi do mnie podobnie. Jeszcze drzewa są zielone. Jeszcze słońce potrafi grzać. Jeszcze kalendarz mówi, że przecież lato się nie skończyło.

A ja już wiem.

Ona idzie.

I razem z nią przychodzi ten dziwny smutek, którego właściwie nie potrafię wytłumaczyć.

Nie jest gwałtowny. Nie wali pięścią w drzwi. Wślizguje się cicho, prawie niezauważalnie. Jak bluszcz. Najpierw oplata jedną myśl, potem drugą, aż któregoś dnia budzę się i czuję tę znajomą nostalgię.

I chce mi się płakać.

A przecież jestem szczęśliwa.

Mam męża. Mam czworo dzieci. Mam dom pełen życia, głosów, spraw, obowiązków, śmiechu i tego całego codziennego zamieszania, które tak bardzo kocham.

Mam za co dziękować.

I dziękuję.

Tylko że chyba można kochać swoje życie i jednocześnie tęsknić za życiem, którego się nie przeżyło.

Można być szczęśliwym i mieć w sobie kawałek smutku.

Można kochać ludzi, których ma się obok, a jednocześnie czasami spojrzeć na siebie i pomyśleć:

A gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Może właśnie dlatego jesień tak na mnie działa.

Może wraz z krótszym dniem ciszej robi się również we mnie i nagle zaczynam słyszeć pytania, które przez resztę roku skutecznie zagłuszam codziennością.

Bo przecież kiedyś miałam plany.

Cele.

Marzenia.

Wiedziałam, kim chcę być. Wiedziałam, czego chcę dokonać. Wydawało mi się, że życie jest ogromną przestrzenią i że mam przed sobą nieskończenie dużo czasu.

A potem zaczęło się życie.

Prawdziwe.

Dzieci. Dom. Praca. Rachunki. Obowiązki. Tysiące małych rzeczy, które trzeba zrobić dzisiaj, więc te wielkie odkłada się na jutro.

Potem na następny miesiąc.

Na przyszły rok.

Na kiedyś.

I nawet nie zauważasz, kiedy na niektórych marzeniach osiada kurz.

Najpierw cienka warstwa.

Potem coraz grubsza.

Aż pewnego dnia patrzysz na nie i zastanawiasz się, czy jeszcze są twoje.

Muszę przyznać sama przed sobą, że nie mam pracy, która daje mi satysfakcję. Że zawodowo nie jestem tam, gdzie kiedyś wyobrażałam sobie, że będę. Że nie dokonałam niczego wielkiego, czym mogłabym pomachać światu przed nosem i powiedzieć:

Patrzcie. Udało mi się.

I może właśnie jesienią boli mnie to bardziej.

Bo jesień ma coś wspólnego z przemijaniem.

Nawet kiedy jest piękna.

Nawet kiedy drzewa płoną czerwienią, złotem i pomarańczem, gdzieś pod tym całym pięknem jest świadomość, że liście za chwilę spadną.

Że dzień będzie coraz krótszy.

Że przyjdzie deszcz.

Plucha.

Szarość.

Że kolejny rok powoli zaczyna pakować walizki.

A ja chyba razem z nim liczę swoje lata.

Kiedyś wszystko było przede mną. Mogłam mówić: kiedyś zrobię, kiedyś spróbuję, kiedyś się odważę.

I chyba najbardziej boli mnie dziś właśnie to słowo:

Kiedyś.

Bo nagle zaczynam rozumieć, że tych „kiedyś” nie dostajemy bez końca.

Że życie nie ostrzega:

Uważaj, właśnie minęło ci dziesięć lat.

Ono po prostu mija.

Cicho.

Pomiędzy jednym obiadem, praniem, pracą, rachunkiem i pytaniem dziecka:

Mamo, gdzie jest…?

A potem pewnego dnia stajesz przed lustrem i zastanawiasz się, kiedy właściwie minęło tyle czasu.

I pytam siebie:

Czy zdążę?

Nie wiem nawet dokładnie z czym.

Może ze spełnianiem marzeń.

Może z odnalezieniem siebie.

Może ze zrobieniem czegoś, co będzie naprawdę moje.

Czegoś, przy czym kiedyś pomyślę:

Tak. Właśnie po to dostałam ten kawałek życia.

Bo chyba najbardziej nie boję się tego, że się starzeję.

Boję się, że pewnego dnia odkryję, że zbyt długo odkładałam siebie na później.

Że byłam potrzebna wszystkim, tylko nie zdążyłam być potrzebna samej sobie.

Że tak dobrze nauczyłam się być mamą, żoną, kobietą od ogarniania tysiąca spraw, że gdzieś po drodze zgubiłam tę dziewczynę, która kiedyś miała własne plany.

A może ona wcale się nie zgubiła?

Może tylko siedzi gdzieś cicho pod tą grubą warstwą kurzu i czeka, aż wreszcie sobie o niej przypomnę.

Może właśnie dlatego przychodzi do mnie ten jesienny smutek.

Nie po to, żeby mnie przygnieść.

Może po to, żeby mnie obudzić.

Bo nostalgia nie zawsze jest tęsknotą za tym, co było.

Czasami jest tęsknotą za tym, co jeszcze mogłoby być.

I ta myśl zatrzymuje mnie dzisiaj najmocniej.

Bo może nie wszystko już minęło.

Może nie na każde marzenie jest za późno.

Może człowiek nie musi dokonywać rzeczy wielkich w oczach świata, żeby jego życie było wielkie.

A może niektóre marzenia rzeczywiście trzeba jeszcze otrzepać z kurzu.

Wziąć do ręki.

Przyjrzeć im się.

I zapytać:

Hej… jesteś jeszcze moje?

Nie wiem.

Dzisiaj nie mam żadnej pięknej odpowiedzi.

Dzisiaj jest mi po prostu cholernie smutno.

Czuję jesień pod skórą. Czuję ją w myślach, w jakimś dziwnym niepokoju, w łzach, które pojawiają się nie wiadomo skąd.

I chyba pierwszy raz nie chcę tego uczucia natychmiast zagłuszać.

Może ono próbuje mi coś powiedzieć.

Może czasami trzeba pozwolić sobie na smutek, żeby usłyszeć, za czym tak naprawdę tęskni nasza dusza.

Więc idę na spacer.

Przegonić czarne chmury.

A może wcale ich nie przegonię.

Może pozwolę im chwilę iść obok mnie.

Popatrzę na niebo, na jeszcze zielone drzewa, wystawię twarz do ostatniego letniego słońca i pomyślę, że przecież jesień nie oznacza końca.

Drzewa zrzucają liście, ale nie umierają.

Po prostu przygotowują się do kolejnego początku.

Może człowiek czasem też musi zrzucić z siebie kilka starych przekonań, kilka niespełnionych oczekiwań i trochę żalu do samego siebie, żeby zrobić miejsce na coś nowego.

Bo dopóki żyję, moja historia nie jest skończona.

A skoro nie jest skończona, to może jeszcze zdążę zrobić coś, o czym dzisiaj nawet nie mam odwagi marzyć.

Tylko najpierw muszę odnaleźć pod tym kurzem siebie.

Tę dawną.

I tę dzisiejszą.

A potem sprawdzić, dokąd jeszcze możemy razem pójść.

Nawet jeśli właśnie nadchodzi jesień.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź